fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Węgry 1956 - 1989

Przewodniczący ZN Węgier: Mowa Orbana - najpiękniejszy dokument antykomunistycznego oporu

Zsuzsa Pető
László Kövér, przewodniczący Węgierskiego Zgromadzenia Narodowego.

Jesienią 1956 roku Związek Radziecki krwawo stłumił węgierską rewolucję i na czele kraju postawił Jánosa Kádára. Jak Pan przewodniczący scharakteryzowałby w sposób syntetyczny okres tych trzech dekad, wiążący się z jego nazwiskiem?

László Kövér: Jak tylko ustały walki zbrojne i na nowo zorganizowano instytucje władzy, János Kádár i węgierscy komuniści kolaborujący z sowieckim okupantem przystąpili do okrutnej kampanii odwetowej. Wydano wyroki śmierci i stracono setki ludzi – wśród nich również tych, których jedyną winą było to, że w lokalnej społeczności cieszyli się autorytetem – ponadto tysiące ludzi skazano na karę długoletniego więzienia, jeszcze więcej zostało internowanych, a na około dwieście tysięcy można szacować liczbę osób zmuszonych do ratowania się ucieczką, emigracją. Węgierskie społeczeństwo, które do 1956 roku po prostu nie dało wiary w to, że ta irracjonalna i okrutna dyktatura, którą partia komunistyczna – mogąca się wykazać ledwie 17%-owym poparciem w relatywnie wolnych wyborach w 1945 roku – zbudowała według stalinowskiego modelu, byłaby zdolna utrzymać się w długiej perspektywie, jednakże upadek rewolucji, cyniczna obojętność Zachodu oraz fizyczny i duchowy terror wpędziły to społeczeństwo w głęboką depresję. Po gospodarczej konsolidacji reżim mógł sobie natomiast pozwolić na złagodzenie ucisku. Z jednej strony niekoniecznie oczekiwał, by obywatele nieprzerwanie manifestowali swoje utożsamianie się z władzą, zmniejszył stopień ingerencji w życie prywatne, a od lat 60. był w stanie osiągnąć nawet i skromną poprawę poziomu życia, następnie zaś – co prawda w wąskich granicach, ale jednak – otworzył ludziom również przestrzeń do autowyzysku w pracy wykonywanej w indywidualnym, prywatnym sektorze gospodarki. Gdy nasze pokolenie zaczęło sobie pewne rzeczy uświadamiać – a stało się to pod koniec lat 70., na początku lat 80. – system trzymał się już dzięki cynicznemu kompromisowi społecznemu: ludzie nie zajmowali się rzeczywistymi problemami narodowymi, społecznymi, w zamian reżim ich nie dręczył, co więcej, kierował wzrok na bok, gdy dochodziło do drobniejszych nadużyć gospodarczych. Oczywiście to, co kwalifikowało się jako „drobniejsze nadużycie”, dopasowywane było do statusu, pozycji zajmowanej w hierarchii władzy, i w każdym dowolnym momencie – w sposób na pozór niemożliwy do wyjaśnienia – zmieniało się w występek, za który można pociągnąć do odpowiedzialności. Sam reżim Kádára był zorganizowaną w system korupcją, gdzie nie trzeba już było stosować demonstracyjnych narzędzi politycznego ucisku – aczkolwiek, jako środek ostateczny, zawsze pozostawało to jedną z możliwości – wystarczyło bowiem, że niemal każdy miał coś do ukrycia, a z tego powodu niechętnie zwracał na siebie uwagę. Jak w swym genialnym wierszu zatytułowanym „Rzecz o tyranii” napisał Gyula Illyés: „gdzie jest tyrania, każdy ogniwem jest łańcucha”. Jednakże cena tego „gulaszowego komunizmu” pojawiała się nie tylko na płaszczyźnie moralnej – za finansowanie stabilności gospodarczej komuniści nagromadzili zadłużenie państwa, które na koniec lat 80. urosło do 20 miliardów dolarów, a wciąż utrzymujące się następstwa tego zadłużenia jeszcze i dzisiaj stanowią znaczącą część zewnętrznego zadłużenia naszego państwa.

Plakat Związku Młodych Demokratów (Fidesz), napis na plakacie: Proszę wybrać, 1990
fot. Fortepan

Jakie było życie na Węgrzech lat 1980?

Dla nas, młodych kandydatów na inteligentów, ostatnia dekada reżimu – oczywiście o tym, że jest ona ostatnia, wtedy jeszcze nie można było wiedzieć – rozpoczęła się najpierw pełnym nadziei, szybującym w górę rozwojem ruchu „Solidarności” w Polsce, a potem tego ruchu zdławieniem, co przyniosło rozczarowanie. Wzbudzające dotąd w bloku sowieckim zazdrość, relatywne bezpieczeństwo egzystencji i bogacenie się ludzi na Węgrzech wydawały się coraz mniej możliwe do utrzymania. Choć nie objawiało się to w drastycznej formie – jedynie odczuwalna już inflacja oraz pojawienie się bezrobocia były czymś niezwyczajnym – to jednak wiara pokładana w efektywność reżimu uległa zachwianiu. Po dwóch dekadach pojawiły się roczniki, które już nie miały szansy, by żyć lepiej niż ich rodzice. Przedłużający się kryzys w Polsce, następnie „głasnost i pieriestrojka” ustawiły to wszystko w kontekście międzynarodowym. W tamtym czasie wiele też razy odwiedziliśmy Polskę, próbowaliśmy śledzić zachodzące procesy. Wspólnie z Viktorem Orbánem, Jánosem Áderem i naszymi małżonkami – wraz z Tamásem Fellegim, naszym ówczesnym nauczycielem i przyjacielem, a później ministrem w tym samym rządzie – uczestniczyliśmy w mszach świętych z udziałem papieża Jana Pawła II w Warszawie i w Gdańsku w 1987 roku.

To, co w tamtych dniach widzieliśmy na ulicach polskich miast, uczyniło jasnym: polscy komuniści definitywnie przegrali wojnę domową, którą prowadzili przeciwko własnemu narodowi; reżim zużył wszelkie materialne i moralne rezerwy, jakimi dysponował. Niemniej jednak nie myśleliśmy, że jeszcze za naszego życia rzeczywiście doprowadzi to do zmiany ustroju.

Kim byli założyciele utworzonego wiosną 1988 roku Związku Młodych Demokratów i przeciwko czemu się zbuntowali?

Jak już wskazałem, dla naszego pokolenia decydujące przeżycie historyczne wiązało się z Polską lat 1980-81. Tamtejsze wydarzenia i u nas zaktywizowały także studentów, którzy – zwłaszcza po 1985 – tworzyli coraz więcej kół samokształceniowych, klubów, czasopism oraz wspólnot w akademikach dążących do zapewnienia sobie możliwości działania w ramach samorządu. Myśl o utworzeniu niezależnego związku młodzieży zrodziła się już nawet w 1981 roku, ale uwarunkowania do tego dojrzały dopiero w 1988, gdy kryzys reżimu stał się oczywisty. Do tego czasu powstała już sieć kontaktów osobistych i w efekcie wewnętrznej inicjatywy osób do niej należących, 30 marca 1988 roku 37 młodych inteligentów i studentów utworzyło pierwszą na Węgrzech po 1956 roku niezależną organizację polityczną: Związek Młodych Demokratów czyli Fidesz. Opozycyjne ugrupowania i podobne inicjatywy istniały już od jesieni poprzedniego roku, jak na przykład Węgierskie Forum Demokratyczne, ale tylko w formie ruchu, bez członków i bez formalnej struktury, jako że ich przywódcy wystrzegali się naruszenia jednego z tabu reżimu: monopolu władzy sprawowanej przez monopartię i jej organizacje satelickie. My byliśmy pierwszymi, którzy chcieli zaoferować alternatywę dysponującą podmiotowością prawną – w naszym przypadku wobec Komunistycznego Związku Młodzieży. Przeciw czemu się zbuntowaliśmy? Głównie przeciwko zagrożeniu brakiem perspektyw, zawężaniu się życiowych szans i cechującemu reżim wyobcowaniu z rzeczywistości, jego niechęci do prawdy, jego ograniczoności. To dziwne, ale europejska polityka minionych lat wzbudziła we mnie wrażenie swego rodzaju déja vu: świat, który cechują obłudna paplanina o tak zwanych wartościach europejskich i prawach człowieka oraz poprawność polityczna ukształtowana dla zdławienia dyskusji umożliwiającej odkrycie prawdy, świat, w którym mocarstwa wywierają presję, czyniąc to pod znakiem idei zbawienia ludzkości, niepokojąco przypomina mi pozbawioną wewnętrznych treści intelektualną atmosferę lat 80., co wówczas przepełniało nas wyraźną odrazą.

Jakie były główne cele utworzenia Fideszu i w jaki sposób mogli Państwo te cele obronić przed próbami rozbicia, wprowadzenia podziałów ze strony reżimu?

Najważniejszym celem utworzenia Fideszu było przedstawienie alternatywy, to znaczy demontaż monopolu władzy monopartii na obszarze politycznej aktywności młodzieży. Na dodatek wszystko to robiliśmy w taki sposób, że powoływaliśmy się na obowiązujący system prawny, który wprawdzie tylko formalnie, ale jednak starał się przedstawiać siebie jako demokratyczny, stąd expressis verbis nie zabraniał organizowania się obywateli. Naturalnie, reżim zareagował nerwowo, ale od strony prawnej nie znalazł przeciwko nam żadnego pretekstu do ataku na nas, a co do ucisku, to zastosował już tylko miękkie jego narzędzia: ostrzeżenia ze strony milicji, naciski prokuratury, grożenie przez niektórych przedstawicieli władz uniwersyteckich, że ze studiów zostaniemy wyrzuceni. W istocie jednak te naciski tylko zwiększały naszą rozpoznawalność i w efekcie coraz więcej osób się do nas przyłączało. Jednocześnie nasz los splótł się z przebiegiem i rezultatem dążeń reformatorskich wewnątrz samej partii: upadek Kádára i jego ekipy wiosną 1989 roku uratował nas przed więzieniem.

Jakie ważniejsze akcje masowe organizował Fidesz lub brał w nich udział w latach 1988-89?

Uczestniczyliśmy we wszelkich masowych zrywach, począwszy od demonstracji przeciwko budowie rujnującej dla środowiska naturalnego zapory wodnej na Dunaju Gabczykowo-Nagymaros, poprzez demonstrację przeciwko dążeniom rumuńskiego reżimu Ceauşescu do zniszczenia wsi w Siedmiogrodzie celem etnicznej homogenizacji ludności, aż po upamiętniającą rocznicę rewolucji 15 marca 1848 roku, antyrządową demonstrację. Jedna z naszych radykalnych grup manifestowała przed sowiecką ambasadą w Budapeszcie 15 czerwca 1989 roku – czyli w przeddzień pogrzebu Imre Nagya i jego towarzyszy – w proteście przeciwko okupacji kraju, a 7 listopada wykonywanym na ochotnika zamiataniem ulic zasygnalizowaliśmy, że ten dzień dla nas nie jest świętem, a my chcielibyśmy raczej 15 marca świętować naszą własną prawdziwą rewolucję.

Viktor Orbán stał się znany w całym kraju dzięki przemówieniu, które wygłosił 16 czerwca 1989 roku podczas uroczystego pogrzebu Imre Nagya i jego towarzyszy. Jak powstała ta mowa i dlaczego zyskała taki wpływ?

Te uroczystości reżim monopartyjny – we współpracy z tymi, którzy przeżyli proces Nagya, oraz bliskimi ofiar tego procesu, czyli z niegdysiejszą własną opozycją wewnętrzną – próbował wykorzystać do tego, by pod hasłem „powszechnej zgody narodowej” ustabilizować swoją zachwianą pozycję. Tylko pod naciskiem opozycji narodowej oraz kilku uczestników rewolucji 1956 roku do grona mówców tego upamiętnienia trafił wybrany przez nas Viktor Orbán, który właściwie od tego momentu stał się nie tylko znany w całym kraju, ale również wewnątrz Fideszu został uznany de facto za przywódcę. Projekt przemówienia – w ramach treści wyznaczonych przez prezydium – stworzyliśmy we dwóch, ale skrócona, ostateczna wersja to dzieło Viktora. Do dzisiaj jestem dumny z tego, że mogłem wziąć udział w przygotowaniu tej mowy, bo nie ma w niej ani jednego słowa, którego dzisiaj bym się wypierał. To najpiękniejszy dokument ówczesnego antykomunistycznego oporu, dokument, którego najważniejszym zdaniem jest zresztą nie to, które mówi o żądaniu wycofania wojsk sowieckich z Węgier, lecz to, które ostrzega, że komunizm przypuszczalnie jeszcze przez dziesięciolecia będzie żyjącym wraz z nami, przygniatającym dziedzictwem. Radykalizm tego przemówienia miał wpływ wyzwoleńczy. Słysząc tę mowę, tłumy pomyślały, że jeśli tego młodego człowieka milicja nie zabierze siłą, nie aresztuje, to chyba rzeczywiście jest szansa na obalenie komunistów.

Na wzór Polski również na Węgrzech przyszła kolej na rozmowy okrągłego stołu, do których doszło latem i jesienią 1989 roku, a w których uczestniczył także Fidesz. Jak odnosiła się monopartia do obecnych tam partii opozycyjnych, czy starała się, by te rozmowy spaliły jednak na panewce?

Zmiany ustrojowe w Europie Środkowej – moim zdaniem – przebiegały według identycznego na ogół scenariusza: towarzysze przygotowali się do skutecznego przeniesienia własnych pozycji gospodarczych w warunki kapitalizmu, reformy polityczne zaś spowalniali dopóty, dopóki tylko mogli. Jednym okiem stale zerkali też na Moskwę, jaki obrót przyjmą tam zachodzące procesy. W tym, że te rozmowy stosunkowo szybko, bo na wiosnę 1990 roku doprowadziły do wolnych wyborów, dużą rolę odegrało to, że tworzonego przez dziesięć ugrupowań Okrągłego Stołu Opozycji monopartia nie zdołała podzielić żadnym fortelem, żadną sztuczką.

Jakie stanowisko reprezentował w najważniejszych kwestiach Fidesz i czy udało mu się  doprowadzić do ich przyjęcia?

Zachowanie jedności Okrągłego Stołu Opozycji było poważnym osiągnięciem również dlatego, że ci, którzy w nim uczestniczyli, do reżimu nie odnosili się z jednakową niewzruszonością. W reinkarnacjach tzw. partii historycznych „skłonność do kompromisu” była większa niż w kierownictwie nowych formacji powstałych w sposób organiczny. W poszczególnych konkretnych kwestiach będących przedmiotem rozmów Fidesz – z cichym poparciem Węgierskiego Forum Demokratycznego i Związku Wolnych Demokratów – zajmował zawsze najbardziej radykalne stanowisko, podczas gdy najbardziej miękkimi okazywali się ci – w dużej części należący do starszych pokoleń – przywódcy partyjni, spośród których kilku było także osobiście związanych z reformatorskim skrzydłem monopartii. Z tego powodu najczęściej więc umiarkowane stanowisko Węgierskiego Forum Demokratycznego i Związku Wolnych Demokratów stwarzało pomiędzy owymi dwoma biegunami aktualne wspólne stanowisko – dopasowujące się do realiów, które zresztą i my akceptowaliśmy. Ostateczny cel, czyli porozumienie nakierowane na stworzenie warunków wstępnych do całkowicie wolnych wyborów, udało się osiągnąć.

Wiosną 1990 roku zorganizowano na Węgrzech wolne wybory, pierwsze po 1945 roku. Co to oznaczało dla Fideszu, czy zmienił się jego sposób uprawiania polityki?

W momencie utworzenia Związku Młodych Demokratów – aczkolwiek testowaliśmy również prawne warunki utworzenia partii, nie pojawiła się kwestia, że – o ile w ogóle będzie nam dane tego doczekać! – weźmiemy udział w wolnych wyborach. Kiedy w 1990 roku zaistniała na to szansa, musieliśmy zdecydować: albo przyłączymy się do którejś partii, jako jej młodzieżówka, ewentualnie rozwiążemy Fidesz i każdy sam sobie wybierze partię, jeśli nadal chce się zajmować życiem publicznym, albo przekształcając się w partię, samodzielnie zmierzymy się z tym wyzwaniem, poddamy ocenie wyborców. Mieliśmy dwa zdania, którymi uzasadniliśmy naszą decyzję: komuniści w dostateczny sposób zniszczyli przyszłość naszego pokolenia, żebyśmy my teraz mieli prawo wtrącić się w to, co z tej przyszłości jeszcze pozostało, ponadto – młoda demokracja potrzebuje młodych demokratów. Elementy ruchu przeniesione do uprawiania polityki parlamentarnej oraz świeży, szczery, bezpośredni styl wystarczyły nie tylko do przeprowadzenia kampanii wyborczej uwieńczonej sukcesem (osiągnęliśmy wynik 9%, a uzupełniając to dwoma mandatami z okręgów jednomandatowych, mogliśmy utworzyć liczący 22 członków klub w Zgromadzeniu Narodowym, w którym zasiadało 386 posłów), ale też uczyniły Fidesz najpopularniejszą partią w dwóch pierwszych latach funkcjonowania demokracji. Potem oczywiście okazało się, że bez realnego, głębokiego zakorzenienia, osadzenia w społeczeństwie – przykładowo bez kontaktów w mediach – nie da się owej popularności przełożyć na poparcie wyborców. W kolejnych wyborach w 1994 roku, z wynikiem 7% poparcia, zdołaliśmy akurat utrzymać się w parlamencie, aby następnie po kolejnych czterech latach już jako najsilniejszy partner koalicyjny móc utworzyć nasz pierwszy rząd kierowany przez 35-letniego wówczas Viktora Orbána.

Jak powstał w 1990 roku jeden z najbardziej pomysłowych plakatów tamtej kampanii wyborczej: „Proszę wybrać”?

I dzisiaj porusza serce, gdy sięgnąć myślą wstecz do tamtej spontaniczności, wyzwolonej atmosfery, które cechowały pierwszą kampanię wyborczą. Zwyczajnie zjawił się u nas wprost z ulicy pewien człowiek i – ponieważ sądził, że brak nam dobrych plakatów – przekazał własny pomysł oraz pierwszy projekt tego plakatu. Moim zdaniem, już dla samego tego, żeby ów plakat trafił na ulice, byłoby warto wystartować w wyborach. Szczerze mówiąc, w trakcie tegorocznej kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego przeszło mi przez myśl, żeby tamten pomysł ponownie wykorzystać: trzeba by było tylko wymienić zdjęcie pocałunku Honeckera z Breżniewem na zdjęcie całusów towarzysza Junckera i towarzysza Sorosa, ale niestety nie byłem dość odważny, by sztabowi kampanii wysunąć tę propozycję.

Z perspektywy 30 lat, które upłynęły od tamtej pory, jak Pan przewodniczący ocenia ówczesne wydarzenia – jakie jest ich znaczenie i co one przyniosły?

Tak jak – w mojej opinii – każde społeczeństwo środkowo-europejskie, podobnie też węgierskie stało się bardzo podzielone w kwestii oceny transformacji ustrojowej. Wielu ludzi popadło w biedę, inni wzbogacili się niezasłużenie, a stare napięcia i problemy albo pozostały, albo w ich miejsce wstąpiły nowe. Euforia wolności szybko przeszła w rozczarowanie, i podobnie jak w Polsce, tak i na Węgrzech na szczyty władzy powrócili komuniści. Gdy spojrzeć wstecz, wydaje się, że zamykające zimną wojnę targowanie się mocarstw zasadniczo wyznaczyły kierunek zachodzących procesów oraz szerokość drogi, którą można było się poruszać. W tym zaś, z jaką prędkością i przy jakich kompromisach mamy podążać, odegrały rolę stan naszych społeczeństw oraz wyrażająca ich wolę nowa elita polityczna. Nie zrobiliśmy rewolucji – nawet i w tych państwach, gdzie początek transformacji oznaczono tym właśnie słowem. Tak jak bez pytania ukradziono nam wolność po 1945 roku, podobnie też w 1989 raczono nam dać – niczym żałosny zarobek więźnia, przekazywany mu w chwili, gdy wypuszcza się go z obozu na wolność – nową szansę. Akurat w tej przedostatniej chwili, zanim popadlibyśmy w całkowitą ruinę intelektualną, moralną i fizyczną. Biorąc to wszystko łącznie pod uwagę: z państw naszego regionu jedne osiągały wyniki lepsze, inne – gorsze, gdy te wyniki mierzyć względem średniej bądź też własnych uwarunkowań danego państwa. Efekty działań węgierskiej elity, która przeprowadzała transformację ustrojową, można ocenić na mocną trójkę. Mogę w sposób bezstronny twierdzić, że z punktu widzenia odnowy narodowej okres naszych rządów był najbardziej jednoznacznie progresywny.

Jakie są wady i kłopoty, które wywodzą się jeszcze z czasów komunistycznych bądź też z poszczególnych kompromisów przełomu lat 1989/90, a których szkodliwy wpływ do dzisiaj jest odczuwalny?

Zwykło się mówić, że do przekształcenia systemu instytucji politycznych wystarczą cztery miesiące, do przestawienia gospodarki na działanie według praw gospodarki rynkowej – cztery lata, ale do prawdziwego przekształcenia społeczeństwa potrzeba owych czterdziestu lat, jakich potrzebował Mojżesz. Najpoważniejsze dziedzictwo komunizmu nadal bowiem żyje w myśleniu, w sercach i w moralności ludzi. Oczywiście, byliśmy zmuszeni do zawarcia wielu kompromisów, czy też do tolerowania ich konsekwencji: sprytne przeniesienie władzy gospodarczej i wpływów w mediach, dokonane przez bolszewików, którzy nagle zrzucili starą skórę i zmienili się w zwolenników europejskości, w socjaldemokratów; to, że i za zrzucone własne kajdany kazali zapłacić nam samym. Najbardziej jednak niszczące było przetrwanie moralnego nihilizmu, co stało się możliwe przez brak rozliczeń. Ściganie nazistów trwa jeszcze i dzisiaj, ale na proces norymberski komunistów nie mogła przyjść kolej. Na dodatek, nim ostatecznie pozostawilibyśmy za sobą komunizm, nowy już totalitaryzm – uzbrojony w instrumentarium mrożącej krew w żyłach masowej manipulacji – szykuje się do zlikwidowania naszej wolności, suwerenności państwowej, własnej tożsamości narodowej, więcej nawet, naszej natury bycia kobietą czy mężczyzną, a wszystko to mianowicie w imię mającego zbawić świat liberalizmu. Nie ma silniejszego symbolu Europy naszych dni niż należący do Europejskiej Partii Ludowej przewodniczący Komisji Europejskiej, który odsłania podarowany miastu Trewir przez Chińską Republikę Ludową pomnik Marksa.

Dysponując dzisiejszą wiedzą, czy byłoby można wtedy uczynić ewentualnie coś inaczej, czy można by sformułować taką alternatywę po fakcie?

Przeglądając historię wydarzeń minionych trzydziestu lat w tych naszych państwach, które znajdowały się dawniej w sowieckiej sferze wpływów, widzę, że są wprawdzie kraje, w których dzieje się lepiej, oraz takie, w których dzieje się gorzej (Polska na przykład należy do tej pierwszej grupy), ale ogólnie rzecz biorąc, nasze pole manewru było zdeterminowane przez geopolitykę oraz odziedziczone uwarunkowania. Na Węgrzech w sumie 12-letni okres rządów po 1990 roku postkomunistyczno-liberalnej koalicji spowodowały olbrzymie szkody zarówno w dziedzinie gospodarczej, jak i społecznej. A to ciągnęło nas nie w górę, lecz w dół, gdy wydobywaliśmy się z kolein historii. Ale nawet jeśli nie sposób przeskakiwać na drabinie stopni w górę, można pokonywać je szybciej. Co się tyczy sytuacji gospodarczej, finansowej i socjalnej, to się nawet powiodło w minionych dziesięciu latach. Teraz walka toczy się o dusze; pytaniem jest, czy uda się wywołać w naszej wspólnocie narodowej przemianę moralną, mentalną, i czy aby – po tym jak w ciągu 30 lat udało się nam wygrzebać spod ruin komunizmu – teraz nie zawali się na nas nowy wspaniały świat Zachodu? Mając za sobą doświadczenia pięćsetletniej walki o przetrwanie, o samo nasze istnienie, czynimy to, co należy: ufamy Bogu, ale baczymy, by nie zamoczyć prochu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA