fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Sarkozy: ja tu jeszcze wrócę

Nicolas Sarkozy przegrał wybory prezydenckie w maju 2012 r.
AFP, Alain Jocard Alain Jocard
Jędrzej Bielecki
Po czternastu miesiącach ciszy Nicolas Sarkozy przerywa milczenie. Cel ma jasny: ponownie zdobyć Pałac Elizejski.
W poniedziałek, po raz pierwszy od klęski w wyborach prezydenckich  w maju zeszłego roku, Sarkozy wziął udział w zjeździe działaczy konserwatywnej partii UMP. Moment wybrał jednak nie on, ale raczej jego polityczni oponenci. Były prezydent jest oskarżany o serię malwersacji finansowych, które mogą pogrążyć go w oczach opinii publicznej. I woli sam przejąć inicjatywę.
W zeszłym tygodniu Trybunał Konstytucyjny orzekł, że w trakcie ubiegłorocznej kampanii wyborczej sztab Sarkozy'ego przekroczył o 460 tys. euro (2,1 proc.) dozwolony limit wydatków 23 mln euro. A to oznacza, że państwo nie zwróci połowy kosztów i stawia UMP w bardzo trudnej sytuacji finansowej.
Takiej decyzji Trybunał Konstytucyjny nie podjął jeszcze nigdy wobec głowy państwa.
Na znak protestu Sarkozy pod koniec minionego tygodnia wycofał się z prac Trybunału, którego jako były prezydent był członkiem z mocy prawa. Ale problemów może mieć więcej. Wciąż toczy się śledztwo w sprawie milionów euro, jakie mógł otrzymać od pułkownika Muamara Kaddafiego w poprzedniej kampanii prezydenckiej w 2007 r. Prokuratorzy podejrzewają także, że otrzymał nielegalne wsparcie od dziedziczki koncernu kosmetycznego L'Oreal Liliane Bettencourt.
Powrót Sarkozy'ego na scenę polityczną budzi równie skrajne emocje jak wtedy, gdy kierował krajem. O ile 70 proc. Francuzów jest przekonanych, że to właśnie on będzie reprezentował barwy prawicy w następnych wyborach prezydenckich, to 59 proc. wcale nie chce, aby był znów przywódcą kraju – wynika z sondażu opublikowanego w niedzielę przez tygodnik „Journal du Dimanche". O ile jednak 82 proc. zwolenników UMP cieszy się z perspektywy powrotu Sarkozy'ego do polityki, to 81 proc. elektoratu lewicy uważa to za złą wiadomość.
W maju zeszłego roku lider konserwatystów zapowiedział, że od tej pory będzie żył „jak zwykły Francuz". Zamierzał dzielić czas między intratnymi wykładami za granicą a wieczorami w rodzinnym gronie z żoną Carlą Bruni i małą córeczką.
Koniunktura polityczna zmieniła się jednak szybciej, niż Sarkozy mógł się spodziewać. Notowania François Hollande'a są dramatycznie niskie, bo gospodarka jest w fatalnej kondycji, a bezrobocie urosło do rekordowego poziomu. Wybrany nieco ponad rok temu socjalista po prostu nie jest w stanie spełnić swoich obietnic i musi ciąć wydatki socjalne państwa dokładnie tak samo, jak to robił jego poprzednik.
Ale i po prawej stronie sceny politycznej nie pojawił się naturalny lider, który mógłby zastąpić Sarkozy'ego. O jego schedę wciąż walczą sekretarz generalny UMP Jean-Francois Cope i były premier Francois Fillon. O ile jednak na czele partii chciałoby widzieć Sarkozy'ego 47 procent członków tego ugrupowania, to drugi w kolejce Cope może liczyć już tylko na poparcie 17 procent.
W tej sytuacji były prezydent wygłasza opinie, które coraz bardziej przypominają to, co kiedyś mówił Lech Wałęsa: nie chcę, ale muszę.
– Nie mam chęci powrotu do świata polityki, który jest dla mnie prawdziwym bólem głowy. Niestety, przyjdzie moment, kiedy nie będzie już pytania „czy chcesz", ale „czy masz wybór". I nie będzie to dla Francji moment radosny – powiedział kilka dni temu Sarkozy w wywiadzie dla konserwatywnego dziennika „Valeurs Actuelles". – Kiedy kraj znajdzie się w potrzasku między skrajną lewicą i skrajną prawicą, nie będę już mógł dłużej mówić do siebie: jestem szczęśliwy, odprowadzam córkę do szkoły, jeżdżę z konferencjami po świecie. Będę musiał wystąpić z inicjatywą, to będzie mój obowiązek dla dobra Francji – dodał.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA