fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

?Zombie nawiedzają powstańcze miasto śmierci

Fotorzepa, RP Radek Pasterski
Jan Bończa-Szabłowski
Twierdzenie, że po roczniczowym spektaklu Krzysztofa Garbaczewskiego młodzi lepiej zrozumieją historię Warszawy, jest czystą mrzonką.
Wysoko cenię Jana Ołdakowskiego za to, że z gronem współpracowników stworzył jedną z najciekawszych placówek muzealnych w Polsce. Że Muzeum Powstania Warszawskiego stało się miejscem międzypokoleniowego dialogu. Tu przychodzi się z ciekawości, czasem z potrzeby serca, rzadko z obowiązku.
Otwartość na eksperyment zawsze jednak łączy się z ryzykiem, a często wiedzie na manowce. Tak jest już po raz kolejny ze spektaklem teatralnym mającym uświetnić rocznicę powstania warszawskiego.
Dyrektor Ołdakowski słusznie wyszedł z założenia, że nie powinna być to pompatyczna i nudna akademia „ku czci”, lecz żywa, czasem kontrowersyjna opowieść przygotowana przez młodych reżyserów. Z jednej skrajności zaczęto wszakże popadać w drugą, całkowicie odmienną.
Modne nazwisko twórcy nie jest bowiem wystarczającym gwarantem jakości produktu. Tegoroczna premiera „Kamienne niebo zamiast gwiazd” w Muzeum Powstania Warszawskiego jest tego najlepszym przykładem. Powstała naprędce sklecona opowieść, której wartość artystyczna jest niemal zerowa.
Spektakl ma w założeniu nawiązywać do powieści „Kamienne niebo” Jerzego Krzysztonia. Autor scenariusza Marcin Cecko i reżyser Krzysztof Garbaczewski postanowili zareagować na traumę współczesnych pokoleń, których myślenie o Warszawie nie może uwolnić się od jej tragicznej historii. Postanowili więc opowiedzieć o mieście śmierci nawiedzanym przez zombie.
Powstał spektakl przypominający miejscami horror klasy B. Widz epatowany jest obrazami osób umierających w agonii, filmikami nawiązującymi do przedwojennego życia wyższych sfer. Aktor w pomarańczowym kombinezonie, niczym gość z popularnej reklamy marketu budowlanego, bez przerwy do kogoś strzela. „Morowe panny” wylewają żale. Słyszymy szczątki relacji z powstania doprowadzone do absurdu. Na scenie panuje totalny chaos i plątanina myśli, z której nic nie wynika. A kiedy mija już sto minut, aktorzy zaczynają opowiadać historię... Warsa i Sawy.
Marcin Cecko jako jeden z pięciorga twórców „Manifestu neolingwistycznego” zauważył: „Nic nie zostało powiedziane raz na zawsze. Należy skracać i dopisywać słowa Kochanowskim, Mickiewiczom, Miłoszom. Nie ma oryginału. Oryginały nie istnieją i nigdy nie istniały”.
Przy takim stosunku do Jerzego Krzysztonia spektakl mógł mieć tytuł innej jego powieści „Obłęd”. Też niewiele miałby wspólnego z pierwowzorem, ale przynajmniej trafnie oddawał nastrój opowieści.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA