fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Obama – opium dla Polaków

Filip Memches
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Henryk Sienkiewicz, pisząc Trylogię, wiedział, co robi. Za jego czasów opowieści ku pokrzepieniu serc stanowiły towar, na który był wśród Polaków popyt. Dziwne zatem, że i tak samo jest dzisiaj.
Bo przecież zabory i okupacje to przeszłość, a 4 czerwca w Warszawie świętowano „25 lat wolności". A jednak Polacy nadal potrzebują tego, żeby ktoś ich pocieszał. Kto? A na przykład osoba tego formatu, co prezydent USA.
Spin doktorzy Baracka Obamy udzielili mu właściwej podpowiedzi w zakresie wiedzy o traumach historycznych, które wciąż spędzają sen z powiek tubylcom znad Wisły. Amerykański przywódca postanowił więc pójść w ślady Jana Pawła II, wołającego 35 lat wcześniej w tym samym mieście: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!".
Tyle że słowa papieża były słowami proroka – znalazły potwierdzenie w rzeczywistości: 16 miesięcy karnawału „Solidarności" okazało się świadectwem nie tylko politycznego dojrzewania społeczeństwa zepsutego przez realny komunizm, ale i przemiany duchowej, która owo społeczeństwo przeorała. Dziś brzmi to oczywiście jak bajka o żelaznym wilku, ale nie wiadomo, kim i jacy byliby dzisiejsi Polacy bez tamtych doświadczeń.
Tymczasem Obama zaserwował nadwiślańskim tubylcom opowieść o wielkim narodzie, którego zmagania dziejowe wpasowały się w kontekst historiozoficzny – w bój Dobra ze Złem, starcie zwolenników Wolności z jej przeciwnikami. Trudno jednak żywić nadzieję na to, że takie przepełnione quasi-mesjanistycznymi odniesieniami (z chrześcijańskim mesjanizmem Jana Pawła II mającymi niewiele wspólnego) wystąpienie przybysza z USA przyniesie Polakom i – patrząc na sprawę szerzej – w ogóle mieszkańcom krajów dawnego bloku wschodniego jakiś przełom.
Obama nie ma na swoim koncie jakichś spektakularnych wyczynów politycznych. Jest mężem stanu wyłącznie w wymiarze retoryki. Dlatego jego warszawską mowę odebrałem w kategoriach hollywoodzkiego melodramatu, który miał Polaków wzruszyć. Nie mogło więc zabraknąć kiczowatego patosu. To ten rodzaj jankeskiej szmiry, który doskonale sparodiował w swoich filmach „Blue Velvet" i „Dzikość serca" David Lynch.
W takiej sytuacji wolę już europejskie postmodernistyczne klimaty, kojarzone chociażby z takimi twórcami kina jak Lars von Trier czy Tom Tykwer. Może dekadencka, pesymistyczna aura, która unosi się nad obrazami tych reżyserów bywa nie do zniesienia, ale przynajmniej nie mam poczucia, że ktoś próbuje mnie uwieść łzawymi produktami i płynącymi z nich banalnymi morałami. Jakoś nie potrafię się wyzbyć podejrzliwości – cechy obciążającej ludzi ukąszonych przez mity kontrkulturowej rewolty 1968 roku czy chociażby przez takich mistrzów pióra jak Louis-Ferdinand Cèline.
Nikt chyba nie przeprowadził równie zjadliwego i drastycznego ataku na fabrykę snów, co Cèline w swoim pamflecie „Hollywood". Francuski prozaik stwierdza, że powstające w niej filmy zaczynają się „mocno, twardo, a kończą zawsze mdło", są „podretuszowane podejrzanie ckliwymi uczuciami".
Utwór Cèline'a jest szokująco antysemicki – pojawia się tu figura Żyda jako wyzyskiwacza i deprawatora, który używa dziesiątej muzy, żeby „pod różnymi maskami: demokracji, równości ras, zwalczania przesądów narodowościowych, znoszenia przywilejów, walki o postęp" ogłupić i wykorzystać goja. Warto tu podkreślić, że „Hollywood" powstał na początku lat 30. ubiegłego wieku, a więc w epoce poprzedzającej Holokaust. Niemniej z dzisiejszego punktu widzenia – biorąc pod uwagę to, co się stało w Europie w latach 1933–1945 – jest absolutnie nie do przyjęcia, bo autor epatuje schematami, które stały się pożywką dla nazizmu.
Takie odrzucenie pamfletu Cèline'a byłoby jednak pustym, politycznie poprawnym gestem. A to oznaczałoby przyznanie się do intelektualnej porażki. Czy jest jakieś inne wyjście? Przecież pisarz był też (to co, że z nihilistycznych pozycji?) błyskotliwym tropicielem świeckiego faryzeuszostwa, charakteryzującego rozmaitych przyjaciół ludzkości. Może warto pójść w tym właśnie kierunku?
Trzeba jednak dostrzec antychrześcijańskie ostrze zawarte w przesłaniu Cèline'a. W gruncie rzeczy dostrzega on w Żydach potomków ludu Bożego wybrania – tego samego ludu, od którego wyszła Dobra Nowina. Prozaik mógłby w takim przypadku antysemityzm zastąpić uznaniem chrześcijaństwa za źródło wszelkiego zła, bo przecież tendencje egalitarne sięgają swoimi korzeniami nauczania Chrystusa.
Problem tkwi w tym, że tak interpretowane chrześcijaństwo jawi się w świetle zsekularyzowanej kultury – kultury „po śmierci Boga" – jako kolejny system wychowawczy. W systemie tym liczą się po prostu nakazy i zakazy. Nie zostawia on pola na żywą relację ze Stwórcą, w tym i na wadzenie się z Nim. Jako sens życia wskazuje człowiekowi nie zbawienie, lecz świecką perspektywę bycia „dobrym", zgodną z mieszczańskimi kanonami przyzwoitości i praktyczności, brutalnie, ale jakże celnie obnażonymi przez Cèline'a.
Tyle że takiej narkozy nie da się pogodzić z autentyczną egzystencją człowieka, wobec wymagań której te kanony bywają całkowicie bezużyteczne. I podobnie jest z autentyczną egzystencją narodów. Tylko prawda nas wyzwoli.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA