fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Sukces Tuska, który zabija Platformę

AFP
Wyjazd do Brukseli i...

Niemal rok temu do wielu polityków PO nagle dotarło, że ówczesny lider partii i premier Donald Tusk może wyjechać z Polski i przenieść się do Brukseli na któreś z najważniejszych unijnych stanowisk. Sam Tusk do końca przekonywał, że Polska jest dla niego najważniejsza i że nie zamierza wcale wyjeżdżać. Sprawy zaszły jednak tak daleko, że pod koniec sierpnia sięgnął po stanowisko szefa Rady Europejskiej.

Opozycja przekonywała, że to ucieczka Donalda Tuska przed problemami. Wszak w czerwcu wybuchła najpoważniejsza z dotychczasowych afer PO – taśmowa. Politycy Platformy zapewniali jednak, że europejska propozycja dla premiera jest wielkim sukcesem. Sęk w tym, że sporządzony na chłodno bilans jego wyjazdu z Polski jest dla PO niekorzystny.

Choć początkowo trudno było dostrzec symptomy zbliżającej się katastrofy – wielu obserwatorów dało się zwieść niezłemu wynikowi PO w wyborach samorządowych – to właśnie wyjazd polskiego premiera stał się tą cegłą, po której wyjęciu solidnie wyglądający mur Platformy zaczął się walić.

Pozycja Polski nie wzrosła po przeprowadzce premiera do Brukseli, w kraju zaś rozpoczął się proces transformacji społecznych emocji, których konsekwencje mało kto jest jeszcze w stanie przewidzieć.

Niezła pozycja w UE, którą miał Tusk jako premier, wynikała, jak się okazuje, nie tyle z roli Polski, ile z osobistych umiejętności jego samego oraz szefa dyplomacji w jego rządzie, Radosława Sikorskiego. Nasza polityka zagraniczna bez Sikorskiego, postaci kontrowersyjnej, ale rozpoznawalnej na świecie, stała się znacznie mniej ambitna. Mniej ambitna stała się też polska polityka europejska – trudno dziś wskazać choćby jeden priorytet, o który Warszawa walczy w Brukseli. Nawet tak kluczowa sprawa, jak podtrzymanie unijnych sankcji wobec Rosji, nie zależy dziś od determinacji Warszawy, lecz woli Berlina i Paryża.

Owszem, od kiedy Tusk został przewodniczącym Rady Europejskiej, nasz rząd ma lepszy dostęp do informacji o unijnej polityce, ale trudno poza tym dziś stwierdzić, by objęcie przez byłego lidera PO tak ważnego stanowiska przyniosło Polsce kolosalne korzyści.

A już na pewno nie przyniosło w kraju sukcesów Platformie. Następczyni Tuska Ewa Kopacz okazała się premierem technicznym. Taki szef rządu może sobie nieźle dać radę w normalnym czasie, ale w czasie tak wielkich politycznych turbulencji, z jakimi mamy do czynienia po przegranej Bronisława Komorowskiego, partii potrzeba lidera wybitnego. Kogoś, kto miałby charyzmę i niezwykłe umiejętności przywódcze.

Jednak większość osób, które się z takimi cechami zdradzały, Tusk wyeliminował. Być może kimś takim jest Grzegorz Schetyna, jednak tak długo był w partii marginalizowany, że przejęcie przez niego władzy oznaczałoby w PO wojnę domową, która pogrążyłaby tę partię.

Ale problem Platformy to nie tylko kryzys przywództwa, lecz również nierozliczenie się z afer. Największym błędem PO było przekonanie, że obywatele mają tak krótką pamięć, iż zapominają wszystkie grzechy partii rządzącej. Te, skumulowane, zaczęły się w końcu odbijać Platformie czkawką.

Gdy pytałem niedawno współpracownika Ewy Kopacz, czy PO płaci za nierozliczone skandale, odpowiedział zdziwiony: – Momentem rozliczenia są wybory. Samorządowe pokazały, że wyborcy nie mają do nas wcale pretensji za aferę taśmową.

Elekcja prezydencka ujawniła, jak katastrofalnym błędem było takie podejście.

Gdyby wyrzucić z rządu i eksponowanych stanowisk wszystkich bohaterów afery taśmowej, nie miałaby ona takiej mocy, jak ma dziś. Ewa Kopacz po przejęciu urzędu nie zrealizowała jednak zapowiedzi Tuska o wyjaśnieniu afery. Wykręcając się twierdzeniem, że to nie była jej obietnica, nie wyciągnęła konsekwencji wobec polityków, których gorszące rozmowy ujawniono. Bartłomiej Sienkiewicz został dobrze opłacanym szefem think tanku PO, Radosław Sikorski – marszałkiem Sejmu, Jacek Rostowski – szefem doradców ekonomicznych nowej premier.

Gdy więc taśmy powróciły w czasie kampanii prezydenckiej, wzmocniły tylko fatalny efekt, jaki miały inne trudne sprawy dla PO: afera podkarpacka, CBA badające majątek sekretarza generalnego partii czy lewe pozwolenie na broń lidera jednej z platformianych frakcji. Ale Kopacz zamiatania afer pod dywan nauczyła się od Tuska.

Zapowiedź zorganizowania kongresu programowego PO brzmi dziś raczej jak wyrzut: jakim cudem przez dwie kadencje rządziła partia, dla której program się nie liczył? Odpowiedź jest taka, że latami, zamiast programu, do rządzenia wystarczał Platformie Tusk. Tego jednak już w Polsce nie ma.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA