fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Piotr Woźniak-Starak. Kochał kino, miał mnóstwo planów

Mariusz Gaczynski / East News
W polskim przemyśle filmowym zajmował miejsce szczególne. Kiedy zaczynał produkować filmy, wiele osób myślało, że to kaprys bogatego chłopaka. Okazało się, że w ciągu dekady Piotr Woźniak-Starak zbudował firmę, która stała się synonimem sukcesu. Kochał kino. Bawił się nim, a jednocześnie traktował je bardzo poważnie. Odniósł już kilka spektakularnych sukcesów, miał mnóstwo planów. W czwartek wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Jarosław Zieliński poinformował, że prawdopodobnie odnaleziono ciało zaginionego w nocy z soboty na niedzielę Woźniaka-Staraka.

Jego ojciec, Jerzy Starak jest potentatem na rynku farmaceutycznym, właścicielem m.in. Polfy, Polpharmu i Herbapolu. Do matki, Anny Starak należy m.in. elegancka restauracja „Belvedere” w warszawskim parku Łazienki. Ale Piotr Woźniak-Starak nie chciał nigdy przejąć rodzinnego interesu. Poszedł własną drogą. W 2008 roku założył Watchout Productions.

— Ojciec mówił mi: „Spójrz na Polpharmę i na Watchout. Widzisz różnicę?” Odpowiadałem: „Widzę, ale moja pasja jest dla mnie bardzo ważna...” — opowiadał mi kiedyś w wywiadzie.

Jako czternastolatek trafił do Szwajcarii, do szkoły z internatem. Spędził tam pięć lat. Wysoko w górach, 300 uczniów pięćdziesięciu narodowości. W pierwszej klasie mieszkał w pokoju z Hindusem, Amerykaninem i Mongołem. Tam się zorientował, że kiedy swoim jeszcze połamanym angielskim opowiadał im różne rzeczy - słuchali uważnie. Ale wtedy jeszcze myślał o karierze w marketingu. Po maturze poszedł na wydział reklamy i komunikacji w Emmerson College w Bostonie, zaczął też odbywać praktyki. Zdobywał klientów, wymyślał kampanie, kooperował z grafikami. Zaliczył roczny kurs grafiki komputerowej w nowojorskim Parsons University.

Przez kilka lat pracował w poważnych firmach marketingowych: w McCann Worldgroup, potem w Young & Rubicam.

— Nie było lekko — opowiadał mi. — Nowy Jork to wyścig szczurów. Poznajemy swoich współpracowników na trzydziestym piętrze, zaprzyjaźniamy się z nimi, a następnego dnia rano przepychamy się do windy, żeby przed nimi dostać się do biura.

Spędził za granicą 11 lat. Ale tęsknił za krajem. Wrócił do Warszawy w 2005 roku i zatrudnił się w młodej firmie reklamowej, która zmieniała się i unowocześniała. Dla jej właściciela stał złotym chłopcem: wnosił swoją amerykańską wiedzę.

— System sprzedawania reklamy za oceanem jest zupełnie inny niż w Europie — twierdził. — Tam nie opowiada się, że plakat kogoś zachwyci. Podaje się konkretne dane: „Z taką kampanią powinniśmy dotrzeć do takiej a takiej liczby osób i osiągnąć taki a taki zysk”. Czułem się w tej firmie nieźle, aż kiedyś znajomy ze świata mediów powiedział mi: „Słuchaj, jesteś zbyt kreatywny do reklamy, powinieneś robić filmy.” Tym jednym zdaniem trafił w sedno moich rozterek...

Zaczynał od podstaw

Nic o świecie kina nie wiedział, a nie chciał już studiować kolejnych czterech lat. Zatrudnił się w Akson Studio Michała Kwiecińskiego. Zaczynał od podstaw. Dziedzic fortuny Staraków był skromnym pionkiem w filmowej ekipie.

— Z domu wyniosłem dwie ważne cechy. Ojciec jest geniuszem w biznesie farmaceutycznym, on to czuje, kocha i tak naprawdę dzięki niemu zrozumiałem, czym jest w życiu pasja. Od mamy wziąłem solidność i zamiłowanie do perfekcjonizmu. Jako młody chłopak w jej restauracji „Belvedere” przeszedłem przez wszystkie działy - kuchnię, deserownię, kręciłem się wśród kelnerów a zdarzyło się i tak, że za karę pracowałem jako stajenny. Mama wierzy, że jeśli się coś robi, trzeba to poznać od podszewki i na każdym szczeblu — tłumaczył mi.

Więc w Akson studio poznawał przemysł filmowy „od podszewki”. Trafił na plan „Strajku” Volkera Schloendorffa. I wciągnęło go.

— Dla mnie, chłopaka, który nie był w kraju 11 lat to był niezwykły czas — opowiadał mi. — Znalazłem się w stoczni, w Gdańsku, gdzie czas się niemal zatrzymał.

Potem krótko pracował przy „Ranczu”, a wreszcie z Maciejem Dejczerem przeszedł przez „Oficera”. Niełatwe doświadczenie. Ale potem był już „Katyń”. Wielkie przedsięwzięcie. W pionie reżyserskim było pięciu asystentów, on był łącznikiem między produkcją a reżyserem. Odpowiadał za obsadę. Po tym filmie podjął decyzję, że chce już sam otworzyć dom produkcyjny i spróbować poprowadzić go po swojemu.

— W Polsce producent zbiera budżet, wypuszcza reżysera na zdjęcia, a sam monitoruje produkcję z biura — tłumaczył mi. — W Ameryce cały czas jest na planie. Reżyser nie może zmienić aktorowi koloru skarpetek bez konsultacji z nim. Tworząc Watchout chciałem połączyć oba te systemy i jakoś je wypośrodkować.

Było ich trzech

Na początku było ich w firmie trzech. Wszyscy zbierali budżet, ale też każdy z miał swoją dodatkową specjalizację. Krzysztof Rak był scenarzystą i producentem kreatywnym. Krzysztof Terej odpowiadał za pozyskiwanie funduszy, a potem pilnował wywiązywania się z umów z koproducentami i czuwał nad promocją filmu. On zajmował się współpracą z reżyserem i zawsze w czasie zdjęć był blisko niego.

Poza tym w Watchout Production Piotr Woźniak-Starak stworzył coś, co nazwał developmentem biegnącym.

— Na wstępnym etapie wielu producentów oszczędza, by nie generować wysokich kosztów zanim nie ma pewności, że film na pewno powstanie — opowiadał mi. — My przyjęliśmy inny model. Od początku ustalamy obsadę, przynajmniej najważniejszych ról i organizujemy spotkania, na które zapraszamy aktorów. Oni opowiadają swoją postać, co daje reżyserowi i scenarzyście dodatkowe pomysły. Pracujemy też nad tekstem z operatorem, dźwiękowcami, scenografami. Proszę sobie wyobrazić scenę, w której jakaś postać wkrada się z pistoletem do domu przez taras. Dźwiękowiec pyta: „Czy słychać szelest liści?”, kostiumolog: „Jakiego koloru kurtkę ma bohater?”. Tak powstają obrazy filmu. Potem wszystko rozrysowujemy w specjalnym systemie, nanosimy każdą postać, każde ujęcie. Dzięki temu kontrolujemy rytm filmu, na planie jesteśmy super przygotowani. I dopiero gdy mamy tak zaawansowany projekt, wyliczamy budżet i składamy wniosek do PISF-u, a potem zdobywamy resztę pieniędzy.

Nowością było i to, że w Watchout od samego początku zajmowano się product placementem. Dzięki temu produkty nie gryzły się z opowieścią, lecz grały.

A wreszcie – Woźniak-Starak szukał młodych, kreatywnych współpracowników. Przy pierwszej fabule Watchout „Big Love” wszyscy byli debiutantami. Krzysztof Rak i Starak robili pierwszy film jako producenci, Barbara Białowąs jako reżyserka, Bartosz Piotrowski - jako operator, muzykę i postprodukcję też przygotowywali debiutanci. A jednak „Big Love” zajęło dziesiąte miejsce wśród najlepiej sprzedających się produkcji roku.

"Bogowie" - niebywały sukces

Wyprodukowani w 2014 roku „Bogowie” to był już niebywały sukces. 1,5 mln widzów po pierwszych czterech tygodniach wyświetlania. Ostateczny wynik – ponad 2,2 mln. Złote Lwy Gdyńskie, cztery inne statuetki - za scenariusz, główną rolę męską, scenografię, charakteryzację. Owacje na stojąco po seansach, do tego nagrody od dziennikarzy i publiczności. Worek Orłów. W czym tkwiła tajemnica tak niebywałego sukcesu? To był po prostu świetny film. Znakomicie wyreżyserowany przez Łukasza Palkowskiego, ze świetnymi kreacjami aktorów. Ale Woźniak-Starak wiedział coś jeszcze. Polskie kino przyzwyczaiło nas do bohaterów przegranych. Potrafimy pięknie opowiadać o klęskach, historia nauczyła nas rozumieć, co oznacza sformułowanie „gloria victis”. A oni w „Bogach” — opowiadając o transplantującym serca profesorze Relidze — stworzyli bohatera wygranego. Człowieka, który marzy, stawia sobie piekielnie ambitne cele i osiąga je. Nawet jeśli po drodze upada, to potem podnosi się. W naszej sztuce filmowej to była nowa jakość.

Film kosztował 6 mln. Mało kto wtedy wierzył, że to nie były pieniądze Jerzego Staraka.

— Ojciec nigdy nie był zachwycony moimi planami życiowymi — mówił mi Piotr Woźniak-Starak. — Uważał, że powinienem pracować w marketingu Polpharmy. Nie bardzo chciał mnie w kinie wesprzeć. Nazwisko też ma w takiej działalności dwie strony. Z jednej - nie jestem anonimowy. Ale z drugiej - jak moim potencjalnym koproducentom mówiłem, że staram się o pieniądze, to oni się na początku śmiali: „Tata da”. A tata odcinał się: „Figa z makiem” (…) Więc zrobiłem sobie listę firm, które mogły być zainteresowane takim tematem. Chodziliśmy do nich, robiliśmy prezentacje. Zbieraliśmy na ten film pieniądze tak, jak Religa na szpital. Raz mu dali, raz mu nie dali. Raz dali, a potem zabrali. Nam też różnie się układało. Był nawet moment, gdy zastawiłem własny dom, by wziąć pożyczkę. Bo inaczej zdjęcia stanęłyby.

Wszyscy koproducenci wygrali przy „Bogach” los na loterii. Już przy 1,5-milionowej widowni mieli 100 procent zarobku.

— Dla nas ważne jest również, że dystrybutor wchodzi do filmu jako koproducent, bo wówczas walczy nie tylko o marżę z kin, lecz ma motywacje, by sprzedawać film dalej. Generalnie więc: ryzyko przy filmie jest duże, ale zyski mogą być znaczące — tłumaczył mi wtedy Woźniak-Starak

Wierzył, że sukces „Bogów” nie był przypadkiem. Pracował nad następnymi projektami. Te z Janem Komasą nie doszły do skutku. Ale wypaliła – i to jak! – „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”.

„To ja jestem rewolucją seksualną i nadchodzę” — kusiła z billboardów młoda kobieta w chustce na głowie. Dość zwyczajna, tyle że w oczach miała chochliki. Plakat filmu Marii Sadowskiej był trafiony w punkt. Wisłocka w 1976 roku wydała książkę „Sztuka kochania”. Ginekolog, seksuolożka, naukowiec sama nazwała ją „instrukcją obsługi” skierowaną nie tylko do kobiet, ale i do mężczyzn. „Sztuka kochania...” była filmem o kobiecie, która w siermiężnym socjalizmie opowiadała o radości z seksu. A Woźniak-Starak ze swoją ekipą wpisali się idealnie w czas, gdy w Polsce znów rozgorzały dyskusje na temat na aborcji, in vitro, dostępności antykoncepcji. Energiczna, bezpruderyjna baba w nieodłącznej chustce na głowie stała się synonimem wolności. „Sztukę kochania” obejrzało w pierwszy weekend 268 tys. Widzów. Wynik końcowy: prawie 2 mln widzów. Znów olbrzymi sukces.

A dziś na premierę w Gdyni czeka „Ukryta gra”. To reżyserski debiut operatora Łukasza Kośmickiego, zrealizowany po angielsku. Rzecz dzieje się w 1962 roku, w czasie kryzysu kubańskiego, a miejscem akcji jest Pałac Kultury. To tutaj odbywa się wielki mecz szachowy pomiędzy dwoma arcymistrzami: Amerykaninem i Rosjaninem. Tyle, że w rozgrywce biorą udział nie tylko oni, lecz również kontrwywiady wojskowe USA i ZSRR. W rolach głównych występuje cała plejada międzynarodowych gwiazd, główne role zagrali Bill Pullman i Aleksiej Serebriakow. Ten film miał producentowi otworzyć drogę na rynko światowe. Już zresztą w Watchout Studio powstaje kolejna produkcja „My Name Is Sara” Stevena Oritta.

Kręcę filmy z pasji.

Piotr Woźniak-Starak ciężko pracował na swój sukces. Zamawiał socjologiczne badania, miał też „nosa” do kina. Rozumiał społeczne potrzeby. Dbał o to, by film miał szansę zwrócić się i zarobić, ale jednocześnie przykładał wagę do jego profesjonalizmu i poziomu artystycznego. A jako producent cenił w biznesie uczciwość.

— Są w Polsce ludzie, którzy nie prowadzą tego biznesu fair. Pozyskują budżet 6-milionowy, robią film za 4, a dwa się rozpływa. I to jest karygodne, bo wypuszczają słaby produkt, rujnując zaufanie inwestorów. Ja potem idę do takich firm, przedstawiam się, że jestem z filmu, a oni zamykają mi drzwi przed nosem. „Nigdy więcej” — słyszę. Dla Watchout zbudowanie dobrych relacji z koproducentami jest ogromnie ważne. Chcę, że oni byli pewni, że dbamy o ich pieniądze. To nasz priorytet. Dzięki temu przy następnym projekcie nie muszę biegać i zaczynać wszystkiego od nowa. Mam już kilku partnerów, którzy nam ufają. A jak sami nie mogą w coś wejść, to są w stanie polecić nas komuś innemu — mówił mi i dodawał:

— Gdybym chciał zarabiać naprawdę duże pieniądze, to pracowałbym w innej branży. Ale przecież kręcę filmy z pasji. I każde przycinanie marzeń, każde oszustwo mnie boli. Poza wszystkim powinniśmy promować polskich twórców i być wizytówką polskiego kina.

Miał mnóstwo planów i marzeń...

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA