fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Eurowybory 2014

Triki PiS z kandydatami

Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Dlaczego partia umieściła 48 parlamentarzystów na listach do PE.
Politycy, którzy znaleźli się na pierwszych miejscach list wyborczych PiS do Parlamentu Europejskiego, często nie są szeroko rozpoznawalni. Jarosław Kaczyński wyciągnął wniosek z poprzednich wyborów. W 2009 r. do PE dostało się 15 posłów PiS, do dziś w partii zostało siedmiu z nich. Tym razem prezes PiS postawił na osoby zaufane i związanych z partią ekspertów.
Listy otwierają więc m.in. prof. Waldemar Paruch, prof. Zdzisław Krasnodębski czy prof. Karol Karski. – Chodzi o to, żeby dostały się jedynki, które są bardzo słabe i nierozpoznawalne. Trzeba było je wzmocnić – tłumaczy „Rz" jeden z posłów PiS. Wzmocnienie polegało na tym, że na dalszych miejscach umieszczono rozpoznawalnych parlamentarzystów – w sumie będzie ich 48.
Na przykład w Warszawie pierwsze miejsce ma Krasnodębski, na dziewiątym znalazł się poseł Artur Górski. – Zwłaszcza ostatnio to nazwisko chodzące w Warszawie – wyjaśnia. To aluzja do ujawnienia przez Górskiego, że zmaga się z białaczką.
Podobnie jest w okręgu olsztyńskim. Tam listę otwiera ceniony przez Jarosława Kaczyńskiego Karol Karski. – Przy całej sympatii, ale to wyborcza tragedia – przekonuje polityk PiS. Karski w 2011 r. nie dostał się Sejmu z czwartego miejsca w Warszawie, choć partia wprowadziła z tego okręgu aż sześciu posłów. Wsparciem dla niego mają być posłowie Dariusz Piontkowski, Zbigniew Babalski i Iwona Arent.
Dlaczego posłowie startują z tak dalekich miejsc? – Żeby zebrać głosy, a jednocześnie nie wyłonić lidera poza jedynką – wyjaśnia i podaje kolejny przykład: – W Wielkopolsce liderem jest Ryszard Czarnecki, za nim słaby Tadeusz Dziuba i dalej mocny Adam Rogacki. Żeby przypadkiem nikt nikogo nie pobił.
Liderką w Gdańsku jest Anna Fotyga. Pomorze to bastion PO, pięć lat temu PiS zdobył tam tylko jeden mandat. Dlatego też na liście nie znalazł się popierany przez o. Tadeusza Rydzyka poseł Andrzej Jaworski. – Gdyby wystartował, to powtórzyłby się sukces Tadeusza Cymańskiego, który przeskoczył startującą z pierwszego miejsca Hannę Foltyn-Kubicką – mówi nasz informator.
Dlaczego parlamentarzyści zgodzili się kandydować i przeznaczać własne środki na kampanię, skoro wiedzą, że nie mają szans? – Większość z nich boi się odmówić centrali, bo więcej nie znajdą się na listach. Muszą też inwestować w kampanię, bo słaby wynik nie da im dobrego miejsca do Sejmu – wyjaśnia polityk PiS.
W rozmowach z „Rz" posłowie PiS przyznają, że nie prosili o miejsca na listach. – Nie zabiegałam o to. Uważam, że prezes naszej partii jest tak doświadczonym politykiem, mężem stanu i moim szefem, że on powinien decydować. Oddałam się do jego dyspozycji – mówi Barbara Bartuś, siódma na liście w Krakowie.
Jarosław Sellin (szóste miejsce w Gdańsku) przekonuje co prawda, że chciał startować, ale jego głównym celem jest dobry wynik całej listy. – Liczę na zwycięstwo PiS jako drużyny. Będę pracował na swój dobry wynik, ale przede wszystkim na wynik PiS – wyjaśnia.
Zdaniem Błażeja Pobożego, politologa z UW, Jarosław Kaczyński może dzięki tej strategii upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Z jednej strony minimalizuje ryzyko secesji po wyborach, a równocześnie może się chwalić akademikami, których wysyła do PE. – To strategia na użytek wewnętrzny i zewnętrzny – konkluduje Poboży.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA