fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Jozef Chovanec, belgijski George Floyd. Policja pozostaje bezkarna

Przebieg śledztwa odzwierciedla szerszy paraliż instytucji państwa belgijskiego
fot. Shutterstock
Dwa i pół roku po śmierci Jozefa Chovaneca nikomu nie przedstawiono zarzutów.

Choć dramat rozegrał się 23 lutego 2018 r., na czołówki gazet trafił dopiero teraz za sprawą flamandzkiego dziennika „Het Laatse Nieuuws”. Opublikował on nagranie z aresztu w komisariacie lotniska Charleroi, które służy za bazę dla tanich linii dowożących pasażerów do Brukseli. Widać na nim 38-letniego słowackiego przedsiębiorcę, który najwyraźniej traci nad sobą panowanie i wielokrotnie uderza głową o ścianę.

Broczącego we krwi mężczyznę unieruchamia na pryczy grupa policjantów. Jeden z nich przez 18 minut siedzi na klatce piersiowej Słowaka, inni się śmieją, tańczą. Młoda policjantka podnosi tryumfalnie rękę w nazistowskim pozdrowieniu. Chwilę później Chovanec przechodzi zawał serca. Odwieziony w końcu do szpitala, umiera po kilku dniach.

Flamandzcy dziennikarze odtworzyli wydarzenia, które doprowadziły do dramatu. Słowak miał tego dnia lecieć do Bratysławy. Już na pokładzie samolotu wdał się w spór ze stewardesą, której odmówił pokazania biletu i którą nawet szturchnął. Pilot maszyny oświadczył wówczas, że nie poleci, dopóki Chovanec nie opuści samolotu. Wyprowadzony na zewnątrz Słowak został obezwładniony przez belgijskich policjantów.

Nie mniej szokujące od zachowania funkcjonariuszy jest jednak to, co się wydarzyło przez następne dwa i pół roku.

– Powiem otwarcie: nie wiedzieliśmy o istnieniu takiego nagrania – przyznała w piątek Sarah Frederickx z belgijskiej policji federalnej. Rzecz w innych krajach Europy trudna do wyobrażenia: rutynowy monitoring celi nie został nawet skontrolowany w trakcie śledztwa podjętego na wniosek rodziny Chovaneca.

– Zrobili coś strasznego. Tak nie traktuje się nawet zwierząt – mówi ojciec przedsiębiorcy.

– To, co się dzieje w Belgii, jest po prostu porażające – uważa Henrietta, żona Chovaneca.

Belgijscy prokuratorzy od lutego 2018 r. przesłuchali tylko jedną osobę. Tłumaczyli, że winna jest pandemia. – O ile wiem, Covid-19 nie było ani w 2018, ani w 2019 r. – odpowiada wdowa.

Belgijscy politycy lubią dawać lekcje demokracji innym krajom, szczególnie Europy Środkowej. Teraz role się odwróciły. – Jak wszyscy Słowacy jestem w szoku na widok brutalności belgijskiej policji. Takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć w krajach demokratycznych – mówi szef słowackiej dyplomacji Ivan Korčok.

Pod takim naciskiem zastępcę komendanta policji federalnej Andre Deenfantsa oraz szefa policji lotniskowej Danny Elsta czasowo przesunięto do pełnienia innych obowiązków. Wykonywaniem czynności administracyjnych z dala od kontaktu z ludnością ma się też zająć policjantka, która podniosła rękę w nazistowskim geście. Ale o skrusze nie ma mowy. Funkcjonariuszka tłumaczy, że „została sprowokowana” przez Chovaneca, który miał oskarżyć policjantów, że są z gestapo. Także związek sił porządkowych SNPS uważa, że media traktują funkcjonariuszy z Charleroi „niesprawiedliwie”.

Taka reakcja w kraju, który nigdy nie rozliczył się z ludobójstwa od 10 do 15 mln Kongijczyków za panowania Leopolda II, nie jest jednak niczym odosobnionym. Mimo ruchu protestów Black Lives Matter, które przetoczyły się przez Amerykę i Europę, ogromny pomnik okrutnego władcy nadal stoi przez Pałacem Królewskim w Brukseli.

Nie ma też mowy o rekompensatach dla Konga za grabież, dzięki której zbudowano większość podziwianych dziś kamieniczek w belgijskiej stolicy.

Przebieg śledztwa odzwierciedla też jednak szerszy paraliż instytucji państwa. W tym miesiącu Belgia pobiła ustanowiony przez samą siebie rekord długości funkcjonowania bez rządu. Od dymisji na tle polityki migracyjnej premiera Charles’a Michela (dziś przewodniczącego Rady Europejskiej) w grudniu 2018 r. minęło już 600 dni. Król Filip powierzył właśnie 12. osobie (flamandzkiemu liberałowi Egbertowi Lackaertowi) misję zbudowania większościowej koalicji.

W zasadzie nie ma szans na powodzenie tego przedsięwzięcia, ale władca robi wszystko, aby uniknąć przedterminowych wyborów. Sondaże pokazują, że faszystowski Vlaams Belang (Flamandzka Sprawa), który utrzymuje bliskie związki z francuskimi nacjonalistami pod wodzą Marine Le Pen, w północnej prowincji wyszedłby z nich z największym poparciem (28 proc.), spychając na drugie miejsce konserwatywny Nowy Sojusz Flamandzki (N-VA – 20 proc.). Oba ugrupowanie dążą do radykalnego ograniczenia kompetencji władz federalnych, które i tak nie mają ich dużo. Tego królestwo mogłoby nie przetrwać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA