Plus Minus

Polskie akcenty na każdej płycie

Basia Trzetrzelewska
Materiały Promocyjne
Zapytana o patent na sukces Basia Trzetrzelewska odpowiada: – Zdecydowałam się na stały wyjazd z kraju.
Basia Trzetrzelewska jest jedyną polską gwiazdą muzyki pop światowego formatu. Albumy, które nagrała z Mattem Bianco, solo i we współpracy z Dannym White’em, m.in. „Warsaw London New York”, rozeszły się w łącznym nakładzie 7 mln egzemplarzy. Zaczynała w Alibabkach. Śpiewała „Dzień się budzi” Katarzyny Gaertner. W kwietniu wydaje nowy album „It’s That Girl Again”.
Urodziła się w Jaworznie, niedaleko miejsca, gdzie kiedyś stykały się granice trzech zaborów. – Historia mojej rodziny ginie w pomroce dziejów. Przez wiele lat mówiłam, że nie znam nikogo spoza najbliższej rodziny noszącego takie nazwisko jak my. Jednak ostatnio mój bratanek, który rozpoczął badania genealogiczne, odnalazł dzięki Internetowi rodzinę Trzetrzelewskich w okolicach Białegostoku. Ma się tam wybrać. Niewykluczone, że nasze korzenie są na północnym wschodzie.
[srodtytul]Pokój na Nowogrodzkiej[/srodtytul] W rodzinie Basi nie było osób, które przed nią zajmowały się muzyką zawodowo. – Ale rodzice byli bardzo muzykalni, mieli świetne głosy i często śpiewali. W domu stał fortepian. Grała na nim mama i dawała nam pierwsze muzyczne lekcje. Basia miała trójkę rodzeństwa. – Własne pokoje nie wchodziły w rachubę. W jednym stały dwa biurka, gdzie trzymaliśmy książki i odrabialiśmy lekcje. W drugim była sypialnia. Spaliśmy wszyscy razem. Mój pierwszy adapter to czeska Tesla. O rany, ile mam fantastycznych wspomnień z nim związanych! Pierwsze płyty grałam na okrągło. Muzyka była dla nas największą przyjemnością. Nasze gwiazdy średniego pokolenia, mówiąc o pierwszych muzycznych fascynacjach, wspominają zazwyczaj Presleya, Beatlesów, Stonesów. Basia od początku uwielbiała czarną muzykę – Arethę Franklin i Steviego Wondera. – Słuchałam dużo radia i czasami można było wyłapać ich piosenki. Moja fascynacja była tak wielka, że z trudem uciułane pierwsze większe pieniądze wydałam w komisie na płytę Arethy Franklin z jej największymi przebojami. To była moja pierwsza zachodnia płyta, mój muzyczny skarb. Album miał na mnie ogromny wpływ. Potem ważny stał się Stevie Wonder. Trudno uwierzyć, że przebywając tyle lat poza Polską, po raz pierwszy widziałam jego koncert dopiero w zeszłym roku – na moje urodziny 30 września w londyńskiej sali O2. Fanów przyszło z 20 tysięcy, ale byłam chyba jedyna, która znała dosłownie wszystkie piosenki Steviego. Po przyjeździe do Warszawy Basia wynajmowała pokój na Nowogrodzkiej, na czwartym piętrze, bez windy. – Potem była Saska Kępa i Ursynów. Pochodziłam z małego miasta, które było szare i zanieczyszczone, bo w Jaworznie dominował przemysł. Warszawa uderzała nowoczesnością i kolorem. [srodtytul]Socjalistyczny high life [/srodtytul] Zanim Basia przyłączyła się do Alibabek, była ich fanką. – Uwielbiałam „Grajmy sobie w zielone” i „Kwiat jednej nocy”. Śpiewanie tych piosenek było dla mnie spełnieniem marzeń. Alibabki nauczyły mnie estrady. Kiedy przyszłam do zespołu, miałam 18 lat. Dziewczyny pokazały mi, jak się malować, bo nie umiałam. Godzinami ćwiczyłyśmy z Henrykiem Wojciechowskim, który był naszym kierownikiem muzycznym. Dzięki tym próbom mogę dziś bez problemów nagrywać skomplikowane harmonicznie podkłady wokalne. Gdy Basia występowała Polsce z Alibabkami, sale pozostawiały wiele do życzenia. – Ale trasy koncertowe organizowano profesjonalnie. Zawsze była próba dźwięku, mieliśmy panią, która zajmowała się naszą garderobą. No i jeździłyśmy po krajach socjalistycznych. To był wtedy high life! Dziewiętnastkę obchodziłam w autobusie. Największe koncerty miałyśmy w Rosji. Brałam udział w trzech trasach i na widowni zawsze był szał. W polskich muzycznych opracowaniach i anegdotach ciągle powraca fakt, że Basia śpiewała w Perfekcie. Mamy okazję się dowiedzieć, jak było naprawdę. – W Warszawie poznałam dwóch kolesi. Postanowiliśmy pracować za granicą, co było wtedy szczytem marzeń. Któregoś dnia przyprowadzili chłopaka, który wrócił z kontraktu w Stanach Zjednoczonych. To był Zbyszek Hołdys. Założyliśmy zespół. Dziś nazwałabym go kabaretowym. Graliśmy cudze przeboje. Bardzo krótko to trwało. Mieliśmy miesiąc rozgrzewki w Warszawie. A potem wyjechaliśmy do Stanów, gdzie byliśmy razem z osiem miesięcy. Graliśmy w knajpie, co ma swoje minusy. Zbyszek myślał, żeby zmienić zespół w nowy autorski projekt. Jednak w tym czasie miałam już własny pomysł na życie. Z Perfectu, który jest teraz, pamiętam tylko Darka Kozakiewicza. Grzegorza Markowskiego nie znam. Zapytana o patent na sukces Basia odpowiedziała: – Zdecydowałam się na stały wyjazd z kraju. Był rok 1979. Jej rodzina uważała, że jest szalona. – Nie miałam grosza przy duszy, nie znałam angielskiego. Ale wydało mi się śmieszne, że można się obawiać czegokolwiek. Taką odwagę daje tylko miłość. Zawsze kierowałam się uczuciami. I nigdy nie żałowałam. O karierze muzycznej za granicą nie marzyłam. W Stanach Zjednoczonych śpiewała w zespole polonijnym. Kiedy przyjechała do Anglii, myślała, że nie ma żadnej szansy. – Muzyka była hobby mojego chłopaka, ale on zajmował się sprawami socjalnymi, pracował w domach dziecka. Uznałam, że moje muzykowanie w Polsce było dziecinadą i muszę się zająć czymś poważniejszym. Szukałam pracy, a portfel chudł z dnia na dzień. W końcu się okazało, że nie mając żadnych pozamuzycznych doświadczeń zawodowych, mogę się utrzymać tylko dzięki śpiewaniu. Nie przebierałam w ofertach. Odpowiadałam na ogłoszenia debiutantów, którzy szukali wokalistki do nagrania utworów demo. To były śmieszne sytuacje i żenujące piosenki. Mam nadzieję, że dawno już zostały skasowane i nikt nie usłyszy ich na youtube.com. Wtedy najważniejsze było to, że dostawałam za nagranie 10 funtów i miałam za co żyć. Przełomem okazało się spotkanie z pianistą Dannym White’em, który dał ogłoszenie w prasie. – Danny był w podobnej sytuacji co ja. Nie miał podpisanego kontraktu, tylko wielki entuzjazm do muzyki i marzenie zrobienia czegoś wielkiego. Zdawałam sobie sprawę, że mówię po angielsku w nieco prymitywny sposób. Po dwóch latach okazało się jednak, że mój angielski pozwala na pisanie tekstów. Śpiewając, nie starałam się zacierać polskiego pochodzenia. Wszyscy wiedzieli, że nie jestem rodowitą Angielką czy Amerykanką. Na każdej płycie znajdowały się polskie akcenty. Wcześniej jednak była lekcja zarobkowania w agencjach produkujących reklamówki na zlecenie. – Za każdym razem mój głos brzmiał inaczej. Bardzo mnie to smuciło. Od tego czasu zawsze zwracałam uwagę na to, żeby nigdy nie udawać kogoś innego i zawsze śpiewać we własnym stylu. To bardzo mi pomogło. Kiedy w 1984 roku wydaliśmy płytę „Whose Side Are You on” z Mattem Bianco, a potem pierwszą płytę solową, obie różniły się od granej wówczas muzyki. Radia, które nadawały nasze piosenki, miały poczucie, że jesteśmy ich odkryciem i hołubiły nas. Wylansowały bez wielkiej pomocy wytwórni fonograficznej. – Pamiętam, jak ktoś ważny z CBC powiedział mi, że jak się sprzeda 10 tysięcy egzemplarzy „Time And Tide”, urządzą wielkie party. Czułam się rozczarowana, że wiązano z płytą tak małe nadzieje. Ale 10 tysięcy się sprzedało. Było wielkie party i obietnica kolejnego przyjęcia po sprzedaniu 100 tysięcy. Rozeszło się ponad dwa miliony płyt. Cieszyłam się, że można udowodnić wytwórni płytowej, że nie zna się na muzyce. [srodtytul]Mama była fanką [/srodtytul] Przez długie lata Basia była symbolem muzyki witalnej, pogodnej, optymistycznej. Na płycie „Matt’s Mood” z 2004 r. pojawiły się bardziej refleksyjne dźwięki. – Nagrania przypadły na czas, kiedy wychodziłam z przygnębienia spowodowanego kilkoma sprawami. Zmarła moja mama, która była moją największą fanką i motorem pracy zawodowej. Ciągle dzwoniła, namawiała, żebym coś zrobiła. Kiedy jej zabrakło, pojawił się smutek, zniknęła motywacja. Potem moja kuzynka zginęła w wypadku samochodowym. Płyta „The Best” nie sprzedała się najlepiej, bo firma Sony nie przyłożyła się do promocji. Jak mogę się domyślać, dlatego, że wygasał mój kontrakt. Po 11 września straciłam głos, naprawdę nie mogłam śpiewać. Są artyści, dla których smutek i nieszczęście bywa artystyczną inspiracją. – To prawda. Alanis Morissette nagrała album życia, kiedy rzucił ją chłopak. Phil Collins powiedział, że kiedy rozszedł się z żoną, pisał najlepsze piosenki. Ja, żeby śpiewać, muszę być przynajmniej w optymistycznym nastroju. Pamiętam, jak trudno było mi się przełamać do pracy nad „Matt’s Mood”. Przez kilka miesięcy przychodziłam do studia i przyglądałam się, co robią koledzy. Danny wciągnął Basię do pracy podstępem. – Kupiliśmy sobie komputery. To była rewelacja. Do tej pory polegałam tylko na moich uszach. Dzięki najnowszym technologiom mogłam oglądać wykresy mojego śpiewu w postaci kolorowych obrazków. Widziałam falę mojego głosu, mogłam ją przesuwać, zmniejszać, przecinać. Po tygodniu pracy musiałam pokazać chłopakom, co zrobiłam. Czułam się jak w szkole i miałam tremę, której nie odczuwałam przez wiele lat. Basia dzieliła z Dannym White’em życie prywatne i zawodowe. – Z Dannym nie przestałam pracować nigdy. Miałam z nim tyle przejść, że teraz mamy do siebie kompletne zaufanie, możemy zgadywać swoje myśli. Najłatwiej jest spalić za sobą mosty. Ale jeżeli opadają emocje, pozostaje nić porozumienia, potrafimy dalej tworzyć razem, trzeba to pielęgnować. Jeżeli człowiek zakochuje się w kimś i chciał z nim być, spędził wiele lat wspólnie, to znaczy, że jest to osoba wartościowa. Dlaczego rezygnować z kontaktu? Oczywiście trzeba czasu, by przeżyć szok rozstania, nieporozumień. [srodtytul]Ideały młodości[/srodtytul] Z Dannym Basia nagrała również najnowszą płytę „It’s That Girl Again”, która ma premierę w kwietniu. – W studio czułam się dokładnie tak samo jak wtedy, gdy nagrywałam debiut. Pracowaliśmy bez kontraktu płytowego, a więc bez presji, chociaż Danny żyje tylko po to, żeby pracować, komponować. I dręczyć mnie, dręczyć, bym robiła to samo co on. Dzwoni albo przyjeżdża do mojego domu raz na tydzień, bez zapowiedzi. Mówię mu: „Nie masz po co przyjeżdżać”. A on odpowiada: „Dobrze, że się widzimy, przesłuchamy coś, pogadamy”. I to mnie mobilizuje. Gdyby nie on – nic bym nie nagrała. Pisanie tekstów było dla Basi lekcją szczerości. – Na naszej poprzedniej płycie pojawiły się refleksyjne nuty, ale ludzie wciąż powtarzali: och ta Basia, zawsze taka pozytywna i optymistyczna. A jak to w życiu – bywa u mnie różnie i nie chcę udawać osoby wyłącznie zadowolonej z siebie. Trzeba być wobec siebie i ludzi uczciwym. Tak zwany sukces i związana z nim kariera nie są dla mnie najważniejsze. Nagrywam płyty i występuję rzadko – tylko wtedy, kiedy czuję, że mam coś do powiedzenia. Piosenki zawsze mają autobiograficzny smak. Nawet jeśli nie są dokładnie o mnie, to o kimś, kogo bardzo dobrze znam. Tylko wtedy osiągają temperaturę moich emocji. W „I Must” Basia po raz pierwszy w śpiewie wyładowuje swą złość. Nie jest ani delikatna, ani serdeczna. – To krytyka osoby, która straciła swoje ideały. Zawiodła mnie. A może złoszczę się na siebie samą? Nasze młodzieńcze ideały były bezkompromisowe. Chcieliśmy ulepszać świat. Pokazać, czego to my nie potrafimy. A z czasem wszyscy się zmieniamy. Często mamy do tego powody. Ale jeżeli jest szansa, żeby powrócić do dawnych ideałów – trzeba dać im szansę. Nigdy nie jest za późno. Piosenka tytułowa jest opowieścią o dziewczynie, która była wielką optymistką. – A pani jaka jest? – Taka sama, ale mam nadzieję, że mądrzejsza. Dla nas najważniejszym akcentem na płycie będzie „Amelki śmiech” – piosenka wykonana po polsku przez Basię z pomocą chórku krewnych i przyjaciół. Nagranie powstało w Polsce. – W Anglii nie ma zwyczaju spotykania się, biesiadowania, wspólnego śpiewu. Brakuje mi tego, dlatego latam teraz do Polski co miesiąc. Na koniec wywiadu, który się odbył 1 kwietnia, zwróciłem Basi uwagę, że ma na nosie plamkę. – Prima aprilis? Ale dałam się nabrać! – śmieje się w charakterystyczny dla siebie, zaraźliwy sposób. – Tego zwyczaju w Anglii też się nie praktykuje. Znowu czuję się jak w domu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL