fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Nowa fala migracji zalewa Wielką Brytanię

W ciągu roku polska społeczność w Wielkiej Brytanii zmniejszyła się o 1–1,5 procent. Na zdjęciu: kontrola graniczna na londyńskim lotnisku Heathrow.
AFP
Trzy lata temu Brytyjczycy postanowili wyjść z Unii, aby odzyskać kontrolę nad granicami. Mimo to liczba przyjezdnych bije rekordy. Teraz do drzwi pukają Azjaci i Afrykanie.

David Cameron, a po nim Theresa May od lat obiecywali, że liczba przyjeżdżających na Wyspy w stosunku do wyjeżdżających zostanie ograniczona do „dziesiątków tysięcy rocznie". Jednak najnowsze dane Narodowego Urzędu Statystycznego (ONS) pokazują, że tzw. imigracja netto osiągnęła w roku kończącym się 30 września 2018 r. aż 283 tysiące osób. To najwyższy poziom w historii, jeśli pominąć wielkie poszerzenie Unii w 2004 r. i otwarcie rynku pracy dla obywateli krajów Europy Środkowej przez Tony'ego Blaira.

Odwrót Polaków

Teraz to jednak nie Polacy, Litwini czy Słowacy nabijają statystyki. Przeciwnie, we wspomnianym okresie po raz pierwszy liczba przyjeżdżających z Polski i siedmiu tzw. nowych sąsiednich krajów UE spadła do 38 tys., podczas gdy na wyjazd zdecydowały się już 53 tys., co oznacza, że emigracja netto osiągnęła ok. 15 tys. Inaczej mówiąc, licząca ok. 950 tys. polska wspólnota zmniejszyła się o 1–1,5 proc. W miarę napływu danych za okres coraz bliższy brexitowi ten trend powinien się nasilać.

– O wyjeździe z Wysp Polacy mówili o dawna, ale teraz są pewne sygnały, które pokazują, że część z nich myśli o tym poważnie. Jednym z nich jest spadek liczby dzieci uczęszczających do sobotnich polskich szkół – mówi „Rzeczpospolitej" Joanna Młodzińska, dyrektor centrum polonijnego POSK w Londynie.

Coraz trudniej jest też znaleźć wolny termin w firmach zajmujących się przeprowadzkami z Wielkiej Brytanii do Polski.

– Na decyzje o emigracji składa się wiele czynników – podkreśla w rozmowie z „Rzeczpospolitą" Barbara Drozdowicz, szefowa w East European Resource Center zajmującym się pomocą Polakom na Wyspach. – Kluczowa jest atmosfera wokół imigrantów. Po referendum wielu czuło, że nie są już tu mile widziani. Teraz to się zmieniło, ale napięcia mogą wrócić. Spadek wartości funta (o około jednej szóstej wobec euro i złotego) powoduje, że ludzie mogą już zarobić tyle samo na kontynencie, a tam koszty życia są jednak niższe. Wielu jest też pod wrażeniem sukcesu gospodarczego Polski. Jest również sporo powodów indywidualnych decyzji o wyjeździe. 15 lat po przyjeździe na Wyspy wielu polskich imigrantów ma np. rodziców w podeszłym wieku, którzy wymagają opieki. Niepewność związana z brexitem powoduje z kolei, że niektóre sektory, jak budownictwo, zamierają, bo brakuje inwestycji. No i ludzie nie wiedzą, jaki będzie tu ich ostateczny status, do jakiego stopnia będą mogli sprowadzić rodziny z Polski – mówi.

– Generalnie na wyjazdy decydują się ci, którzy od początku zakładali powrót i zbierali pieniądze na budowę w kraju domu. Natomiast ci, którzy od razu chcieli na stałe zostać w Wielkiej Brytanii, nie wrócą. No, chyba że nastąpi tu katastrofa gospodarcza – tłumaczy Drozdowicz.

Pakistan, Indie, Nigeria

We wspominanym okresie saldo przyjazdów na Wyspy z 15 krajów starej Unii oraz z Rumunii i Bułgarii także bardzo spadło, choć pozostaje wciąż dodatnie (odpowiednio 34 i 38 tys.). Prawdziwa eksplozja nastąpiła natomiast, gdy chodzi o napływ imigrantów spoza UE, co zasadniczo sprowadza się do byłych brytyjskich kolonii afrykańskich i azjatyckich, a także Chin. W tej kategorii migracja netto osiągnęła bowiem 261 tys. osób w skali roku.

– Mamy nie tylko bardzo szybki wzrost liczby ludności Wielkiej Brytanii (do ok. 67 mln – przy. red.), ale także jej wymiany, bo jednocześnie co roku ok. 50 tys. Brytyjczyków netto na stałe opuszcza swój kraj – mówi „Rzeczpospolitej" Ben Greening, ekspert londyńskiego instytutu Migration Watch UK. – Rząd w coraz mniejszym stopniu kontroluje granice, jest coraz mniej zdeterminowany, aby wypełnić obietnice ograniczenia imigracji.

– Tak się dzieje przede wszystkim pod naciskiem lobby przedsiębiorstw. Potrzebują one taniej siły roboczej, która zastąpi pracowników z krajów Unii Europejskich. Chodzi przede wszystkim o przyjezdnych z Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Nigerii sprowadzanych w ramach koncernów, ale także do pracy w służbie zdrowia. Wielu z nich sprowadza potem swoje rodziny. Szybko rośnie także liczba zagranicznych studentów, przede wszystkim z Chin – dodaje Greening. Jego zdaniem takiej strategii sprzyja Partia Pracy, która chce w dłuższej perspektywie zasadniczo zmienić skład etniczny i przez to preferencje polityczne brytyjskiego społeczeństwa.

Tania siła robocza

Gospodarka Wielkiej Brytanii od czasu imperium opierała się na wykorzystaniu taniej, niebrytyjskiej siły roboczej. Tego modelu rozwoju po brexicie nie będzie łatwo zmienić, bo wymagałoby to podjęcia się przez Brytyjczyków zajęć, których nie chcą wykonywać. Ale jednocześnie w państwie o bardzo wysokiej gęstości zaludnienia (w samej Anglii, kraju dwa i pół razy mniejszym od Polski, w którym mieszka 56 mln ludzi, wynosi ona już 424 osoby/km kw.) masowa imigracja wywołuje zaniepokojenie miejscowej ludności. Po brexicie rząd będzie musiał lawirować między tymi dwoma sprzecznymi tendencjami. Na razie zaproponował, aby prawo pracy uzyskiwali tylko ci, którzy będą zarabiać przynajmniej 30 tys. funtów rocznie.

– Uważamy, że to jest właściwy próg, ale na razie nie został on zatwierdzony – mówi Ben Greening.

Umowa rozwodowa odrzucona po raz trzeci

Izba Gmin w piątek stosunkiem głosów 344 do 288 po raz trzeci odrzuciła umowę rozwodową wynegocjowaną przez Theresę May. Zgodnie z postanowieniami ostatniego szczytu UE to powinno prowadzić do wyjścia kraju ze Wspólnoty bez żadnego porozumienia 12 kwietnia. Ale tak niemal na pewno się nie stanie. Donald Tusk zwołał już na 10 kwietnia nowe spotkania przywódców UE, na którym zapewne Wielka Brytania otrzyma kolejne odroczenie brexitu. Chodzi o uniknięcie scenariusza, który oznaczałby katastrofę dla brytyjskiej gospodarki, ale także ogromne szkody dla kontynentu. Już w poniedziałek Izba Gmin będzie zresztą głosowała nad alternatywnymi pomysłami na brexit. Największą szansę na zatwierdzenie ma scenariusz utworzenie „stałej i kompleksowej" unii celnej między Wyspami a Unią. Pozwoliłoby to na utrzymanie otwartej granicy między Ulsterem i Republiką Irlandii, a także zapobieżenie przerwaniu powiązań produkcyjnych, które niemal na pewno spowodowałyby masową delokalizację produkcji do państw UE. May co prawda odmówiła udzielenia gwarancji, że wystąpi w takim przypadku w Brukseli z wnioskiem o rozpoczęcie negocjacji w sprawie unii celnej. Premier obawia się, że mogłoby to doprowadzić do buntu eurosceptycznych torysów i rozpadu Partii Konserwatywnej. Jednak w środę parlament może przyjąć uchwałę, która obliguje szefową rządu do podjęcia rozmów ze Wspólnotą o budowie unii celnej. W takim przypadku brexit najpewniej zostałby odłożony o rok, do 1 kwietnia 2020 r. W piątek w Warszawie główny negocjator UE Michel Barnier przyznał, że Bruksela chętnie zaakceptowałaby pomysł unii celnej. Ale Francuz powiedział także, że na wypadek braku porozumienia Komisja Europejska prowadzi rozmowy z irlandzkim rządem w sprawie przywrócenia kontroli na granicy z Republiką Irlandii. —j.bie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA