fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Uchodźcy

Odrzuceni imigranci nie chcą wracać

Uchodźcy i imigranci, którzy od początku listopada przebywają w ośrodku na Cyprze
AFP
Europa doświadczyła gwałtownego napływu nielegalnych imigrantów, ale to w USA nadal jest ich najwięcej.

Wynika to z opublikowanego właśnie raportu Pew Research Center. W Unii Europejskiej jest od 3,9 do 4,8 mln nieautoryzowanych (nie mających zezwolenia na pobyt) imigrantów – twierdzi ten amerykański instytut badawczy. Jedna czwarta z nich czeka na rozpatrzenie wniosku azylowego, reszta albo dostała się do UE nielegalnie i wniosku nie złożyła, albo wniosek został odrzucony, albo przyjechała na podstawie legalnych wiz, ale została po ich wygaśnięciu.

Liczba robi wrażenie, ale na obszar zamieszkany przez około 500 mln ludzi (UE plus kraje EFTA) to nie więcej niż 1 proc. populacji. Czterokrotnie większa jest liczba legalnych imigrantów, czyli osób spoza obszaru UE–EFTA, które mają już na tym obszarze legalne prawo pobytu. Jeśli chodzi o przyjezdnych o nieuregulowanym statusie, to najwięcej jest ich w Niemczech – między 1 a 1,2 mln – co jest spuścizną po wielkiej fali migracyjnej z 2015 r. Na liście znalazły się też kolejno: Wielka Brytania (0,8–1,2 mln), Włochy (500–700 tys.) i Francja (300–400 tys.).

W Europie jest teraz około miliona więcej nieautoryzowanych imigrantów niż w 2014 roku, czyli przed kryzysem migracyjnym, ale nieco mniej niż w 2016 roku.

Co jednak ciekawe, w porównaniu z 2016 rokiem zwiększyła się liczba imigrantów nielegalnych, czyli tych, którzy ani nie mają prawa pobytu, ani nie czekają na rozpatrzenie wniosku azylowego. To oznacza, że w ciągu ostatnich lat kilkaset tysięcy wniosków zostało rozpatrzonych negatywnie, ale osoby te nie wróciły do krajów pochodzenia.

Wciąż płyną

Mimo że w ostatnich latach imigranci jadą raczej do UE niż do USA, to ciągle za oceanem ich społeczność jest większa. Pew Research Center szacuje, że nieautoryzowanych imigrantów jest w Stanach Zjednoczonych od 10,3 do 10,7 mln, czyli ok. 3 proc. całej populacji. Większość z nich jest już w USA od lat i pochodzi z Ameryki Łacińskiej, a w szczególności z Meksyku. W UE z kolei 30 proc. pochodzi z Azji, w tym z Afganistanu i Pakistanu, 23 proc. z innych krajów europejskich (poza UE–EFTA), w tym z Rosji i Turcji, 21 proc. z Bliskiego Wschodu, w tym z Syrii i Iraku, 17 proc. z krajów Afryki Subsaharyjskiej, w tym z Nigerii i Erytrei, i 8 proc. z obu Ameryk.

Do UE imigranci wciąż płyną, ale obecnym liczbom daleko do tych z 2015 r. W wyniku kryzysu UE uzgodniła wtedy obowiązkową relokację uchodźców z Grecji i Włoch do pozostałych państw UE. W środę Europejski Trybunał Obrachunkowy przedstawił raport oceniający wykonanie tej decyzji.

Początkowo państwa członkowskie zgodziły się na relokację 160 tys. osób, potem ta liczba została zmniejszona do 98,6 tys. Ostatecznie relokacją objęto 34 705 osób, przy czym nikogo nie przyjęły Polska i Węgry – nielegalnie, oraz Wielka Brytania i Dania – legalnie, korzystając z przysługującego im wyjątku od udziału we wspólnej unijnej polityce migracyjnej. Zdaniem ETO ta luka między ustaloną a ostateczną liczbą relokowanych azylantów pokazuje, że mechanizm nie działał sprawnie. Imigrantów we Włoszech i Grecji było znacznie więcej, ale kryteria uzgodnionego mechanizmu, czas jego stosowania i wreszcie praktyczne wykonanie spowodowały, że relokacji było mniej. Początkowo w obu krajach, a szczególnie w Grecji, władze nie radziły sobie z rejestrowaniem imigrantów i weryfikowaniem, czy spełniają oni kryteria do relokacji, a więc przede wszystkim, czy pochodzą z krajów, dla których w państwach UE obowiązuje niski wskaźnik odrzuceń wniosków o azyl. UE pomagała, przekazując pieniądze i ekspertów na tworzenie tzw. hotspotów.

– Działania UE w tych krajach były potrzebne, ale nie przyniosły pełnych efektów – uważa Leo Brincat, członek ETO odpowiedzialny za to sprawozdanie.

Traumatyczne doświadczenie z 2015

Poza tym na ocenę mechanizmu relokacji wpływa także fakt, że nie zawsze azylanci zostawali w kraju, do którego zostali wysłani. Wiele państw UE nie prowadzi statystyk dotyczących wtórnych migracji, ale niektóre podają te dane. I tak z Litwy wyjechało 86 proc. relokowanych uchodźców, ze Słowacji – 81 proc., z Portugalii – 56 proc. a z Estonii – 44 proc. To potwierdza argumenty krytyków relokacji, którzy twierdzili, że imigranci chcą pojechać do zamożniejszych krajów Europy Zachodniej, gdzie są już społeczności imigranckie i łatwiej będzie im się tam odnaleźć.

Poza wątpliwym wymiarem praktycznym mechanizm relokacji nie zdał przede wszystkim testu politycznego. W UE powszechnie ocenia się, że wprowadzenie go w głosowaniu większościowym, przy sprzeciwie kilku krajów Europy Środkowo-Wschodniej, doprowadziło do głębokich podziałów. Dlatego w trwającej teraz dyskusji o reformie systemu azylowego pomysł stałego obowiązkowego rozdzielnika uchodźców został pogrzebany. Propozycja odchodzącej Komisji Europejskiej nie została przyjęta, a ekipa nowej przewodniczącej Ursuli von der Leyen zamierza przygotować nowy pakiet, który będzie przedstawiony w lutym przyszłego roku.

– Teoretycznie można by go przyjąć w głosowaniu większościowym. Ale doświadczenie z 2015 r. jest traumatyczne. Nie chcemy znów otwierać tych ran – mówi nam nieoficjalnie wysoko postawiony przedstawiciel nowej Komisji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA