Dyplomacja

Kto może zyskać na polskim konflikcie

Już raz przez wewnętrzne spory nie dopilnowaliśmy swoich interesów
Zgodnie z konstytucją prezydent RP mianuje i odwołuje przedstawicieli Polski w innych państwach i przy organizacjach międzynarodowych. Robi to na wniosek szefa MSZ wcześniej zaakceptowany przez premiera. Ale współpraca prezydenta i rządu Donalda Tuska nie układa się najlepiej. Istnieje też konflikt personalny. Lech Kaczyński nie chciał, aby szefem dyplomacji został Radosław Sikorski. W efekcie polityka zagraniczna stała się polem bitwy, a rezultaty mogą być opłakane.
Minister spraw zagranicznych nie ma żadnych gwarancji, że jego kandydaci na ambasadorów zostaną zaakceptowani i mianowani przez Lecha Kaczyńskiego. Zgodnie z utartym zwyczajem wysyła propozycje nazwisk do Kancelarii Prezydenta, ale nie otrzymuje odpowiedzi. Mimo to postanawia wszcząć procedurę obsadzenia kilku placówek. Kandydaci stają przed Komisją Spraw Zagranicznych. MSZ występuje też o tzw. agrement, czyli zgodę państwa przyjmującego danego ambasadora. Potem zostaje już tylko podpisanie nominacji przez prezydenta. Szef dyplomacji może liczyć, że po zakończeniu całej procedury Lechowi Kaczyńskiemu trudno będzie odrzucić kandydatów. Tym bardziej że zostali już uzgodnieni z obcym państwem. Gdyby jednak prezydent postanowił nie podpisać nominacji, szef dyplomacji liczy się z koniecznością wysłania na placówki tych samych kandydatów w obniżonej randze chargé d’affaires. To jednak w rzeczywistości może oznaczać dyplomatyczny skandal. Dla państwa, które zgodziło się już na ambasadora, wiadomość, że będzie to dyplomata w niższej randze, to policzek. Poza tym chargé d’affaires nie ma dostępu do wysokich przedstawicieli władz w państwie, w którym jest akredytowany.
Szef MSZ nie ma gwarancji, że jego kandydatów na ambasadorów zaakceptuje prezydent A to oznacza, że będzie o wiele mniej skutecznie pilnował polskich interesów za granicą. To nie wszystko. Kraje zainteresowane osłabieniem pozycji Polski mogą wykorzystywać spory między prezydentem a MSZ. Tak jak wykorzystały niejasny podział kompetencji w polityce zagranicznej w czasie rządu PiS. Ponieważ nie było wiadomo, kto naprawdę negocjuje unijny traktat: ekipa Lecha Kaczyńskiego czy premiera Jarosława Kaczyńskiego, nie udało się dopilnować wszystkich polskich interesów. MSZ i prezydent pokazali niedawno, że potrafią współpracować. Na szczycie NATO w Bukareszcie Radosław Sikorski i Lech Kaczyński ramię w ramię walczyli o gwarancje, że przyszłość Ukrainy i Gruzji leży w sojuszu. Szef MSZ wykorzystywał swoje kontakty i obycie, a Lech Kaczyński niezwykle przekonująco przedstawiał polskie argumenty. Aby współpraca się układała, nie trzeba więc zmieniać konstytucji.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL