fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Somalijski tryumf woli

Piotr Semka
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Od roku nie tylko USA, ale i kraje Europy oraz Rosja, Chiny i Japonia kierują w rejon Somalii okręty wojenne. Ale co z tego, skoro bezczelność współczesnych barbarzyńców zaskakuje dowódców flot? – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
[b]Skomentuj [link=http://blog.rp.pl/semka/2009/04/20/somalijski-tryumf-woli/]na blogu[/link][/b]
Jak to się dzieje, że piraci z Somalii, jednego z najbiedniejszych krajów świata, skutecznie paraliżują żeglugę na Oceanie Indyjskim? I dlaczego wysłannicy szacownych biur żeglugowych skwapliwie przesyłają na ich konta sumy rzędu 20 – 30 milionów dolarów?
Dzięki piratom z Rogu Afryki przypomnieliśmy sobie jakże niepoprawne od wielu dekad słowo „barbarzyńcy". A barbarzyńcy wygrywają zawsze wtedy, gdy napadnięci bardziej boją się o swoje życie, niż czują misję obrony jakiegoś wyższego ładu.
[srodtytul]Nie bronić się![/srodtytul]
W 2008 roku somalijscy watażkowie zaatakowali 110 jednostek, z czego uprowadzili aż 42. Od początku tego roku, czyli w ciągu trzech i pół miesiąca, zaatakowali 54 statki, choć na razie porwali tylko 11 (stan na 15 kwietnia). Skąd ta eskalacja agresji?
Kilka dni temu oglądałem, jak w studiu telewizyjnym gościł polski oficer marynarski handlowej pływający na norweskich statkach. Zapytany, dlaczego, zamiast płacić milionowe okupy, statki nie wynajmują zbrojnej ochrony, gość był autentycznie zdziwiony. Przecież w razie podjęcia walki ktoś z ochrony mógłby zginąć, nie mówiąc o przypadkowej tragedii, w której mógłby ucierpieć ktoś z załogi. Poza tym możliwość porwania jest wliczona w koszty przez armatora!
Ów marynarz należy do świata dzisiejszych ludzi morza, którym wizja obrony statku wydaje się tak samo absurdalna, jak żołnierzom NATO np. skalpowanie pobitych wrogów. Firmy ubezpieczeniowe zazwyczaj zobowiązują kapitanów do unikania ryzyka, bardziej troszcząc się o przewożony towar niż o prestiż armatorów. A że obdarci Somalijczycy przeszukują kabiny, zabierając co im się żywnie podoba? Trudno. Armatorzy nakazują nie reagować na agresję i cierpliwie czekać na okup. Co więcej, zalecają jak największą dyskrecję w informowaniu o porwaniach. Wszystko, aby nie zaszkodzić negocjacjom z morskimi bandytami.
Ta pozorna logika ma jedną słabość: każde udane porwanie statku i uzyskanie okupu utwierdza napastników w przekonaniu o potędze i ściąga na następne jednostki kolejne napady. W egoistycznej logice pojedynczych firm nie musi to wiele znaczyć. Z punktu widzenia bezpieczeństwa żeglugi międzynarodowej suma takich aktów zracjonalizowanego tchórzostwa znaczy wiele.
[srodtytul]Prestiż białego człowieka[/srodtytul]
Pojawienie się barbarzyńców to nieomylny znak zaniku ładu imperialnego. Historycy żeglugi są zgodni, że w XIX wieku zjawisko piractwa na wodach międzynarodowych zlikwidowała dopiero dominacja brytyjskiej Royal Navy.
Wcześniej piraci od Karaibów po Malakkę korzystali z rywalizacji morskich potęg. Gdy Holendrzy walczyli z Hiszpanami, a Brytyjczycy z Francuzami, sprytni piraci obstawiali jedną stronę konfliktu. Ceną za ich wsparcie było przymknięcie oka przez morskie potęgi na bandyckie rozboje. Nawet Polska w swych skromnych morskich dziejach zanotowała instytucję kaprów, czyli bałtyckich piratów rabujących pod patronatem Zygmunta Augusta.
Wszystko zmieniło się w XIX wieku, gdy brytyjska marynarka wypleniła piratów z głównych szlaków morskich. Na Morzu Śródziemnym trud likwidacji piratów operujących z Algieru, Tunisu i Trypolisu wzięła na siebie Francja z pewną pomocą USA.
Ten wysiłek mocarstw kolonialnych marksiści tłumaczyli interesami zachodnich kupców, dla których aktywność piratów stanowiła zagrożenie. To prawda, był to istotny czynnik, ale sprowadzenie walki z piractwem wyłącznie do służby w interesie kupców jest prymitywne. Epoka wiktoriańska ceniła ład i wierzyła w siebie. Także w swoją misję cywilizacyjną, której warunkiem miał być „prestiż białego człowieka". Słusznie zakładano, że konsekwencja popłaca. Że szybkie i zdecydowane reakcje na pirackie ataki na europejskie czy amerykańskie statki buduje respekt ówczesnych barbarzyńców.
[srodtytul]Nauczka dla piratów[/srodtytul]
Dziś brakuje jednego aspiranta do troski o światowy ład. Najbliższy tej roli rząd USA stał się ulubionym chłopcem do bicia dużej części europejskiej opinii publicznej. A jak się okazuje, osłabienie Ameryki w roli „światowego policjanta" – owa tak postulowana „wielobiegunowość" dzisiejszego świata – ośmieliła piratów.
Teoretycznie morscy bandyci nie powinni być tak zuchwali. Od roku nie tylko USA, ale i kraje Europy, a do tego Rosja, Chiny oraz Japonia kierują w rejon Somalii własne okręty wojenne. Co z tego, skoro ich działania często paraliżowane są skrupułami prawnymi, a bezczelność współczesnych barbarzyńców zaskakuje dowódców flot?
Oczywiście bywają godne szacunku wyjątki. W marcu tego roku japoński frachtowiec „Jasmine Ace" wytrzymał u wybrzeży Somalii ostrzał piratów. Jego kapitan nie zawahał się staranować łodzi agresorów i zmusił ich do odpłynięcia. W 2008 roku udane akcje miały na swoim koncie brytyjski okręt HMS „Cumberland" i rosyjska fregata „Nieustraszony". W zeszłym tygodniu US Navy w demonstracyjnej akcji odzyskała porwany amerykański kontener. Na nauczkę dla piratów zdobyła się też flotylla francuska, która odbiła uprowadzony jacht.
[srodtytul]Zanik morskiej dumy[/srodtytul]
Ale już precedens zapłacenia gigantycznego okupu za saudyjski tankowiec „Sirius Star" czy wykupienie statku „Bow Asir" zachęciły bandytów do rozszerzenia aktywności. Wśród wielu kierowanych od miesięcy w rejon wybrzeży Somalii wojennych okrętów należących do mocarstw z całego świata teoretycznie powinno być bezpieczniej. Dlaczego więc piraci robią, co chcą? A co się stanie, gdy porwą jakiegoś zachodniego marynarza i zawiozą do kryjówki na lądzie? Czy po iluś taśmach z błagalnymi prośbami o spełnienie żądań porywaczy zachodnie społeczeństwa nie zażądają zapłacenia okupu?
Likwidacja piractwa w XIX wieku była możliwa także dlatego, że Brytyjczycy i inne mocarstwa kolonialne kontrolowały wybrzeża. Somalia zaś to kraj upadły, w którym nikt nad niczym nie panuje. Jednak gdy pojawiają się tam wojska z Zachodu, wszyscy zgodnie kierują broń przeciw niechcianym przybyszom. A bez pacyfikacji wybrzeża bazy piratów nie zostaną zlikwidowane. Tyle że po nieudanej interwencji Amerykanów w 1993 roku uwiecznionej w filmie „Helikopter w ogniu" nikt nie ma ochoty wchodzić do Somalii.
Problemem na somalijskich wodach nie jest też technika. Teoretycznie zachodnie mocarstwa mogą za pomocą satelitów monitorować ruch każdego pirata, który odpala silnik „bojowego pontonu". Problemem jest brak konsekwencji, zdecydowania i koordynacji działań. W tle mamy szerszy problem – brak woli walki ludzi morza, zanik dumy nakazującej statkom walczyć z piratami i najzwyczajniejsza niechęć do ryzykowania życia. Piraci, choć prymitywni, doskonale to wyczuwają. Dlatego to oni dyktują warunki.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA