fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Między synagogą a Broadwayem

materiały prasowe
Reżyser i autor Wojciech Kościelniak o swoim musicalu „Śpiewak jazzbandu". Premiera w piątek w Teatrze Żydowskim.

Znany jest pan z udanych przeróbek na musicale literackiej klasyki. „Śpiewak jazzbandu" musi być szczególnym wyzwaniem, bo to pierwszy film dźwiękowy w historii kina.

Rzecz jest istotnie niezwykła, gdyż „Śpiewak jazzbandu" właściwie jest niemy poza 11 minutami dźwięku, bo tyle udało się nagrać na płytę. Film był dla mnie inspiracją, choć jeszcze bardziej powieść Samsona Raphaelsona „Dzień odkupienia", na podstawie której go nakręcono.

Chce pan udowodnić, że wszystkie opowieści nadają się do teatru muzycznego?

Nie wszystkie, bo nie wszystkie mają w sobie muzykę. A w „Śpiewaku jazzbandu" mamy wojnę dwóch stylistyk muzycznych: wczesnego jazzu, który, patrząc z dzisiejszej perspektywy, był bardzo uwodzicielski, piękny i z wielkimi tradycjami, zwłaszcza z muzyką żydowską zakorzenioną w wielowiekowej tradycji. W tej opowieści przewija się rywalizacja dwóch światopoglądów, nowoczesności i tradycji. A najciekawsze i jednocześnie najważniejsze było dla mnie to, jak wyważyć obie racje, by nie opowiadać się po żadnej stronie, niczego nie przesądzać.

Trochę inaczej jest w filmie i jeszcze inaczej w powieści.

Tak, ale uważam, że nie da się w tej historii postawić kropki nad i. Nasze rozwiązanie jest bliższe życiu.

W „Śpiewaku jazzbandu" Jakie Rabinowitz, obdarzony nieprzeciętnymi zdolnościami wokalnymi, wbrew woli ojca nie zostaje kantorem w synagodze, tylko zafascynowany muzyką jazzową postanawia się poświęcić właśnie jej.

Ojciec wypędza go z domu, wierząc, że ta pasja nie potrwa długo. Tymczasem syn wraca po pięciu latach jako wielka gwiazda jazzu. Ojciec jest umierający i prosi, by z okazji święta Jom Kippur zaśpiewał za niego modlitwę „Kol nidre". Jakie stoi więc przed dylematem, czy spełnić wolę ojca, wrócić do synagogi i zaśpiewać, a przez to zerwać premierę na Broadwayu.

Spektakl wpisuje się w obecny profil Teatru Żydowskiego, który przez lata za kadencji Szymona Szurmieja hołdował żydowskiej tradycji, a za dyrekcji Gołdy Tencer próbuje zderzać ją ze współczesnością.

Nie jestem specjalistą od żydowskiej kultury, więc trudno byłoby mi realizować coś, co nie ma związku ze współczesnością. Ze swego laickiego punktu widzenia staram się jak najbardziej szczerze oddać realia tej opowieści. Myślę, że będzie to także słychać w muzyce i widać w kostiumach.

Jak zwykle jest pan nie tylko reżyserem, ale i twórcą libretta. To wynika z braku zaufania do innych?

Absolutnie nie. Po prostu praktyka wykazała, że tak jest prościej. Kiedy zamawiałem teksty u innych, pisałem im szczegółowe oczekiwania. I żeby dokładniej zobrazować, o co mi chodzi, dołączałem własne próbki. Zdarzało się, że uznawali, iż są na tyle dobre, że nie warto ich poprawiać.

Pomagają panu w pracy własne doświadczenia aktorskie?

Cały czas. Przede wszystkim otwierają na aktora, pozwalają dotrzeć do lęków, które stale mu towarzyszą. Jako aktor dobrze pamiętam, że są uwagi reżysera, które, choć czynione w dobrej wierze, potrafią nas zamknąć, a nie otworzyć, i tego chcę uniknąć.

Czy można uznać, że „Syrena Elektro", spektakl, który obrósł już legendą, zadecydowała o tym, że postanowił pan się związać z musicalem?

Było to rzeczywiście niezwykłe doświadczenie. Na pewno sukces „Syreny Elektro" pomógł mi w podjęciu decyzji o reżyserii musicalowej, ale potwierdzeniem był spektakl „Hair" w teatrze w Gdyni, który uznałem za manifest młodości, choć dobiegałem już wówczas trzydziestki.

W realizacji „Śpiewaka jazzbandu" w Teatrze Żydowskim znacznie wzmocnił pan grono artystów.

Sięgnąłem też po tych, z którymi współpracuje od lat. Przede wszystkim Ewelinę Adamską-Porczyk, która przygotowała niezwykłą choreografię. Anna Chadaj zaprojektowała piękną scenografię i kostiumy, autorem muzyki jest Mariusz Obijalski. Cieszę się też z obecności Tadeusza Trylskiego, który przyjechał prosto z Broadwayu, by ustawić światła. Wdzięczny jestem także aktorom Teatru Żydowskiego za niezwykłe oddanie.

A co będzie dalej? Jakieś kolejne wyzwanie?

Największym z pewnością będzie „Quo vadis", do którego przymierzam się na zaproszenie Teatru Muzycznego w Gdyni. Powieść świetnie napisana i bardzo widowiskowa, z ciekawie zarysowanymi postaciami. Ale skoro mowa o pomysłach nieoczywistych, to zdradzę, że myślę o musicalu na podstawie przygód kapitana Żbika, o czym rozmawiałem z dyrekcją warszawskiego Teatru Syrena.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA