fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

RZECZoPOLITYCE

Uczniowie marabuta. Mali żebracy z Senegalu

Jerzy Haszczyński
- Marabuci kazali młodszym przynosić 300 franków, starszym, takim jak ja - 500. Kto do piątej wieczorem, kiedy musieliśmy wrócić do daary, przynosił mniej, był karany. Najczęściej bito nas kablami. Marabuta nie obchodziło, czy ktoś jest chory, żebrać musieliśmy zawsze, siedem dni w tygodniu – opowiada Aliou, który znalazł schronienie w ośrodku Perspective, prowadzonym przez Europejczyków dla byłych uczniów szkół koranicznych z Senegalu.
Daara to szkoła totalna, chłopcy tam mieszkają, uczą się na pamięć fragmentów Koranu po arabsku, którego zazwyczaj nie rozumieją. Kształtują ich prowadzący daary marabuci, którzy są jednocześnie nauczycielami, charyzmatycznymi liderami lokalnych społeczności, prowadzącymi modły w meczecie, a często i znachorami, wypisującymi recepty i podpowiadającymi, jakimi ziołami się leczyć.
W daarze Aliou na południu Senegalu było ponad stu chłopców w wieku od pięciu do kilkunastu lat, zwanych talibe, co jest przeróbką arabskiego słowa „talib", czyli uczeń, z dodanym na końcu akcentowanym „e".
Talibe wstawali ze swoich plastikowych mat do spania o szóstej, recytowali dwie godziny, a potem, bez śniadania, ruszali z puszkami po koncentratach pomidorowych czy miskami w ręku do wsi i miasteczek. Dawanie jałmużny to obowiązek muzułmanina, ale w tak biednym społeczeństwie codzienne żebranie jest trudnym zajęciem.
500 tutejszych franków CFA, które muszą żebrać talibe z wielu daar, to koszt pięciu długich bułek albo dwóch puszek napoju gazowanego. Średnia miesięczna płaca wynosi ledwie 100 tys. franków CFA. Według szacunków organizacji La fondation des enfants talibes w 13-milionowym Senegalu jest 200 tysięcy uczniów daar. Większość z nich mieszka w bardzo złych warunkach, bez wody, elektryczności, nie dostają nic do jedzenia i nie mają dostępu do leczenia.
- Trafiłam w Dakarze do pałacu, który wystawił sobie marabut za wyżebrane przez dzieci pieniądze, a brudni, niedożywieni talibe spali w ciemnej piwnicy – mówi wolontariuszka z Europy Zachodniej, organizująca pomoc dla senegalskich dzieci ulicy. Podkreśla, że wykorzystywanie talibe nie ogranicza się do zmuszania ich do zbierania pieniędzy. Są też wykorzystywani seksualnie, choć jak poważne to jest zjawisko, nikt nie wie. Ponaddwustutronicowy raport organizacji Samusocial wspomina ogólnikowo o nadużyciach seksualnych ze strony dorosłych i rytuałach inicjacyjnych związanych z seksem i narkotykami wśród samych dzieci żebrzących na ulicy.
- Z tym biciem to jakieś legendy rozpowszechniane przez dziennikarzy. Jak dziecko jest bite, to są po tym ślady, wystarczy zajrzeć pod koszulę. Ja moich talibe nie biję, na pewno nie za to, że nie przynoszą mi pieniędzy. Zdarza się, że któryś kradnie lub nie wraca do daary na noc. Wtedy jest kara – opowiada Mustafa Diouf, stary marabut z daary w Sicap Mbao, przedmiejskiej dzielnicy Dakaru.
Wyłania się z całkowitej ciemności, która panuje w tej okolicy wąskich brudnych uliczek i nieotynkowanych jednokondygnacyjnych domów. Oświetla sobie drogę lampką z telefonu komórkowego. Muezin zawodzi w pobliskim meczecie, cykady odgrywają koncert, nad głowami latają muchy, a wokół roznosi się zgniły zapach.
Czekam na niego po zmroku w daarze, wśród gromadki 25 talibe i pięciorga dzieci marabuta, obserwowany przez jego młodą żonę Aissatou. Zanim tu dotrze, zerknę przez niedomknięte drzwi na klepisko, na którym sypia dwudziestu młodszych uczniów. W pomieszczeniu mającym kilkanaście metrów kwadratowych nie ma nic poza skłębionymi szmatami, żadnej szafy, krzesła, półki. Trochę lepiej mają starsi uczniowie, u nich jest stolik, nawet siatka chroniąca przed komarami. W całej daarze nie ma się gdzie umyć.
Na dziedzińcu stoi wielki dzban z wodą, z którego wszyscy piją korzystając z jednego kubka. Na miejscu talibe nie jedzą nic. Żona marabuta mówi, że przygotowuje posiłki na dziedzińcu tylko dla swojej rodziny, bo dla innych nie starcza. Chłopcy patrzą na bulgocące potrawy, które – gdy oni wyjdą żebrać – zje marabut, jego żona i jego dzieci. W jednym z dwóch pokoi rodziny Dioufów jest telewizor, w którym Aissatou ogląda programy religijne i wiadmości.
- Po raz pierwszy wychodzimy żebrać o szóstej rano, musimy zdobyć coś na śniadanie. Ludzie z okolicznych domów dają nam chleb, gotowany ryż, kawę rozpuszczalną – opowiada Mohamed Youm, wysoki jedenastolatek - Drugi raz ruszamy o drugiej po południu, by zjeść obiad, i z tym jest łatwiej, bo rozdaje go w pobliżu organizacja charytatywna. Żebrzemy też po szóstej i po raz ostatni wychodzimy o dziewiątej wieczorem, by zdobyć coś na kolację. I tak przez cały tydzień, przez cały miesiąc, przez cały rok.
Więcej w jednym z numerów „Rzeczpospolitej"
Źródło: tv.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA