fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Obalić ajatollahów w Warszawie

8 lutego demonstracja opozycji irańskiej odbyła się w Paryżu. 13 lutego podobnie ma być w Warszawie
AFP
Organizacja o burzliwej historii chce się w goszczącej VIP-ów Polsce przedstawić jako kandydat do rządzenia w Iranie.

W środę przy Stadionie Narodowym w Warszawie odbędzie się manifestacja pod hasłem „Wolny Iran". W tym samym czasie i w tym samym miejscu rozpoczyna się konferencja bliskowschodnia, na którą zaproszono ważnych polityków z kilkudziesięciu krajów. Wiadomo, że będzie m.in. wiceprezydent USA, premier Izraela i szefowie MSZ wspieranych przez Amerykę krajów arabskich. Iran uważa ją za antyirańską.

O manifestacji dowiedzieliśmy się od przygotowującej ją Narodowej Rady Irańskiego Oporu (NCRI). – Spodziewamy się tysięcy uczestników – powiedział nam Dżawad Dabiran, przedstawiciel NCRI z Berlina.

Mają się też pojawić, podają organizatorzy, ważne osobistości wspierające antyrządową irańską radę, w tym były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani. Oraz polscy politycy.

NCRI wśród swoich polskich przyjaciół wymienia posłów i europosłów różnych ugrupowań od PO po PiS – Stefana Niesiołowskiego, Ryszarda Czarneckiego, Michała Kamińskiego i Marcina Święcickiego.

– Od kilku lat wraz z innymi posłami wspieramy tę organizację walczącą o prawa człowieka z reżimem, który rozstrzeliwuje ludzi, trzyma w więzieniach, nie pozwala nawet szukać ciał zabitych. Moje wsparcie nie ma nic wspólnego z konferencją bliskowschodnią, która odbędzie się w Warszawie, udzielam go od dawna – mówi „Rz" Święcicki, poseł PO, który będzie w środę na zlocie irańskiej opozycji.

Nie pojawi się natomiast Ryszard Czarnecki, europoseł PiS. – Do Narodowej Rady Irańskiego Oporu mam pozytywny stosunek, podobnie jak choćby John Bolton, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA, czy Rita Süssmuth, była przewodnicząca niemieckiego Bundestagu – występowaliśmy wspólnie na jej spotkaniach w Paryżu czy Berlinie. Natomiast jako politykowi kraju organizującego konferencję bliskowschodnią zależy mi, żeby opinia międzynarodowa skupiła się właśnie na niej oraz na tym, by przebiegła spokojnie – mówi Czarnecki „Rzeczpospolitej".

Irańska dyplomacja ostrzega

Wysłannicy NCRI pojawili się w Warszawie ponad tydzień przed rozpoczęciem konferencji bliskowschodniej. Krążą po gabinetach polityków, ekspertów i redakcjach, próbując nagłośnić swoją wizję przyszłości ojczyzny: Zmiana reżimu jest w zasięgu ręki, a my jesteśmy gotowi do odegrania głównej roli.

Dyplomacja irańska spodziewała się ich przyjazdu. I, jak mówi mi ambasador Masud Edrisi Kermanszahi, ostrzegła polskie władze, że „ich obecność w takim bardzo spokojnym kraju może być szkodliwa".

Co na to polskie władze? Krótko odpowiedziało nam Biuro Prasowe Ministerstwa Spraw Zagranicznych: Naszym partnerem po stronie irańskiej są wyłącznie władze Islamskiej Republiki Iranu, a MSZ nie zajmuje się kontaktami z opozycją ani w Iranie, ani emigracyjną.

Nieoficjalnie słyszę od dyplomaty, że polskim organizatorom konferencji zależy na bezstronności, dlatego trzymają się z dala od NCRI.

Chwilowo z Chomeinim

NCRI jest blisko powiązana z Mudżahedinami Ludowymi, mają ten sam program polityczny i to samo przywództwo.

Mudżahedini Ludowi wraz z ajatollahem Chomeinim brali przed 40 laty udział w rewolucji, która obaliła szacha. Ich drogi szybko się rozeszły.

Zwycięski obóz Chomeiniego wymordował tysiące mudżahedinów, zaraz po rewolucji procesy trwały po kilka minut i szybko wykonywano wyrok, często przez powieszenie na ramieniu dźwigu, ku przestrodze. Mudżahedini odpowiedzieli na początku lat 80. zamachami na czołowych polityków (z prezydentem Mohammadem Alim Radżai i premierem Mohammadem Dżawadem Bahonarem na czele), a potem ich liderzy opuścili kraj. Przenieśli się do Iraku Saddama Husajna. I wtedy okrzyknięci zostali wrogami narodu, bo Irak toczył z Iranem wojnę, w której zginęły setki tysięcy Irańczyków.

Organizacja broni się przed oskarżeniami, podkreślając, że jej członkowie walczyli z irackimi żołnierzami, gdy ci wtargnęli w 1980 roku na terytorium Iranu, wielu poległo, wielu trafiło do niewoli.

Nie była to organizacja przychylna Zachodowi, wręcz przeciwnie. Łączyła trudne, jak by się wydawało, ideologie skrajnej lewicy i islamizmu. Mudżahedini Ludowi, a w niektórych krajach także NCRI, trafili na czarne listy organizacji terrorystycznych. UE wykreśliła ich w 2009 roku, USA trzy lata później.

Ponieważ rząd Iraku jest ostatnio blisko związany z Iranem, Amerykanie znaleźli im w 2016 roku nową siedzibę główną – w Albanii. Jest ich tam trzy tysiące. Mieszkają w ufortyfikowanej bazie na terenie o powierzchni 34 hektarów.

Przemiana

W ostatnich latach NCRI, na której czele od 1993 roku stoi przewodnicząca Mariam Radżawi, zupełnie zmieniła swój wizerunek. I zyskała poparcie wielu polityków zachodnich.

– To teraz ruch prodemokratyczny, odeszli od prowadzenia wojen i zamachów. Są inni. Już dawno UE skreśliła ich z listy organizacji terrorystycznych – mówi Marcin Święcicki.

Organizacja uważa, że jedynym rozwiązaniem dla Iranu jest zmiana władz. Obalenie obecnych jest możliwe, bo reżim boryka się z problemami społecznymi. – Zawsze zapewniał, że ma silne poparcie na prowincji, a to nieprawda. Mimo opowieści, że protesty sprzed roku wygasły, one trwają. Odbywały się w 160 miejscowościach – twierdzi Dabiran.

NCRI przedstawia siebie jako „demokratyczną alternatywę" dla ajatollahów. Jaki będzie Iran, gdy ziszczą się jej plany? Z jej (i Mudżahedinów Ludowych) programu wynika, że republiką z władzami wybieranymi przez lud, bez broni nuklearnej i kary śmierci. Z równością płci i rozdziałem państwa od religii.

Nie wszyscy wierzą w demokratyczną przemianę organizacji pod wodzą Mariam Radżawi. W listopadzie 2018 r. w brytyjskim „Guardianie" ukazał się tekst, w którym pada zarzut, że Mudżahedini Ludowi działają jak sekta, która odbiera rodzicom dzieci i nie pozwala się z nimi kontaktować. Pojawia się też pytanie, czy w organizacji panuje kult (odwiecznych) przywódców.

Mimo poparcia, którego udzielają im Amerykanie, a niektórzy nawet opowiadają, że w ciągu roku przejmą władzę w Iranie, to trudno znaleźć kogoś, kto w to naprawdę wierzy – sugerował autor Arron Merat, dodając, że organizacja nie ma zaplecza w Iranie. Po publikacji posypały się skargi do redakcji, m.in. od brytyjskich parlamentarzystów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA