fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Przez dwie dekady rozkradano państwowe ziemie na Ukrainie

Roman Leszczenko
Roman Leszczenko do rządu w Kijowie dołączył 17 grudnia
materiały prasowe
Hektary dostali urzędnicy, oligarchowie, członkowie ich rodzin, pracownicy, kierowcy, kochanki, a nawet ochroniarze. Powstała cała kasta uprzywilejowanych – mówi Roman Leszczenko, minister polityki agrarnej i żywności Ukrainy.

Czy Ukraina już odczuła skutki rozpoczętej w marcu reformy po historycznym zniesieniu moratorium na sprzedaż gruntów rolnych?

Roman Leszczenko: Będąc w centrum Europy, od 20 lat mieliśmy niewolnicze ustawy, które pozbawiały rolników prawa do zarządzania swoimi gruntami. Ale zniesienie moratorium to tylko część wielkiej reformy. W międzyczasie znieśliśmy ogromną ilość korupcyjnych i biurokratycznych procedur, blokujących prawa samorządów i obywateli do ich własnych gruntów. Stojąc na czele Derżgeokadastru (główny ukraiński urząd geodezji i kartografii – przyp. red.), zdecydowałem o przekazaniu zarządzania gruntami rolnymi samorządom terytorialnym, które powstały po tegorocznych wyborach lokalnych. Poza tym zwolniłem ponad 6 tys. urzędników, zatrudnionych w ukraińskim systemie geodezji i kartografii. Biurokracji pozostaje wciąż zbyt dużo, ale walczymy z tym.

Ale czy ta reforma coś zasadniczo zmieniła dla polskich inwestorów nad Dnieprem?

Na razie grunty rolne będą mogły kupować wyłącznie osoby fizyczne będące obywatelami Ukrainy. O kupnie ziemi rolnej przez obcokrajowców ma rozstrzygnąć referendum w ciągu najbliższych trzech lat. Zagranicznym inwestorom pozostaje na razie to, co było – długoterminowa dzierżawa. Polskich inwestorów nie ma zbyt wielu w ukraińskim rolnictwie, inwestują przeważnie w sadownictwo, nieco więcej jest niemieckich i holenderskich firm. Ale to nie jest taka skala inwestorów, jaka nam się marzy.

Dlaczego więc nie śpieszą się inwestować swoich pieniędzy na Ukrainie? Przecież chodzi o czarnoziemy i tańszą siłę roboczą.

Głównie przez to, że nie widzą stabilności regulacji prawnych w kwestii gruntów. Inwestorzy widzą, że nawet tak konserwatywna reforma jest zaskarżana obecnie w Sądzie Konstytucyjnym przez opozycję. Trwają batalie sądowe, kraj przeżywa kryzys konstytucyjny. Inwestycje muszą mieć wyraźną długofalową perspektywę. Inwestorzy się boją, bo chcą stabilności, chcą, by system prawny zabezpieczał ich inwestycje. Na razie, dopóki trwa walka o reformę gruntów, inwestorzy bardzo ostrożnie patrzą na Ukrainę. Rozumiemy ich, ponieważ ten proces w naszym kraju odbywa się w sposób trudny i bolesny.

Sondaże jednak wskazywały, że większość Ukraińców opowiadała się przeciwko zniesieniu moratorium?

Przeciwnicy reformy przekonywali, że moratorium to najlepsza forma obrony ziemi ukraińskiej. I przekonywali skutecznie. Ludzie uwierzyli w to, że po zniesieniu moratorium ziemie skupią obcokrajowcy i że stracą wszystko, co mają. Ukraińców straszono tym przez 30 lat. Nie da się tego zmienić w jeden dzień. Ale już teraz nad Dnieprem zaczynają rozumieć, że to było jedno wielkie kłamstwo. Szybko jednak się okazało, że przeciwnicy reformy gruntów tak naprawdę bronili tego, co zostało przez nich rozgrabione przez ostatnie 20 lat. Przeprowadziliśmy audyt i zobaczyliśmy, że ponad 5 z 10 mln hektarów gruntów państwowych nieuczciwie sprywatyzowano.

W jaki sposób? Przecież na Ukrainie przez cały czas obowiązywało moratorium.

Przed tym, jak stanąłem na czele Derżgeokadastru, urzędnik w Kijowie decydował o tym, komu dawać grunty, a komu nie. Decydowano o tym, komu dać ziemię bezpłatnie, a komu wydzierżawić. To zrodziło ogromną korupcję. Prawo gruntowe (przyjęte po wprowadzeniu moratorium w 2001 roku – red.) mówi o tym, że każdy obywatel może bezpłatnie dostać od państwa 2 hektary ziemi m.in. pod budowę domu czy garażu. To doprowadziło do tego, że przepadło wiele gruntów państwowych. Nikt tego nie kontrolował i nie weryfikował. W ten sposób powstała cała kasta uprzywilejowanych ludzi, którzy mogli pięć czy nawet dziesięć razy dostać swoje 2 hektary.

Do kogo więc dzisiaj należą rozkradzione ukraińskie grunty?

Do urzędników, oligarchów, deputowanych i tych wszystkich, którzy rządzili na Ukrainie przez ostatnie 20 lat. Dbali o to, by 2 hektary ziemi otrzymali również wszyscy członkowie ich rodziny, pracownicy, kierowcy, kochanki, a nawet ochroniarze. Już toczą się sprawy karne wobec byłych ministrów, urzędników i deputowanych. Za rządów Wiktora Janukowycza rozkradano grunty przeważnie na południu i wschodzie Ukrainy. Ich nie interesowała zwykła ziemia rolna, ale ta, która ma złoża, np. węgla, metali czy gazu łupkowego. Po rewolucji na Majdanie władzę w kraju objęła grupa z Winnicy na czele z prezydentem Petrem Poroszenką. Za jego rządów rozkradziono setki tysięcy hektarów ziemi w różnych częściach kraju. Mamy do czynienia z największą aferą w historii niepodległej Ukrainy, która już niebawem ujrzy światło dzienne. Będzie oznaczała koniec kariery dla wielu polityków nad Dnieprem.

Kiedy powstanie ranking ukraińskich polityków pod względem ilości posiadanych hektarów?

Ukraińcy go zobaczą w 2021 roku, gdy wszystkie dokumenty przejdą cyfryzację. Zostanie uruchomiony odpowiedni portal. Pokażemy wszystkich obywateli posiadających grunty, część z nich nawet nie wie, że ma hektary. Wykorzystywano ich dane paszportowe bez ich wiedzy, tylko po to, by przywłaszczyć grunt. Wcześniej wystarczało oświadczenie i kopia paszportu, by takie 2 hektary dostać. I o wszystkim decydował Derżgeokadastr. Wyobraźmy sobie, że złoża gazu łupkowego w obwodzie charkowskim leżą w gruntach prywatyzowanych na podstawione osoby. Pracujemy nad mechanizmem odzyskiwania takich gruntów, ponieważ straciliśmy nie tylko ziemię rolniczą, ale też ogromną ilość złóż, m.in. ropy, gazu, gazu łupkowego i bursztynu.

Ale przecież ugrupowanie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego Sługa Narodu ma większość w parlamencie. Co więc stoi na przeszkodzie, by reformować kraj?

Oligarchowie, którzy rozumieją, do czego może doprowadzić ta reforma, na wszelkie sposoby blokują pracę w parlamencie. Blokują pracę Sądu Konstytucyjnego poprzez sterowanych sędziów. Próbują skorumpować część deputowanych rządzącej frakcji. Nie są zainteresowani zwrotem tego, co zostało rozkradzione. Stoją za tym bardzo wpływowi ludzie, bardzo bogaci. Byli politycy i ministrowie, którzy wciąż są obecni w ukraińskiej polityce. Prowokują kryzys polityczny, gospodarczy i konstytucyjny. Prezydentowi, nawet w ramach własnej frakcji, trudno zebrać większość w parlamencie. Frakcję próbują rozhuśtać i rozbić grupy finansowo-przemysłowe, które powstały w kraju po upadku ZSRR i w wyniku prywatyzacji przemysłu ukraińskiego. W ich rękach są całe sektory ukraińskiej gospodarki. Mają wpływ na polityków, mają własne media, które opowiadają, że ukraińską ziemię rozkradną obcokrajowcy i nawet w wagonach będą wywozić z kraju. To straszna informacyjna maszyna, która blokuje reformy i rozwój naszego państwa.

Nie obawia się pan stawać na drodze osobom posiadającym miliardy?

Łatwo nie jest. Od pół roku mieszkam z państwową ochroną. Ciągle dostaję groźby. Za całą aferą stoją bardzo znane nazwiska. Ujawnienie tych informacji skończy ich karierę.

To oni powinni się bać oszukanego narodu ukraińskiego.

Roman Leszczenko ma 32 lata. Na czele resortu polityki agrarnej i żywności Ukrainy stoi od 17 grudnia. Z wykształcenia jest prawnikiem, przed rozpoczęciem kariery politycznej był związany z kijowskim Uniwersytetem Narodowym im. Tarasa Szewczenki. Od czerwca stał na czele głównego ukraińskiego urzędu geodezji i kartografii. Był doradcą prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA