fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Stylistyczna różnorodność atutem Jazz Jamboree

Fotorzepa/Marek Dusza
Premierowe wykonanie eklektycznej kompozycji Jerzego Kornowicza „Great Spinning" zakończyło 56. festiwal Jazz Jamboree.

Piątkowy koncert na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina przyciągnął przede wszystkim miłośników muzyki współczesnej, jazzfani byli w mniejszości. Jerzy Kornowicz zrobił ukłon w stronę Jazz Jamboree pisząc partie na jazzowy big-band, a wykonawcom znanym z festiwalu Warszawska Jesień pozostawił dużo swobody.

Do premierowego wykonania „Great Spinning" zaprosił najważniejszych współczesnych twórców i wykonawców zarazem: duet Electro Voce: Agata Zubel - głos, Cezary Duchnowski - elektronika, wiolonczelistę Andrzeja Bauera, specjalistę od mediów elektronicznych Krzysztofa Knittla i trębacza Ryszarda Lateckiego grającego także na instrumentach perkusyjnych.

„Great Spinning", powstały w ramach programu „Zamówienia Kompozytorskie" Instytutu Muzyki i Tańca, to także utwór na dwa pulpity dyrygenckie, przy których stanęli: kompozytor oraz szef big-bandu Szkoły Muzycznej II Stopnia na Bednarskiej Ryszard Borowski. Jerzy Kornowicz powierzył mu również partie fletu.

Już podtytuł dzieła: koncert na orkiestrę jazzową i wariantowy kwartet solistów podkreśla eklektyczny charakter utworu i pozostawia wykonawcom nadanie mu ostatecznego kształtu. Wszak improwizacja nie jest przypisana tylko do jazzu i nawet nie została „wymyślona" przez jazzmanów. Towarzyszy muzyce od jej początków.

W kompozycji Jerzego Kornowicza słychać było to, co nas otacza, czym żyjemy na co dzień. Zgiełk miasta, spokój natury, natłok informacji, wymianę myśli, starcie poglądów, łagodność i ekspresję. Pod zmieniające się nastroje każdy mógł dopasować własne myśli. Konkluzją dla muzycznych wrażeń były piłeczki ping pongowe rzucone na scenę przez Ryszarda Lateckiego. Każda odbijała się inaczej, każda zakreśliła w powietrzu swój tor lotu. To metafora muzyki współczesnej i jazzu, które na ten wieczór splotły się w kompozycji „Wielkie wirowanie".

Nawiązanie do tytułu znakomitego albumu grupy Weather Report „Tale Spinnin'" prawdopodobnie nie było przypadkowe.

Różnorodność stylistyczna tegorocznej edycji Jazz Jamboree to znak czasów i lekarstwo na skromne dofinansowanie. Drugi najstarszy (po krakowskich Zaduszkach Jazzowych), festiwal w Polsce, a kiedyś najważniejszy, trwa w kryzysie głównie ze względu na brak pieniędzy. Okazuje się, że inne imprezy znajdują większe uznanie w oczach przydzielających granty.

Jedyną gwiazdą, ale za to największego kalibru, był amerykański trębacz Terence Blanchard, który otworzył festiwal już na początku listopada. Za odkrycie trzeba uznać młodego włoskiego pianistę Enrico Zanisiego, który zagrał w Polsce po raz pierwszy i od razu przyciągnął komplet publiczności do Klubu Kultury Saska Kępa. Zanisi stworzył oryginalne brzmienie tria, a jego melodyjne kompozycje rozgrzały emocjami listopadowy wieczór.

Usłyszeliśmy energetyczny funk w wykonaniu Marii Sadowskiej i jej gościa - Urszuli Dudziak. Muzykę świata w międzynarodowej obsadzie przedstawiła orkiestra Naxos Konstantego Joriadisa i Milo Kurtisa. Pianista Janusz Szprot przyjechał z tureckimi jazzmanami. Natomiast największym wirtuozem festiwalu okazał się Tommy Emmanuel, który grał tak, jakby na scenie było trzech gitarzystów. Reżyser Andrzej Wasylewski pokazał kolejne odcinki swoich „Jazzowych dziejów Polski". Jeszcze 20 grudnia kino Muranów zaprasza na „Poranek jazzowy dla dzieci".

Jedno jest pewne, takiej frekwencji Jazz Jamboree dawno nie miało. Prawie wszystkie koncerty miały nadkomplet publiczności, co świadczy o zainteresowaniu i jazzem i festiwalem. Jesień jest najlepszą porą do słuchania takiej muzyki.

Marek Dusza

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA