fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Nie zamiatajmy wyborów pod dywan

PAP, Bartłomiej Zborowski
Wyniki wyborów do rad powiatów i sejmików – w których wyborcy musieli głosować, używając broszury – powinny być uznane za nieważne. Doszło tu bowiem do uprzywilejowania PSL i dyskryminacji innych list. Konstytucja zaś dyskryminacji zakazuje – pisze radny Rady Powiatu Nyskiego.

Wyniki wyborów samorządowych do sejmików i rad powiatów dały tak nieprawdopodobny wzrost poparcia dla Polskiego Stronnictwa Ludowego, że budzą wręcz niedowierzanie. Jak to możliwe, że partia, która we wszystkich sondażach balansuje na granicy progu wyborczego, nagle dostaje 30, a nawet 50 proc. głosów? Czy mamy do czynienia – jak chce opozycja – z wyborczym fałszerstwem czy też – jak twierdzą zadowoleni z wyników rządzący koalicjanci – nastąpił skokowy wzrost społecznego poparcia PSL?

Atut pierwszej strony

Skoro dziś z pewnością bliską 100 proc. można stwierdzić, że wynik wyborczy PSL jest przeszacowany o kilkaset procent, to znaczy, że wyborcy poparli PSL niejako wbrew swojej woli. A zatem, że nastąpiło to na skutek przyjęcia określonej procedury, która zafałszowała wynik wyborów.

Komentatorzy polityczni, dziennikarze, a także liderzy ugrupowań opozycyjnych z dziwną bezradnością starają się omijać wątek konstytucyjny zjawiska. Wynika to z interesu politycznego głównych graczy – liderów koalicji rządzącej, ale także liderów opozycji, którzy ugrzęźli w retoryce antyrządowej i nie są w stanie się od niej oderwać. W tej retoryce główną rolę mogą odegrać albo „fałszerstwa", albo „ruskie serwery".

Tymczasem przyczyna kryzysu wyborczego jest banalna. Oto, jak wiadomo, listy wyborcze PSL do rad powiatów i sejmików umieszczone zostały w całym kraju na pierwszej stronie zszytej broszury wyborczej. Listy pozostałych komitetów, a zwłaszcza komitetów lokalnych, zostały wydrukowane i zszyte na dalszych stronach. W ten sposób wyborca PSL miał o wiele łatwiejsze zadanie niż wyborca np. Komitetu Wyborczego Ligi Powiatu Nyskiego, gdyż nie musiał kartkować wielostronicowej broszury.

Sytuacja taka w sposób ewidentny narusza konstytucyjną zasadę równości wyrażoną w art. 32, gdyż różnicuje stopień trudności w procesie głosowania w zależności od miejsc poszczególnych list wyborczych. Chodzi nie tylko o polityczne zróżnicowanie, ale również o wyborców mniej zorientowanych, niepełnosprawnych, starszych, którym łatwiej było postawić krzyżyk na pierwszej kartce i spełnić w ten sposób swój „obywatelski obowiązek".

PKW nie wywiązała się z zadania

Jest oczywiste, że każdy z komitetów wyborczych powinien mieć równe prawa w procesie wyborczym – stanowi o tym art. 32 konstytucji i ani kodeks wyborczy, ani kolejne rozporządzenia PKW określające sposób przeprowadzenia wyborów do rad powiatów i sejmików nie mogły stać w sprzeczności z tym wymogiem. Przekładając ten konstytucyjny wymóg na praktyczne wnioski, otrzymujemy zasadę, że wyborca – niezależnie od tego, na jaką listę chciał głosować – powinien był mieć taką samą łatwość (albo trudność) w dokonaniu swojego wyboru. Tymczasem nie miał ze względu na konieczność kartkowania broszury, by oddać głos na listę inną niż PSL.

Ci z politycznych komentatorów, którzy albo nie są dość wnikliwi, albo ze względu na swe polityczne sympatie są zadowoleni z wyniku wyborów do sejmików i rad powiatów, starają się nie dostrzegać i minimalizować ten czynnik. „Jak to – powiada w telewizyjnym studiu europosłanka Julia Pitera – uważacie, że wyborcy to idioci? Nie umieją przekartkować broszury?".

To oczywista demagogia. Nie jest zadaniem polityka tłumaczenie nieprawdopodobnych wyników wyborów winą wyborców, ich rzekomą niedojrzałością polityczną czy intelektualną. Zadaniem PKW było takie zaprojektowanie procedur, żeby mógł je zrozumieć nawet najbardziej niezorientowany czy intelektualnie niewyrobiony wyborca. Konstytucja nie przyznaje praw wyborczych w zależności od ilorazu inteligencji czy wykształcenia. Tak więc procedury wyborcze, w tym karty, na których głosujący mają stawiać krzyżyk, powinny być tak przejrzyste, by każdy mógł je zrozumieć.

Nie ma znaczenia, czy trudność przekartkowania broszury jest duża czy mała. Jest ewidentna

Wynik wyborów i gigantyczne przeszacowanie wyniku PSL, a także wzrost liczby głosów nieważnych jest ewidentnym dowodem na błędy w procedurze wyborczej. Jednak nikt dotąd nie powołuje się na czytelny związek zjawiska z art. 32 konstytucji i nie wskazuje na naruszenie tego artykułu przez rozporządzenia PKW, w myśl których zróżnicowano trudność oddania głosu dla wyborców poszczególnych grup. Nie ma znaczenia, czy trudność przekartkowania broszury jest duża czy mała. Jest ewidentna. A konstytucja nie zakazuje wszak w art. 32 „nadmiernej" dyskryminacji w życiu publicznym. Zakazuje jakiejkolwiek dyskryminacji – nawet tak niewielkiej jak zmuszenie jednych do kartkowania kilku stron, a innych zwalniającej z tego obowiązku.

Zresztą naruszenie konstytucyjnej zasady równości i zakazu dyskryminacji w procedurze wyborczej było jeszcze głębsze. Oto komitety lokalne, takie np. jak KW Liga Powiatu Nyskiego – nigdy nie miały szans na otrzymanie numeru pierwszego w wyborach do powiatu, w którym zgłaszały swoją listę. A zatem z definicji lista lokalna nigdy nie mogła się znaleźć na pierwszej stronie. Numery list partii ogólnopolskich losowane były bowiem centralnie w Warszawie. A dopiero potem numery list otrzymywały komitety wojewódzkie, na końcu zaś powiatowe. Tak więc komitet wyborczy wystawiający listę tylko do jednego powiatu nigdy nie miał szans na to, żeby jego lista była na pierwszej stronie wyborczej broszury.

Jeśli to nie jest dyskryminacja, to co nią jest?

Opłakane skutki tchórzostwa

Zjawisko, które ewidentnie spowodowało zamieszanie, czyli zróżnicowanie trudności dla poszczególnych komitetów wyborczych w przedstawieniu swojej listy wyborcom i pierwsza strona dla PSL, może się wydawać czymś błahym, a jednak dało piorunujące skutki. Jest to zjawisko w rodzaju efektu motyla – na pozór błaha przyczyna powoduje w konsekwencji katastrofę.

Przyznajmy uczciwie – nikt z nas nie przypuszczał, że takie skutki wywoła zastąpienie karty do głosowania broszurą. Nikt. Winą PKW jest to, że dokumenty i procedury nie zostały poddane tzw. standaryzacji, czyli sprawdzeniu, jak system działa w zderzeniu z przeciętną grupą obywateli. To oczywisty brak profesjonalizmu PKW. Teraz politycy i prawnicy odpowiedzialni za przeoczenie tego błędu idą w zaparte i odmawiają w ogóle dostrzeżenia przyczyny niewiarygodności wyborów. Odmawiają także uznania oczywistego odniesienia do konstytucyjnej zasady równości. Do ich stanowiska zdaje się przychylać otoczenie prezydenta, zapominając jednak o tym, że blamaż wyborczy może potrwać jedynie do przyszłego roku, kiedy wybory parlamentarne ujawnią prawdziwe poparcie dla PSL. I wówczas dzisiejsze tchórzostwo przyniesie opłakane skutki.

Jednocześnie chaos informacyjny i interpretacyjny powiększają partyjni liderzy – jedni, jak opozycja, wekslujący to, co się wydarzyło, w kierunku fałszerstw (do czego nie ma podstaw), a drudzy – negując zjawisko niewiarygodności uzyskanych w procesie głosowania wyników. Ba, oskarżając tych, którzy kwestionują wybory, o oszołomstwo i podważanie wiarygodności państwa.

Tymczasem dostaliśmy w Polsce niebywałą okazję do zmiany procedur wyborczych, ale i lekcję, jak ważne jest, by nie lekceważyć zasad konstytucyjnych. Narzeka się często, że Polacy mają luźny stosunek do prawa, że nie traktują przepisów poważnie. Tu akurat zły przykład dają obywatelom ci, którzy powinni stać na straży prawa. Mieć odwagę zareagować i ocenić sytuację chłodno, broniąc zasad, prawa i konstytucji. Mam na myśli tych „konstytucjonalistów" czy sędziów, którzy nie są w stanie dostrzec przyczyny i ewidentnych konstytucyjnych odniesień, choć skutek w postaci niewiarygodnych wyborów jest oczywisty. I – wobec potęgi skutku – nie ma znaczenia, jak niewielka była przyczyna. Nawet minimalne naruszenie zasady równości i zakazu dyskryminacji, jakim było uprzywilejowanie PSL przez umieszczenie jego listy na pierwszej stronie, dało nieproporcjonalny i niezwiązany z realnym poparciem społecznym wynik wyborczy.

Nie ma też wątpliwości, że przywilej uzyskany przez PSL stanowi naruszenie art. 32 konstytucji i stanowi podstawę do unieważnienia wyborów do rad powiatów i sejmików oraz przeprowadzenia ich ponownie. Z tym że nie można tu oskarżać PSL o świadome działanie. Jak sądzę, mamy do czynienia z przypadkiem, choć trzeba stwierdzić, że kompetentna PKW powinna była tę sytuację przewidzieć, gdy podjęła decyzję o stworzeniu wyborczej broszury. Artykuł 40 kodeksu wyborczego wręcz mówi o głosowaniu na karcie. A broszura to nie to samo co karta.

Wszystko to sprawia, że wyniki wyborów do rad powiatów i sejmików, w których wyborcy musieli głosować, używając broszury, powinny być uznane za nieważne, bo nie dadzą się zinterpretować inaczej niż jako powstałe wskutek – niewielkiej, ale jednak – dyskryminacji innych list, a uprzywilejowania PSL.

Co jest ważne?

Ważne są natomiast wyniki wyborów na wójtów, a także na radnych rad miejskich i gminnych przeprowadzane w okręgach jednomandatowych. Tu wyborca miał jasny przegląd wszystkich kandydatów na jednej karcie i nawet numer listy nie stanowił przeszkody, gdyż nazwiska kandydatów zawsze jakoś muszą być uszeregowane. Choć dziwactwem było umieszczanie kandydatów na wójtów czy radnych w okręgach jednomandatowych w kolejności numerów list, a nie po prostu alfabetycznie. PKW zadała sobie wiele trudu, żeby i tu skomplikować to, co jest proste, i upartyjnić to, co wcale partyjne być nie musi.

To kolejny dowód na słuszność podnoszonego od lat żądania zmiany ordynacji wyborczej i wprowadzenia do polskiego systemu wyborczego na każdym szczeblu wyboru przedstawicieli społeczeństwa w jednomandatowych okręgach wyborczych. Czy liderzy polskiej sceny politycznej wyciągną wnioski z obecnego kryzysu i poprą ten postulat czy też, jak europosłanka PO Julia Pitera (notabene niegdysiejsza działaczka Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych), będą znów tuszować ewidentne błędy systemu wyborczego III RP w imię ciasnych partyjnych interesów?

Bezwzględnie nad skandalem, będącym wynikiem fatalnego systemu wyborczego, doprowadzonego do absurdu nieprzemyślanymi rozporządzeniami PKW, nie wolno przejść do porządku. Bo zmiecenie sprawy pod dywan byłoby kompromitacją nie tylko państwa polskiego, ale przede wszystkim politycznych i intelektualnych elit III RP.

Autor jest politykiem, dziennikarzem, samorządowcem, byłym burmistrzem Nysy. W PRL działał w opozycji antykomunistycznej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA