fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ubezpieczenia

Lewica proponuje rewolucję w emeryturach

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Podwyżka minimalnego świadczenia o 45 proc. ma kosztować 3,3 mld zł – wynika z projektu złożonego w Sejmie przez Lewicę. Teoretycznie to nie tak dużo, ale cały projekt oznacza diametralną zmianę całej filozofii naszego systemu emerytalnego.

Po tym, jak PiS wycofał w środę z prac Sejmu ustawę znoszącą limit składek do ZUS, w budżecie na 2020 r. brakuje ponad 5 mld zł. Teraz Ministerstwo Finansów musi się zastanowić, co zrobić z tym fantem. Czy poszukać na szybko innych dochodów, czy może ściąć wydatki, a może przekonstruować cały budżet tak, by nie musieć podejmować tak trudnych decyzji?

W środę resort nie odpowiedział na nasze pytanie, czy i kiedy przedstawi nowelizację budżetu na 2020 r., uwzględniającą nowe okoliczności. Za to rzecznik rządu Piotr Müller zaznaczał, że temat zniesienia tzw. 30-krotności wcale nie znika z horyzontu zainteresowań PiS. W stosownym momencie – wynika ze słów rzecznika – warto do niego wrócić.

Być może jest to zapowiedź, że sejmowa większość nie odrzuci już w pierwszym czytaniu projektu zmian w systemie emerytalnym złożonego we wtorek przez Lewicę. Jego główne założenia to: podwyżka emerytury minimalnej do 1600 zł na miesiąc (obecnie to 1100 zł), czyli 70 proc. minimalnego wynagrodzenia, zniesienie limitu składek do ZUS oraz wprowadzenie tzw. maksymalnej emerytury w wysokości 6-krotności minimalnej płacy (w 2020 r. byłoby to 15,6 tys. zł).

Jak czytamy w uzasadnieniu, z podwyżki minimalnego świadczenia skorzystałoby prawie 1,36 mln osób (które dziś otrzymują emeryturę niższą niż 1,6 tys. zł brutto). Kosztowałoby to 3,28 mld zł w ciągu roku. Ale jednocześnie zniesienie limitu przyniosłoby do systemu dodatkowe 5,2 mld zł dochodów. „W związku z tym bilans zmian jest dodatni i zwiększa zasoby FUS o ok. 2 mld złotych rocznie" – szacuje Lewica w uzasadnieniu.

Teoretycznie więc proponowane zmiany w pierwszych latach nie byłyby wielkim obciążeniem dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Ale projekt jest bardzo kontrowersyjny ze względu na sam charakter tych propozycji, które w rzeczywistości zmieniają całą filozofię naszego systemu ubezpieczeń społecznych.

„Teraz Lewica chce nagradzać tych, którzy pracowali krótko i niezbyt intensywnie, a płacić za to mają ci, którzy tyrali długo, brali nadgodziny i nie myśleli o wcześniejszym wycofaniu się z aktywności zawodowej" – ocenił Leszek Balcerowicz na Twitterze.

– Propozycja Lewicy oznacza odejście od systemu ubezpieczeń, na którym oparty jest dziś nasz system emerytalny – uważa też Maciej Bukowski, prezes think-tanku Wise Europa. Ci, co zapłacili najwyższą składkę, mają bowiem dostać nieadekwatnie mniejsze świadczenie, a ci, którzy zapłacili mniejszą składkę – nieadekwatnie większe.

Adrian Zandberg, lider ugrupowania Razem, tworzącego koalicyjną Lewicę, zaznaczył, że jego zdaniem system emerytalny musi być bardziej oparty na solidarności, na transferze od najbogatszych do najbiedniejszych, niż na indywidualnym oszczędzaniu na przyszłość.

– Pierwsze zdanie uzasadnienia naszego projektu mówi o potrzebie gruntownych zmian w systemie emerytalnym – mówi też „Rzeczpospolitej" Dariusz Standerski, dyrektor ds. legislacji w klubie Lewicy. – Bo narosło tu wiele problemów, które trzeba szybko rozwiązać – dodaje. Jednym nich jest to, że osoby otrzymujące przeciętną płacę odprowadzają ok. 17 proc. swoich przychodów w formie składek, powyżej 200 tys. zł zaś – tylko 0,7 proc. – Czy to jest w porządku? Naszym zdaniem nie – mówi Standerski.

Kolejnym problem jest zwiększająca się liczba emerytów, którzy będą dostawać minimalne świadczenia (jeśli w ogóle uda się im na to uskładać) lub niższe. Obecnie to ok. 380 tys. osób, za 20 lat może to być 70 proc. kobiet odchodzących z rynku pracy.

Czy w tym kontekście podwyżka minimalnej emerytury do 70 proc. minimalnego wynagrodzenia jest dobrym posunięciem? – Potrzebujemy spokojnej dyskusji, jak naprawić nasz system emerytalny – odpowiada Standerski. – Nasz projekt jest pierwszym krokiem do wprowadzenia elementów charakterystycznych dla systemów innych niż polski, opartych w większym stopniu na solidaryzmie społecznym, a nie na systemie składkowo-ubezpieczeniowym – przyznaje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA