fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Nie słychać, gdy nadbiega

Simona Halep od tygodnia jest trzecią tenisistką świata
PAP/EPA
Simona Halep. Rumuńska finalistka Roland Garros dla wielu jest wciąż zbyt zwyczajna, niepozorna i trochę obca.
To była wiadomość dnia: rumuńska juniorska mistrzyni Roland Garros 2008 decyduje się na radykalne zmniejszenie biustu, by móc lepiej grać w tenisa. Dziewczyna zebrała od jednych pochwały za odwagę i determinację, od innych trochę inwektyw za brak rozsądku (co natura dała, zmieniać nie należy...) i narzekań, że to zły przykład. Promowanie niebezpiecznej sportowej mody.
Byli tacy, których zajmowało tylko porównywanie i komentowanie fotografii przed i po. Dla samej tenisistki to był czas niepewności: kilkumiesięcznej przerwy od tenisa, rehabilitacji i powrotu do treningów. Po paru miesiącach o sprawie jakby zapomniano.

Honorowe obywatelstwo

Simona miała prawo wierzyć, że sportowa przyszłość będzie dobra. Choć wychowana na obrzeżach wielkiego tenisa, pracowała dużo, pięła się w górę rankingów. Walczyła jak każda: małe turnieje ITF w Mińsku, Trnavie i Opolu, kwalifikacje większych turniejów WTA po świecie, wreszcie awans do pierwszej setki rankingu w 2010 roku, do pierwszej pięćdziesiątki rok później. Potem przyszło przyspieszenie, którego efekty widzimy dziś w rankingu WTA: trzecie miejsce, przed Agnieszką Radwańską, za Sereną Williams i Na Li.
Jeszcze w 2013 roku, gdy kończyła sezon jako 11. na świecie i wygrała sześć turniejów, nie wszyscy byli przekonani, że jej dzielny tenis (agresywna gra z końcowej linii – tak go definiuje, inni dodają: szybkość, dobre oko, dobre ręce i talent taktyczny), obroni się na dłużej.
Obronił się znakomicie. W 2014 roku wygrała w Dausze, walczyła w finale w Madrycie, wreszcie postawiła się w Paryżu samej Marii Szarapowej, w finale, który znacznie poprawił opinie o kobiecym tenisie.
Przegrała, ale zyskała w Rumunii szacunek i sławę. Za finał Roland Garros władze nie dają tam jeszcze państwowych orderów, ale pani minister sportu i młodzieży Gabriela Szabo osobiście przywitała wracającą z Paryża tenisistkę na lotnisku w Bukareszcie i gratulowała z całego serca.
Lokalni dziennikarze zrobili swoje, wspominając, niekiedy mało oględnie, że sędziowanie meczu o tytuł sprzyjało Rosjance z Florydy, że ta porażka jest więc zwycięstwem, przynajmniej moralnym, w oczach rodaków.
Burmistrz Konstancy Radu Peas powiedział, że honorowe obywatelstwo jest już niemal pewne. Ten pomysł chodził po głowie rajcom już wcześniej, wczesną wiosną, gdy tenisistka wygrywała w Dausze i walczyła z Radwańską w półfinale Indian Wells, ale wtedy uznali, że ich najsławniejsza obywatelka jeszcze musi udowodnić swój talent.
Simona Halep nie chce już mówić o operacji. Powody podawała niejeden raz, swoje wycierpiała po krytyce jej decyzji. – To było dawno temu. Jestem szczęśliwa, że to zrobiłam. Gdybym musiała to zrobić dla tenisa jeszcze raz, zrobiłabym, bo to był dobry pomysł – powtarza tylko, jeśli ktoś wciąż uparcie pyta.
Pięć lat temu, gdy miała 17 lat i uznała, że trzeba radykalnie zmniejszyć biust, z rozmiaru 34DD do miseczki 34C. Nie mówiła tylko o tenisie, ale raczej o trudnym życiu nastolatki, której natura dała w jednym miejscu trochę za dużo ciała. – To prawda, że coraz większe piersi powodowały, że nie mogłam szybko reagować na wydarzenia na korcie, to prawda, że za dużo ważyły, co jeszcze zwiększało mój dyskomfort. Przeszkadzały mi jednak także w codziennych czynnościach życiowych, zaczęłam odczuwać bóle kręgosłupa i barków. Zdecydowałabym się na tę operację nawet wtedy, gdybym nie uprawiała sportu – mówiła wówczas.
Ale opowieść o jej karierze to przede wszystkim 16 pracowitych lat spędzonych w Konstancy, porcie nad Morzem Czarnym. Sportowym bohaterem dzieciństwa Simony nie był wcale żaden tenisista, nawet Ilie Nastase czy Ion Tiriac, ani obecna menedżerka Virginia Ruzici, rumuńska mistrzyni Roland Garros – z 1978 roku.
Bohaterem małej Simony, jak wielu innych rumuńskich dzieciaków, był piłkarz Gheorghe Hagi. W domu futbol musiał być ważny, bo tata Stere Halep też był zawodowym piłkarzem, tyle że zarabiał na chleb w klubie Sageata Stejaru, daleko od ekstraklasy.
Opowieść o jej karierze to przede wszystkim 16 lat spędzonych w Konstancy nad Morzem Czarnym
Mógł przenieść się do mocniejszego klubu, pierwszoligowego Farulu Konstanca, ale jego rodzice uznali, że to za wysokie progi, w dodatku praca niepewna, grożąca kontuzjami. Dlatego zaraz po zakończeniu kariery został właścicielem fabryczki produkującej sery i jogurty. Mama Tania, zwykle przy domu, czasem jeździ z Simoną na turnieje.

Ojciec piłkarz

Córka wybrała tenis, bo klub był blisko i grał już starszy brat. Pierwszy trener – Ioan Stan, prowadził jej karierę od czwartego roku życia. Właściciel głównego klubu tenisowego w Konstancy, Corneleu Idu, pomógł finansowo w ważnej chwili, gdy była nastolatką. Gdy miała 16 lat, mogła przenieść się do Bukaresztu, bo w stolicy o trenerów i korty było łatwiej, przede wszystkim jednak miała z kim ćwiczyć.
Od razu zauważono, że po ojcu piłkarzu odziedziczyła mocne i szybkie nogi. – Tak, ma nogi niemal jak futbolista, jest szybka, porusza się po korcie bardzo lekko, zawsze zachowuje równowagę i może błyskawicznie zmieniać decyzje w czasie gry. To wszystko jest bardzo naturalne, z tym się urodziła, można nawet powiedzieć, zachowując odpowiednie proporcje, że porusza się jak Roger Federer: miękko, łagodnie, nie zużywając przy tym wiele energii – mówi jej trener, Belg Wim Fissette.
Pracują razem dopiero od stycznia tego roku, to związek dość młody, ale jak widać, na razie udany. Nowy trener, któremu rekomendacje wystawiła sama Kim Clijsters (wcześniej prowadził też karierę Sabine Lisicki), na razie nie widzi braków Simony. – Potrafi wszystko. Jest bardzo inteligentna. Kiedy coś idzie nie tak, od razu sama próbuje znaleźć rozwiązanie. Widzę, że myśli nawet przy zmianie stron gry – dodaje.
Zatrudnienie Fissette to jeden z ostatnich pomysłów tenisistki na poprawę gry. – Jestem w 100 procentach wychowana przez rumuńskich trenerów. W końcu przyszła chwila, gdy chciałam coś zmienić, zobaczyć, jak trenuje się w innych krajach – uzasadniła swój pomysł.
O tenisie mówi chętnie, bo jest o czym, ale o reszcie swego życia – niemal nic. Grzecznie przeprasza, ale nie, prywatność to prywatność. Tata Stere przypomina jednak, że on i cała rodzina to Arumuni – członkowie niedużej, raczej zapomnianej grupy etnicznej. To naród bez państwowej odrębności, mieszkający w rozproszeniu w krajach bałkańskich. Mają jednak swój język.
Tyle z tego wynika, że w domu tenisistki w Konstancy wszyscy, także brat Nicolae, student ze stolicy, niedoszły tenisista, mówią do siebie po arumuńsku, Simona lubi słuchać muzyki arumuńskiej, robią też dania własnej kuchni.

W barwach Adidasa

Simona nie znosi rozgłosu wokół siebie, jest nieśmiała, a co do rozrywek sportowej milionerki (po Paryżu suma wygranych przekroczyła 4,5 mln dolarów), to wymienia robienie zakupów i wyjście z miasto z przyjaciółmi. Żadnych ekstrawagancji. – Na ulicy w moim mieście ludzie mnie rozpoznają, owszem. Gratulują, mówią miłe słowa. Najważniejsze jest jednak to, że dzieciaki dzięki moim sukcesom garną się do tenisa, to mnie cieszy – mówi Halep.
W szatni lubiana, bo żadnych fochów nie stroi, a w WTA Tour, wbrew pozorom, ceni się też takie skromne dziewczyny, których siłę charakteru widać bardziej na korcie. Sponsorzy też cenią, choć oczywiście nie tak jak jak jej finałową rywalkę z Paryża. Ale najwięksi są czujni – Adidas uznał, że Rumunia to obiecujący rynek, i zaproponował siedmiocyfrowy kontrakt na ubiory i buty. To oznacza grę w barwach  drużyny, w której są m.in. Andy Murray, Jo-Wilfried Tsonga, Karolina Woźniacka, Ana Ivanović i Andżelika Kerber.
Jeden z amerykańskich magazynów napisał jeszcze przed Roland Garros 2014, że Simona Halep jest i być może pozostanie jedną z najbardziej niedocenianych tenisistek na świecie. Przyczyn podał pięć:
1. Jest postrzegana jako mistrzyni niższej ligi.
2. Nie ma zwycięstwa w Wielkim Szlemie.
3. Gdy mówi po angielsku, ma twardy obcy akcent.
4. Nie jest wysoka.
5. Nie jest blondynką.
Wszystko, poza wzrostem, wciąż da się zmienić, a 168 cm dla dziewczyn to nie jest wcale mało. Virginia Ruzici była pierwszą, która uwierzyła w talent Simony, zobaczyła ją jako 14-letnią dziewczynkę i mówiła, że z tej mąki będzie chleb.
Teraz z uśmiechem powtarza: – Ona wszystko robi tak płynnie, że nikt nie zauważa, gdy nadbiega.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA