fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Na skróty się nie dało

Jerzy Janowicz
AFP
Trzecia runda była ostatnią. Jerzy Janowicz przegrał w Paryżu ze Stanislasem Wawrinką 3:6, 7:6 (7-2), 3:6, 3:6
Polak nie przeskoczył kolejnego wysokiego progu, choć znów zostawił wrażenie, że go na to stać. Wygrać z kimś tak solidnym jak Szwajcar było jednak trudno, przede wszystkim dlatego, że Wawrinka dobrze odrobił pracę domową. Świetnie wiedział kiedy i jak Janowicz gra skróty, kiedy mocno atakuje forhendem, kiedy trochę traci pomysł na grę. Przygotowanie taktyczne – czytaj: bardzo poważnie traktowanie polskiego rywala naprawdę się opłaciło.
Zapowiedzi, że dziesiąty tenisista świata jest trochę zmęczony długim rozbiegiem przed Paryżem, że trochę chory, też nie znalazły potwierdzenia. Energii Stanislasowi nie zabrakło, siły serwisu także. Wsparcie trybun też chyba było po jego stronie, kamery wychwyciły, że brawo bił nawet ojciec Rogera – pan Robert Federer.
Widzieliśmy więc ciekawą tenisową wojnę, wedle przewidywań dość długą, choć pierwszy set zapowiadał blitzkrieg. Janowicz chciał być konsekwentny za wszelką cenę: mnożył skróty i piłki pod linię końcową, ale na skróty tego dnia wygrać się nie dało. Przegrał w 24 minuty. Potem było znacznie lepiej, a piękny powrót od stanu 3:5 do 6:6, po wygrany tie-break, przez następną godzinę z okładem kazał wierzyć w kolejne odmiany wyniku.
Odmian nie było. Wawrinka konsekwentnie trzymał się planu, grał świetne returny, oddawał pole tylko wtedy, gdy Polak naprawdę wznosił się na szczyty umiejętności. Mecz rozstrzygnął się mniej więcej w połowie czwartego seta. Trochę rozkojarzenia Jerzyka przy podaniu, trochę pech – niezbyt udane dwa smecze w zachodzącym słońcu, wreszcie kolejny podwójny błąd serwisowy i nagle zamiast wygranego gema – strata, 3:2 dla Wawrinki.
Szwajcar grał za dobrze, by nie utrzymać tej przewagi. Spróbował nawet od razu zaatakować, wygrać raz jeszcze przy podaniu Jerzyka, ale Janowicz, nawet prawie pokonany, miał czym oddać ciosy. Gdy jednak Wawrinka jeszcze raz przyspieszył odbicia przy stanie 5:3 – doczekał piłki meczowej. Dobry serwis, prosto w Szwajcara, odroczył wyrok, ale tylko na kilka chwil.
– Z meczu jestem zadowolony, choć wygranej trochę żal. Stanislas zagrał bezbłędnie, właściwie przez cały mecz był doskonały. Grał zdecydowanie najlepiej ze wszystkich moich rywali z pierwszej dziesiątki świata, z którymi kiedykolwiek się zmierzyłem – mówił Polak dziennikarzom.
– Zabrakło mi też trochę szczęścia. W decydujących momentach Szwajcar wybierał ryzykowne zagrania i trafiał. Z każdego meczu można się jednak czegoś nauczyć, z tego też. Teraz zapominam o kortach ziemnych i zaczynam sezon na trawie. Mogę już powiedzieć, że dostałem zaproszenie do Anglii na specjalny turniej w którym będę tylko ja i trzech tenisistów z pierwszej dziesiątki rankingu – dodał podczas pięciominutowej konferencji prasowej, na którą przyszli tylko polscy dziennikarze. Paryska sława jest jednak trochę ulotna.
Z sezonem na trawie Janowicz trochę się pospieszył. Przed nim jeszcze mecz lub mecze deblowe w Paryżu w parze z Tomaszem Bednarkiem (w niedzielę kort nr 1, mecz nr 4, rywale z Włoch: Paolo Lorenzi i Potito Starace). Na tym samym korcie drugi mecz zagrają wcześniej Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg z francuską parą Jonathan Dasniers De Veigy i Florent Serra. W programie na niedzielę z polskiego punktu widzenia najważniejszy jest jednak mecz Agnieszki Radwańskiej z Serbką Aną Ivanović (ostatni, czwarty, na korcie Susanne Lenglen).
Meczem dnia w sobotę miało być starcie Novaka Djokovicia z Grigorem Dimitrowem, bo wszyscy pamiętali porażkę Serba z Bułgarem w Madrycie. Djoković wziął srogi rewanż. Wygrał 6:2, 6:2, 6:3, zachwyty nad talentem Bułgara chyba na razie trzeba zmniejszyć, choć wciąż podziw budzi to, jak Grigor daje sobie radę z temperamentem Marii Szarapowej.
Z czysto tenisowego punktu widzenia najbardziej warto było oglądać pięciosetowe spotkanie Tommy'ego Haasa z Johnem Isnerem. Amerykanin to rekordzista świata w długości meczu tenisowego (sławny ponad 11-godzinny mecz z Nicolasem Mahutem w Wimbledonie), Niemiec jest seniorem wśród uczestników turnieju, ale tym razem to dojrzałość zwyciężyła. Grali 4 godziny i 37 minut, wynik 7:5, 7:6 (7-4), 4:6, 6:7 (10-12), 10:8 dla Haasa. Zwycięstwo wyrwał Isnerowi dopiero po 13. piłce meczowej, więc do ostatniej chwili na nudę nikt nie miał prawa narzekać.
W turnieju nie ma już Petry Kvitowej, nie ma Samanthy Stosur, za to w czwartej rudzie zagrają 4 Amerykanki. W Paryżu wszystko jest możliwe.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA