fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kamieni kupa

Dla PO podsłuchy będą tym, czym dla SLD była afera Rywina. Z tą istotną różnicą, że dzięki mediom Platforma ma szansę przetrwać.
Co było istotą afery Rywina? To, że pokazała gnicie państwa. Polskę jako bantustan, gdzie można sobie kupić ustawę. Gdzie nic nie działa jak w praworządnym kraju. Gdzie deale (jedno z ulubionych słów ministra Radosława Sikorskiego) między rządem a koncernem medialnym organizuje szemrany biznesmen. A w podejrzany proceder mogą być zamieszani najwyżsi urzędnicy państwowi, z premierem na czele. Jemu akurat nic nie udowodniono, ale już pani wiceminister kultury jak najbardziej.
Co stało się potem, wszyscy pamiętamy. Słynna komisja śledcza przeczołgała polityków rządzącego SLD i wylansowała kilka gwiazd. Następne wybory wyniosły zaś do władzy tych, którzy chcieli sanacji życia publicznego – czyli PiS i Platformę Obywatelską, a Sojusz, którego poparcie spadło w ciągu czterech lat z 41 do 11 procent, już nigdy się z tego nie podniósł.
Państwo polskie jest dziś w gorszym stanie niż w czasach afery Rywina
Sam Leszek Miller, ówczesny szef rządu, na kilka lat wylądował na politycznym dnie (kandydowanie z Samoobrony). Ale to, że dziś znowu jest przewodniczącym partii, można traktować jako dowód jej upadku. Nie jest bowiem w stanie wyłonić lidera z prawdziwego zdarzenia.

Zamach stanu kelnerów

Czy los SLD i Millera stanie się udziałem Donalda Tuska i Platformy? Nie byłoby to bardzo zaskakujące. Wydaje się jednak, że tym razem lądowanie nie będzie aż tak twarde, choć w gruncie rzeczy chodzi o to samo. Afera taśmowa dowiodła bowiem, że nasze państwo wciąż gnije. Pokazała też, że kilku czołowych polityków obecnego rządu mogłoby się podpisać pod słowami lewicowego premiera Węgier Ferenca Gyurcsanya „kłamaliśmy rano, kłamaliśmy wieczorem", tylko po to, by utrzymać władzę.
Donald Tusk i jego urzędnicy usiłują zwekslować sprawę na tych, którzy podsłuchiwali, nazywając całą akcję zamachem stanu. Nikt tych tłumaczeń nie traktuje serio poza najbardziej oddanymi medialnymi propagandystami rządu albo ludźmi, którym myślenie zastępuje powtarzanie przekazów dnia od pana premiera. Tym bardziej że przecieki (zapewne od służb) mają wydźwięk doprawdy kompromitujący. Jeśli czytamy na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej" o „spisku kelnerów", którzy podsłuchiwali najważniejsze osoby w państwie, to trudno się nie roześmiać, zestawiając to ze srogimi minami szefa rządu obwieszczającego zamach stanu.
Są zatem dwa wyjścia. Albo służby specjalne w Polsce już nie potrafią nawet wymyślić sensownego przecieku, albo jest to bliskie prawdy, a mimo to informacje wyszły do mediów (osobiście optowałbym za tą drugą wersją, widząc zgniliznę panującą blisko szczytów władzy). Obie te możliwości oznaczają kolejny blamaż struktur odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kraju.
Przyjrzyjmy się aferze taśmowej od tej strony. Dostarcza licznych dowodów, że państwo polskie jest tak przegniłe, że słowa ministra Sienkiewicza, iż „istnieje tylko teoretycznie" oddają istotę sprawy, a kto wie, czy nie bardziej adekwatne jest tu określenie „ch..., d... i kamieni kupa".

Cztery szczeble kompromitacji

Mamy cztery kolejne szczeble kompromitacji służb. Pierwszy: dostaliśmy dowód, że żyjemy w kraju, gdzie bez trudu można podsłuchiwać najwyższych urzędników państwowych, bo nikt nie nadzoruje ich bezpieczeństwa. A mówimy tu też o zwierzchniku służb specjalnych, czyli osobie, która powinna być chroniona w sposób szczególny, oraz o ministrze spraw zagranicznych, którego opinie mają dla kraju znaczenie strategiczne. Do tego wszyscy ci ludzie nie mają pojęcia, że pewnych rzeczy nie można mówić poza swoim gabinetem, a pewnych myśli nigdy nie wolno wypowiadać na głos. I to też obciąża służby, które powinny zadbać o przeszkolenie członków rządu w tym zakresie.
Szczebel drugi: kiedy sprawa wychodzi na jaw, co robią ABW i prokuratura? Urządzają najazd na redakcję „Wprost". Wydaje się, że do tego momentu Donald Tusk mógł jeszcze z afery taśmowej wyjść cało, ale wtedy nastąpiło coś, co zwykliśmy nazywać początkiem końca. Nie chodzi nawet o to, że to uderzenie w wolność słowa. Że takie akcje urządza się w państwach totalitarnych czy autorytarnych, a nie w demokratycznych. Bo to wyborcy pewnie by mu wybaczyli – los dziennikarzy jest im obojętny. Ale takiego popisu nieskuteczności i niekompetencji agentów oraz prokuratorów nie widzieliśmy chyba nigdy. A przecież w „państwie, które istnieje teoretycznie", widzieliśmy już niejedno. Nie dość więc, że  funkcjonariusze się skompromitowali, to jeszcze nie dostali tego, czego chcieli.
I stopień trzeci: służby nie są w stanie nic ustalić, więc wypuszczają do mediów absurdalne przecieki. Czy to kogoś w Polsce zaskakuje? Przecież żyjemy w kraju, gdzie można bezkarnie zastrzelić byłego szefa policji. Jeśli więc nawet tego nie są w stanie wyjaśnić ludzie za to odpowiedzialni, to prawdopodobnie do niczego się nie nadają. I to jest właśnie szczebel czwarty. Z afery taśmowej wynika, że polskie służby są w stanie takiej degeneracji, że nie potrafią chronić bezpieczeństwa państwa i zapewnić mu sprawnego funkcjonowania.

Degeneracja państwa

Mało? To teraz zajmijmy się meritum dyskusji opublikowanych we „Wprost" (warstwę stylistyczną zostawmy stylistom, kolegom Sławomira Nowaka, bo z podsłuchów wynika, że interesuje się tą branżą). W pierwszej rozmowie minister spraw wewnętrznych i prezes banku centralnego snują rozważania, które stawiają pod dużym znakiem zapytania niezależność NBP i dobijają politycznego targu, co zdaniem niektórych prawników kwalifikuje się przed Trybunał Stanu. Bartłomiej Sienkiewicz mówi też, że jak trzeba docisnąć niepokornego biznesmena, to się go dociśnie. Co znaczy, że to są praktyki przyjęte na salonach władzy.
W kolejnej rozmowie byłego ministra (Sławomira Nowaka) i byłego wiceministra finansów (Andrzeja Parafianowicza) słyszymy, że można załatwić sprawę kontroli skarbowej przez polityczne naciski. W następnej minister spraw zagranicznych otwarcie mówi, że rząd okłamuje zarówno swoich wyborców, jak i partnerów zagranicznych. Choć publicznie zapewnia o zaufaniu do USA, to w rzeczywistości uważa, że strategiczny sojusz polsko-amerykański „jest nic niewarty". Ba, „jest wręcz szkodliwy, bo stwarza Polsce fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Skonfliktujemy się z Niemcami, z Rosją i będziemy uważali, że wszystko jest super, bo zrobiliśmy laskę Amerykanom". Jak można po czymś takim poważnie traktować jakiekolwiek deklaracje ministra Sikorskiego?
Przy tym kwestia powoływania komisji śledczej nie z powodu złamania prawa tylko, żeby „zaj...ć PiS" to doprawdy drobiazg. Podobnie jak to, że z rozmów prezesa Orlenu Jacka Krawca z byłym rzecznikiem rządu (obecnie sekretarzem generalnym PO) Pawłem Grasiem i ministrem skarbu Włodzimierzem Karpińskim wynika, iż stanowiska w dużych polskich firmach obsadzane są wyłącznie z klucza politycznego. Że dostają je „znajomi Donalda" i innych czołowych postaci partii rządzącej. Bo to akurat wiadomo nie od dziś (kolejne dowody na to znajdziemy w rozmowie Parafianowicz – Nowak). Drobiazgiem jest też to, że imprezy na 4 czerwca zorganizowano jako kampanię wyborczą prezydenta za państwową kasę.
Naprawdę można by długo jeszcze wymieniać rzeczy, których elity władzy oraz powiązany z nimi biznes powinni się – w najlepszym wypadku – wstydzić. Jest nawet gorzej, niż można by sądzić: zawłaszczanie przez partię rządzącą kraju i używanie najróżniejszych instytucji do walki z opozycją nie jest przyczyną degeneracji, tylko skutkiem. Skutkiem tego, że państwo polskie jest dziś w opłakanym stanie, znacznie gorszym niż w czasach afery Rywina. A odpowiedzialność za ten stan spada na rząd Donalda Tuska i tworzące go partie, przede wszystkim Platformę Obywatelską oraz, w mniejszym stopniu, PSL.

Trup nie płynie Wisłą

Dlaczego zatem, choć widać, że sytuacja jest jeszcze gorsza niż 12 lat temu, skończy się ona dla premiera i jego ugrupowania lepiej niż afera Rywina dla SLD? Z powodu stosunku mediów do rządu. Jeśli ktoś nie pamięta, to ówczesne nastawienie opinii publicznej oraz dziennikarzy do rządzących było tak złe, że nawet TVP, zarządzana przez Roberta Kwiatkowskiego, była wtedy przeciwko gabinetowi Leszka Millera. O „Gazecie Wyborczej" nawet nie wspominam, bo to oczywiste. Podobne nastawienie prezentowały w zasadzie wszystkie media głównego nurtu. Były to, szanowni państwo, czasy, kiedy nawet Tomasz Lis i Janusz Palikot popierali postulaty PiS. Chcieli uchodzić za konserwatystów i nawoływali do sanacji życia publicznego w imię wartości chrześcijańskich. Dopiero później się zorientowali, że postawili na niewłaściwego konia.
Poza tym w roku 2005 PiS i Platforma nie były jeszcze zużyte rządzeniem, dawały nadzieję na nowe otwarcie, na zmianę w kraju i ludzie im zaufali. Dziś takich ugrupowań nie widać, a do tego we wpływowych mediach, zajmujących się od lat zwalczaniem PiS-u, pan premier może liczyć na daleko idącą wyrozumiałość. Zapewne trzeciego zwycięstwa w wyborach dla PO nie będzie, bo nie da się przykryć afery taśmowej tak łatwo jak tych wcześniejszych. Zjazd w dół właśnie się zaczął i szybko się nie skończy. Jednak pogłoski o śmierci Tuska, którego trup już ponoć płynie Wisłą (jak raczył się wyrazić Adam Hoffman), wydają się przesadzone.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA