fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Jedwabniki pożerające morwę

Rafał Tomański
Fotorzepa
Z prezydentem Barackiem Obamą można się zgadzać lub nie, ale jego słowa wywierają duże znaczenie na arenie międzynarodowej. Podobnie jak dobór krajów, które odwiedza.
Gdy amerykański prezydent odwiedzał kilka azjatyckich krajów w drugiej połowie kwietnia, świat słyszał jego zapewnienia wsparcia, także militarnego, pod adresem Japonii. Wiadomo było, że Chinom takie deklaracje się nie spodobają i że rząd zadziała w jakiś bardzo konkretny sposób. Nie było tylko wiadomo, czego można się było spodziewać.
Akcja wywołuje reakcję
Pekin nie kazał długo czekać na swoją reakcję. Nie skomentował słów Obamy w kwietniu, ale w dyplomacji ważne jest też to, czego się nie powie. Chińskie milczenie sugerowało, że kraj zbiera siły do większego działania. Kilka dni po wylocie amerykańskiego prezydenta z rejonu Azji Południowo-Wschodniej, z początkiem maja Chiny wprowadziły na wietnamskie wody nowoczesną platformę wiertniczą HD-981 i rozpoczęły prace wydobywcze. Do tego rozpoczęły także agresywne działania na wodach i wyspach, do których prawa według międzynarodowego prawa morskiego mają Filipiny.
Dyplomatyczny impas trwa już kolejny tydzień. Protestują Wietnamczycy i pokazują światu zdjęcia chińskich jednostek straży przybrzeżnej, które bezpardonowo atakują ich statki rybackie. Chińczycy niczego nie robią sobie nawet z tego, że opinia publiczna widzi ich myśliwce przelatujące nad wietnamskimi wodami oraz że w sieci można zobaczyć film z zatopienia przez chińskie statki jednostki z Wietnamu. Podobnie bezowocne są protesty Filipińczyków. Rząd pokazuje kolejne zdjęcia wysepek archipelagu Spratly, na których Chińczycy prowadzą zaawansowane prace osuszania gruntu i budują w najlepsze zaczątki baz wojskowych.
9 kresek straszy
Pekin uznaje swoje prawa do terenów w granicach tzw. linii 9 kresek. Ta samozwańcza chińska granica morskiego terytorium na mapie wygląda jak wielki jęzor wdzierający się w morze Południowochińskie. Wystarczy szybki rzut oka (link do mapy), by zobaczyć, jak duży teren uzurpują sobie Chińczycy wobec granic wyznaczanych przez ONZ na podstawie Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza. Dokument określany jako konstytucja mórz reguluje kwestie przynależności wód terytorialnych do każdego państwa. Według niego strefy ekonomiczne, na których operować mogą jedynie dane państwa, sięgają do 200 mil morskich w głąb otaczających je wód. Platforma wiertnicza HD-981 znajduje się 120 mil morskich od wybrzeży Wietnamu, a na domiar złego jedynie o 17 mil morskich od wyspy Triton, najbardziej wysuniętej na południowy-zachód części innego spornego archipelagu wysp Paracelskich. Chiny ignorują roszczenia Wietnamu, uważając, że wyspy należą do nich od 1974 roku, gdy odbiły je Hanoi w morskiej bitwie.
Sporne tereny wyznaczane przez 9 chińskich kresek mają razem 3 mln kilometrów kwadratowych powierzchni. Dla porównania polska strefa ekonomiczna na Bałtyku to zaledwie 30 tys. km kwadratowych. Ten obszar morza Południowochińskiego nie jest tak znanym morskim punktem tranzytowym jak kanał Sueski czy Panamski, ale to właśnie przez niego przechodzi ponad połowa wszystkich tankowców świata, trzy razy więcej niż przez Egipt i pięć razy więcej niż przez Panamę. Chiny to drugi co do wielkości światowy rynek gazu i ropy, stąd tak wielkie zagęszczenie statków transportujących te surowce energetyczne. Dodatkowo morze Południowochińskie jest bogate w złoża surowców energetycznych i kontrola nad nim decyduje o pozycji państwa w regionie.
Odepchnąć VII Flotę
Poprzez swoje położenie Chiny pozbawione są bezpośredniego dostępu do otwartych wód Oceanu Spokojnego. Chińska marynarka musi najpierw przejść przez pierwszy łańcuch wysp ciągnący się od Japonii przez Tajwan po Cieśninę Malakka, by następnie przekroczyć kolejny od amerykańskiego Guam do Papui-Nowej Gwinei. Na okalających Chiny wyspach znajduje się masa amerykańskich i japońskich instalacji bezpieczeństwa, co dodatkowo frustruje rząd w Pekinie. Kraj, który aspiruje do stania się światową potęgą, nie może poddać się zamknięciu w granicach jednego z mórz i tym samym ograniczyć możliwości działania swoich morskich sił zbrojnych. Działania prezydenta Xi Jingpinga mają na celu jak najdalsze odepchnięcie od siebie działającej w obszarze Azji amerykańskiej VII Floty, największej obecnie części amerykańskiej marynarki. Od momentu, gdy w czerwcu 2012 roku były amerykański sekretarz obrony Leon Panetta poinformował o zwiększeniu aktywności wojskowej właśnie w tym rejonie (USA skierowało do Azji 60 proc. swoich okrętów), Chiny rozpoczęły zabiegi powiększania swojego terytorium.
Chiny są państwem, które do opisywania swojej polityki używa słów niczym z dworskiej poezji. Większość rządowych strategii musi być sprowadzona do chwytliwego hasła, które da się zapisać kilkoma znakami. Po Długim Marszu z czasów Mao Zedonga Chiny teraz „maszerują na zachód", drogą „wielobiegunowości" postulowaną jeszcze na początku lat 90. XX wieku przez Jiang Zemina. „Nierzucanie się w oczy" postulowane przez Deng Xiaopinga zastępuje się coraz częściej „wnoszeniem swojego wkładu" w sprawy świata. Z każdego rządowego sprawozdania płynie niezmienne oświadczenie o tym, że „na płaszczyźnie międzynarodowej Chiny prowadzą pokojową niezależności". W międzyczasie jednak są niczym jedwabniki metodycznie pożerające liście morwy, by rosnąć i rosnąć.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA