fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Niezawisłość sędziowska: pokusa awansu do SN kruszy solidarność środowiską

gmach SN
Fotorzepa, Danuta Matloch
W trudnych czasach, kiedy dochodzi do masowych czystek w Sądzie Najwyższym, godność i honor powinny być dla sędziów aksjomatem. Niestety nie dla wszystkich, jak się okazuje, honor znaczy to samo. Zanim bowiem jeszcze opadł kurz po togach usuniętych z tego sądu sędziów, już zaczęły się kalkulacje, co będzie z wakatami.

Za kilkanaście dni upływa termin zgłaszania się na stanowiska do Sądu Najwyższego. Niektórzy z sędziów, w tym z samych władz Stowarzyszenia Sędziów Iustitia, otwarcie deklarują, że „absolutnie nie wykluczają kandydowania do Sądu Najwyższego", choć wcześniej Stowarzyszenie apelowało o nieuczestniczenie w procedurach awansowych do sądów powszechnych przed nową Krajową Radą Sądownictwa.

Czytaj także: Nowa sądowa ustawa PiS przyjęta przez Sejm

Lep na sędziów

Warto może więc dzisiejszym czterdziestolatkom przypomnieć, że odziedziczona po zaborcy ścieżka awansu sędziego była w okresie PRL doskonałym narzędziem korodowania niezawisłości sędziowskiej i wykształcenia grupy sędziów dyspozycyjnych. Podatność ta została utrwalona po 1989 r. poprzez rozbudowę hierarchicznych struktur sądów, z wielką grupą wysoko uplasowanych sędziów funkcyjnych.

Czytaj także: Wakacyjne porządki w sądach

Do tej jednak pory Sąd Najwyższy był poza zasięgiem marzeń przeciętnego sędziego. Dobór do niego był bowiem oparty na mało transparentnych regułach korporacyjnych. W rezultacie konkurs na stanowisko sędziego w Sądzie Najwyższym był fikcją, jako że na jedno stanowisko zgłaszał się jeden zaakceptowany przez jego sędziów kandydat. Paradoksem był więc fakt, że w konkursie na urząd sędziego sądu rejonowego zgłaszało się stu kandydatów, a na stanowisko w Sądzie Najwyższym nierzadko jeden...

Zwolnienie zatem w Sądzie Najwyższym kilkudziesięciu stanowisk dla wielu sędziów najniższego szczebla oznacza szansę na niewyobrażalny awans zawodowy, społeczny, życiowy. Nawet więc najbardziej zagorzali przeciwnicy tzw. reform sądownictwa nie widzą niczego złego w zgłaszaniu się na stanowiska, choć wcześniej głoszono przecież, że udział w procedurze awansowej przed KRS jest niestosowny. Okazuje się bowiem, że SN jest doskonałym lepem na sędziów, także tych, którzy oficjalnie reformy nie wspierają.

Podkreślić należy, że ubieganie się o awans do SN niczym nie różni się od zgłoszenia swojej kandydatury do KRS. Głoszenie haseł, że startowanie do SN jest kwestią sumienia, to zwykły populizm i próba zagłuszenia wyrzutów sumienia. Kandydując bowiem do SN, sędziowie legitymizują istniejący stan rzeczy, instytucje i obowiązujące procedury, a nade wszystko zajmują miejsca usuniętych sędziów.

Sędziowie „lipcowi"

Oczywiste jest, że obecnie dobór sędziów do SN będzie również podporządkowany oczekiwaniom politycznym. Co więcej, powoływanie sędziów na miejsce usuniętych może rodzić wśród obywateli przekonanie, że sędziowie nie są apolityczni i niezawiśli. Sąd Najwyższy nie podźwignie się szybko z tego kryzysu i bezpowrotnie utraci zaufanie. Następcy dzisiejszych decydentów politycznych będą za wszelką cenę deprecjonować autorytet takiego Sądu i próbować usunąć tzw. lipcowych sędziów, a na ich miejsca wprowadzić swoich.

Jeśli dziś można usunąć sędziów, reorganizując izby w SN czy skracając wiek emerytalny, to i w przyszłości politycy nie zawahają się użyć tego rodzaju środków. W ten sposób nastąpi powrót do starej i dobrze znanej z PRL zasady, że sędzia musi dawać rękojmię polityczną należytego wykonywania zawodu. Jeśli nie będzie jej dawał, będzie wymieniany – w zależności od kaprysu władzy wykonawczej i ustawodawczej.

Start do SN nie jest w porządku

Ubieganie się o stanowisko w Sądzie Najwyższym w jego szczególnej sytuacji, tj. masowej czystki i usunięcia wielu wybitnych sędziów, jest przejawem konformizmu i dążenia do awansu za wszelką cenę. Będzie również świadczyć o braku solidarności z usuniętymi sędziami. Podkreślić należy, że teraz sędziowie SN nie odchodzą dobrowolnie.

Na koniec warto przytoczyć wspomnienie prezesa Izby Karnej Aleksandra Mogilnickiego, jak wyrzucano go z SN. Odbył on wówczas rozmowę z sędzią Supińskim, który bez skrupułów zastąpił wyrzuconego ówczesnego pierwszego prezesa SN. Powiedział mu z wielkim chłodem, że lepiej byłoby, aby na to stanowisko powołano jakiegoś generała, bo wtedy całe społeczeństwo zrozumiałoby, co znaczy dymisja Seydy. A skoro miejsce jego objął znany prawnik, wiele osób może pomyśleć, że wszystko jest w porządku.

Nie pozwólmy dziś myśleć, że wszystko jest w porządku! Apeluję do sędziów o godność i honor. Nie warto w taki sposób awansować do Sąd Najwyższego.

Autorka jest sędzią Sądu Okręgowego i wykładowczynią Uczelni Łazarskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA