fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Życie za życie

Lekarz królików

Relacja Hanny Miecznikowskiej
Mieszkaliśmy w Warszawie na Żoliborzu, na Kolonii Dziennikarskiej (…), w piętrowym jednorodzinnym domku przy ulicy Karpińskiego. Ojciec mój był przed wojną sędzią Sądu Najwyższego, a mama zajmowała się domem i dziećmi. Gdy wybuchła wojna, miałam sześć lat, a mój starszy brat Stach – dziesięć. (...) W nowej sytuacji trzeba było z czegoś żyć. Rodzice zdecydowali się wynająć niektóre z naszych pokoi, by zasilić budżet rodzinny. (…)
[Z czasem również] „pokój dziecinny” był wolny i czekał na nowych lokatorów. Przyszła go wynająć młoda, szczupła, gładko uczesana kobieta. Niebieskooka szatynka, włosy miała upięte w kok. Chciała wynająć dla siebie i dla męża pokój leżący na uboczu. (…) Gdy zobaczyliśmy pana Artura, nawet my, dzieci, zdaliśmy sobie sprawę że nie jest Aryjczykiem. Niski, ruchliwy, ciemnooki, o charakterystycznym wydatnym nosie. (...). Pan Artur w ogóle nie wychodził z domu. Czytał, pisał i pracował ze starszym panem, który specjalnie doń przyjeżdżał. (...) Pisali razem książkę. Pani Irena załatwiała na mieście zakupy i inne sprawy. Pan Artur czasem wychodził do ogrodu na tyłach domu, gdy było już całkiem ciemno. Wdychał woń maciejki, chodził chwilę, i wracał do siebie.
Po pewnym czasie odkryliśmy ze Stachem zmiany na naszym strychu. Wyraźnie zmalał. Jeden zakątek został zabudowany sięgającą sufitu półką. Było to coś w rodzaju regału ze starych desek. Za regałem był schowek, gdzie mieściło się łóżko, stolik, krzesło. Była tam woda i żywność. Nic dziwnego, że strych się zmniejszył. Regał był świetną skrytką. Można go było odsunąć razem z rupieciami, kurzem, pajęczynami. Były to obrotowe drzwi do schowka. (...) Na co dzień jednak pan Artur i pani Niewiadomska mieszkali w wynajętych im pokojach.
Nasze stosunki z lokatorami przeważnie układały się świetnie.„Narzeczony” pani Niewiadomskiej ofiarował mi na imieniny wspaniałą piłkę zrobioną z dętki samochodowej, a pani Borowska zrobiła rękawiczki na drutach. Pan Artur rozbudzał moje zainteresowania przyrodniczo-hodowlane, leczył też nasze zwierzęta. (…) W tym czasie zaczęłam się przygotowywać do Pierwszej Komunii Świętej. Pan Artur bardzo mi pomagał w nauce. Znał cały katechizm na pamięć. Przepytywał mnie z niego po kolei i na wyrywki, tak że wkrótce i ja wszystko świetnie umiałam. (…) (...)
W lipcu, chyba to był 1943 rok, byłam chora i leżałam w łóżku w jadalni. Ojciec był w pracy, Stach wyszedł gdzieś z kolegami. Było ciepło, okna były pootwierane, piękna, słoneczna pogoda. Pan Artur zachęcony słońcem podszedł do okna i wychylił się. Okna naszego „dziecinnego pokoju” zajmowanego wówczas przez państwa Borowskich wychodziły na ulicę Karpińskiego. Ulicą przechodził niemiecki patrol. Zobaczyli pana Artura i jego widok nasunął im pewne podejrzenia. Zaczęli walić do drzwi, (...) rozbiegli się po domu. Przeglądali wszystkie pokoje, wdrapali się na strych, gmerając po zakamarkach. [Żandarm] nie zobaczył rozpłaszczonego za kominem pana Artura. (...) zeszli po schodach na parter. Ja na początku wołałam „Mamo”, ale potem głos mi zamarł.
Wyszli do ogrodu, zeszli do piwnicy. Bardzo przestraszyły Niemców nasze króliki, które biegały luzem po piwnicy. Zaczęła się rewizja. Wyrzucano rzeczy z szaf. Grzebano w książkach. Jeden z Niemców szperał w kredensie, wyciągając słoje z kompotami i konfiturami, drugi grał coś na fortepianie. Co działo się na piętrze, wiem tylko z opowiadań. W szafie w „pokoju dziecinnym” nie znaleźli śladów po panu Arturze. Żadnych męskich rzeczy. Niczego. Stały tam jednak meble oddane nam na przechowanie przez siostrę pracownika polskiej ambasady w Berlinie. Nie sprawdzaliśmy, co się w nich znajduje. (...) Uwagę ich zwrócił przechowywany w tymże sekretarzyku rulon, a raczej tekturowa rura. Otworzyli ją, sądząc, że znajdą tam coś nielegalnego. I znaleźli! Aż szczęki im opadły. Wyciągnęli z tej rury ni mniej, ni więcej tylko sześć portretów Hitlera w różnych pozach! Właściciel sekretarzyka pracował w polskiej ambasadzie w Berlinie. Musiał dostać tam owe portrety, załadował je wraz z rurą do sekretarzyka, który oddano nam na przechowanie. – O! Mein Führer! – powiedział Niemiec. Z szacunkiem zwinął portrety i wsadził je z powrotem w rulon. Teraz Niemcy zrobili się dużo grzeczniejsi i powoli się wynieśli.
[W 1945 roku] (…) pewnego dnia, gdy wróciłam do domu, zastałam całą rodzinę podnieconą i pełną emocji. Na stole w jadalni stał największy kosz kwiatów, jaki w życiu widziałam. Były w nim biało-czerwone róże. Do kosza dołączony był list, w którym państwo Irena i Artur Borowscy dziękowali rodzicom za uratowanie życia w czasie okupacji. Zawiadamiali nas, że wrócili do prawdziwego nazwiska i teraz nazywają się Berowie, a pan Artur jest profesorem na medycynie. Jeśli chcemy utrzymywać z nimi kontakt, to czekają nas w podane przez nich dni. (...)
Rodzice uważali, że żadne drzewko im się nie należy. Po prostu zrobili to, co powinni – pomogli ludziom w potrzebie. A wdzięczność państwa Berów to była zupełnie niespodziewana gratyfikacja.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA