fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Teatralna elegia o Śląsku

Teatr Śląski
Z okazji 150. urodzin Katowic Teatr Śląski wystawił sztukę na podstawie książki Małgorzaty Szejnert „Czarny ogród”. Historyczny reportaż o górniczym Giszowcu, jednej z dzielnic tego miasta przemienił w elegię o Śląsku.

Kopalnia na Śląsku była centrum lokalnego wszechświata, wokół którego organizowało się życie kilku pokoleń ludzi. Była źródłem utrzymania, ale i symbolem pewnej kultury pracy, a także rodzajem bardzo intensywnej, trwałej więzi spajającej pracujących w niej górników. Więź umacniało górnicze osiedle – zorganizowane w sposób perfekcyjny, zaspokajające wszystkie potrzeby mieszkańców. Takich osiedli na Górnym Śląsku jest wiele, a najpiękniejsze z nich to wybudowany sto lat temu katowicki Giszowiec.

Projekt Giszowca nawiązywał do idei miasta-ogrodu sir Ebenezera Howarda, był ewenementem w skali Europy. Kolonia składała się z 600 mieszkań, głównie w domkach jednorodzinnych i bliźniaczych stojących w ogrodach. Między kopalnią a Giszowcem kursowała darmowa kolejka. W osadzie były: kościół, cmentarz, szkoła, pralnia, łaźnia, magiel, szpital, sklepy, gospoda, kręgielnia, muszla koncertowa i sala teatralna. Taki zespół urbanistyczny dowartościowywał mieszkających w jego obrębie ludzi, dlatego wierzyli, że są ważni i na ogół dobrze im się żyło. Małgorzata Szejnert w liczącym ponad pięćset stron „Czarnym ogrodzie" sportretowała tę wielobarwną śląską społeczność, uwypuklając skomplikowane losy ludzi tzw. pogranicza, których nie oszczędzała historia poprzedniego, tak okrutnego w konflikty zbrojne i walkę ideologii stulecia.

Pod koniec lat 70. ubiegłego wieku komunistyczny kacyk kazał to magiczne miejsce – symbol oświeconego kapitalizmu - zrównać z ziemią. Rok 1980 i powstały wówczas film Kazimierza Kutza „Paciorki jednego różańca" uchroniły zaledwie jedną trzecią giszowieckiego miasta-ogrodu, bo w to, co pozostało, wdarł się barbarzyńca – tandetne PRL-owskie blokowisko. Szejnert swą książką także ocaliła dawny Giszowiec.

„Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert na scenę przenieśli Krzysztof Kopka, autor scenariusza, i reżyser Jacek Głomb. To para twórców, którzy wyspecjalizowali się w tzw. teatrze lokalnych opowieści, zapoczątkowanym w Legnicy przed piętnastu laty przez „Balladę o Zakaczawiu". Jak sami mówią o swym najnowszym dziele – jest to nie tyle adaptacja, co wariacja na motywach książki Szejnert. Wielkiej historii – jak u Szejnert - tu nie ma, Kopka z Głombem nie akcentują żadnej z przełomowych dla historii dwudziestego stulecia daty. Ich „Czarny ogród" to zaledwie pojedyncze losy ludzi, ich emocje, pasje, zainteresowania.

Scena jest niemal pusta. Czarna i straszna – jak kopalnia. Scenograf Małgorzata Bulanda wypełnia ją zaledwie kilkoma rekwizytami: karuzelą z końmi i łabędziem, wagonikiem kolejki, maglem, górniczym drelichem zawieszonym u sufitu, jak w łańcuszkowej kopalnianej szatni. Przewodnikiem po czeluściach jest zbiegły z niebiańskiego raju górnik Wojciech Bywalec – w tej roli Bernard Krawczyk - wielki admirator śpiewu, który za pracą wędrował od Śląska po Westfalię, a swe życie, które zaczęło się na Giszowcu i tu dopełniło, spisał w pamiętniku.

To w jego opowieści ożywają ci, którzy tę osadę tworzyli. Bohaterowie „Czarnego ogrodu" przypominają postaci ze starej fotografii – ich kostiumy są utrzymane w monochromatycznej barwie, nie wyróżniają się ani krojem ani fasonem, nie są zindywidualizowane. Za to każda z przywołanych postaci ma własną historię, ich opowieści się zazębiają, uzupełniają, a każda niesie jakąś uniwersalną prawdę. Gdyby nie gwarowa stylizacja, śląskie nazwy i nazwiska, a także nawiązanie do śląskich tradycji muzykowania i chóralnego śpiewu (znakomita muzyka Bartka Straburzyńskiego), to ma się wrażenie, że namiętności i przeżycia bohaterów „Czarnego ogrodu" mogłyby się zdarzyć w każdym miejscu i każdym czasie. Ich droga, bez względu jak kręta czy barwna, kończy się jak wszystkich pozostałych – gdzieś w zaświatach. I nawet tam Pan Bóg i jego aniołowie nie bardzo wiedzą, dlaczego miejsce, z jakiego się wywodzą, miałoby być aż tak szczególne, że chcą doń wrócić, porzucając rajskie rozkosze.

Ani reportażystka Małgorzata Szejnert, ani realizatorzy sztuki opartej na jej książce nie są Ślązakami. Ich spojrzenie na Śląsk jest inne niż twórców stąd się wywodzących. I właśnie ta optyka wyróżnia „Czarny ogród" od innych tzw. śląskich realizacji katowickiej sceny powstałych w Teatrze Śląskim w ramach cyklu „Śląsk święty, Śląsk przeklęty". „Czarny ogród" bardziej przypomina inscenizację tomiku poezji Edgara Lee Masters'a „Umarli ze Spoon River" niż zrealizowaną w tonacji realizmu magicznego rewelacyjną „Piątą stronę świata" Kazimierza Kutza. To przedstawienie poetyckie i baśniowe, jest elegią o Giszowcu i Śląsku, których już niestety nie ma.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA