Konflikt na Ukrainie

Donbas: Chaos i bezprawie. Separatyści skarżą się Putinowi

shutterstock
Separatyści z samozwańczej republiki ługańskiej udali się do Putina, by poskarżyć się na sytuację w regionie.

W oderwanej od Ukrainy części Donbasu nikt nie ukrywa, że to Kreml wypłaca tam emerytury i pensje lokalnym „urzędnikom państwowym". A tych nie brakuje, ponieważ w Doniecku i Ługańsku utworzono samozwańcze parlamenty, rządy, służby bezpieczeństwa i porządkowe. Z pieniędzy Kremla finansowana jest ponad 50-tys. armia separatystycznych pseudorepublik, wspierana przez regularne siły rosyjskie. Wydawało się, że Rosja nad sytuacją w regionie ma całkowitą kontrolę. Napływające z Donbasu informacje świadczą jednak o tym, że od lat panują tam chaos i bezprawie.

Na ratunek do Moskwy

W środę rosyjskie media podały, że do administracji Władimira Putina w Moskwie zawitali byli członkowie Centralnej Komisji Wyborczej z tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej (ŁNR). Przewodniczący komisji Aleksandr Szubin przekazał list rosyjskiemu prezydentowi, w którym poskarżył się na panującą w „republice" sytuację. Złożyli też zawiadomienie w rosyjskim Komitecie Śledczym.

Jak twierdzą, wyjeżdżając do Rosji, uratowali sobie życie. Pod koniec czerwca nie zatwierdzili kilku kandydatów do samozwańczego parlamentu ŁNR. Mieli zająć miejsca, które się zwolniły od wyborów w 2014 r. Członkowie komisji twierdzą, że na polecenie MGB (MGB – nazwa nawiązuje do działającej za czasów Stalina radzieckiej służby bezpieczeństwa) mieli na deputowanych mianować ludzi, którzy nawet nie startowali w poprzednich wyborach. Gdy odmówili, zaczęli dostawać groźby fizycznej likwidacji. Następnie uzbrojeni ludzie odebrali im dokumenty i wyrzucili z budynku. Po takim obrocie spraw uciekli do Rosji.

Do Moskwy w listopadzie ubiegłego roku zbiegł również były lider ługańskich separatystów Igor Płotnicki. Wtedy doszło tam do zamachu stanu zorganizowanego przez zbuntowanego szefa MSW. By stabilizować sytuację, do Ługańska przybyły siły z Doniecka. Według ukraińskich analityków, obawiając się ofensywy ukraińskiej armii, Moskwa wysłała na linię frontu w Donbasie jednostki armii regularnej.

Bilet w jedną stronę

Kilka dni temu rosyjska niezależna „Nowaja Gazeta" poinformowała, że setki rosyjskich ochotników, którzy na początku konfliktu udawali się na wschód Ukrainy, obecnie siedzą w więzieniach Doniecka i Ługańska. Przekonani przez rosyjską propagandę, że jadą „bronić rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy przed faszystami w Kijowie", trafili w pułapkę. Wielu z tych, którzy chcieli wrócić, wylądowało za kratami i za ich wolność rodzina musiała słono zapłacić. Cytowany przez gazetę były rosyjski ochotnik Aleksiej, któremu udało się wrócić z Donbasu, twierdzi, że dzisiaj koszt takiej wolności wynosi nawet 50 tys. dol. Mówi, że ochotników z Rosji często zmusza się do rozkradania tam cudzego majątku, a następnie wsadza do więzienia, by „pozbyć się świadków".

– Sytuacja jest bardzo skomplikowana. Działa tam wiele grup, każda ma własnego kuratora z różnych służb rosyjskich – mówi „Rzeczpospolitej" Aleksandr Golc, rosyjski analityk wojskowy. – Grupy te rywalizują między sobą, a chodzi im wyłącznie o pieniądze – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL