fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zdrowie

Bartoszewicz: Kupuję czas od życia

Archiwum
Trochę mam żal do lekarzy, że gdy zachorowałem, przy pierwszym kontakcie prawdopodobnie zbagatelizowali sytuację.

Historia mojej choroby zaczęła się sześć lat temu, w 2010 roku. Miałem znamię na czole. Mnie ono nie przeszkadzało, ale rodzina nalegała, bym poszedł do lekarza, bo dziwnie szybko rosło. Usunąłem znamię u chirurga plastyka. Wycinek został przesłany do badania histopatologicznego. Okazało się, że to czerniak. Lekarz zalecił, bym pilnie udał się do Centrum Onkologii, by wdrożyli tam jakieś leczenie i zdecydowali, co dalej.

W Centrum Onkologii lekarz zlecił mi kilka badań: USG węzłów chłonnych szyi, badania RTG klatki piersiowej, USG wątroby. To wszystko.

Nie stwierdzono przerzutów do węzłów wartowniczych (pierwsze węzły chłonne na drodze spływu limfy z ogniska nowotworowego – dopisek „Rzeczpospolitej"). Dlatego zgłaszałem się tylko na kontrolę – najpierw co miesiąc, potem co dwa, trzy miesiące, a następnie co pół roku. Ale nie robiono mi żadnych badań ambulatoryjnych. We własnym zakresie – w ramach pakietu medycznego u pracodawcy – regularnie wykonywałem USG węzłów szyjnych.

Wizyty wyglądały tak, że pokazywałem lekarzowi badania, które zrobiłem, lekarz je oglądał, badał węzły chłonne na szyi, ślad po znamieniu i kazał się zjawić za trzy lub sześć miesięcy. I tyle.

Pod koniec 2015 r. byłem na ostatniej wizycie w tej klinice. Lekarz powiedział mi, że minęło pięć lat i zgodnie z ich normami można uznać, że jestem zdrowy. Zalecił tylko, bym raz w roku się kontrolował. Na tym skończyła się moja przygoda z tamtym lekarzem i takim podejściem do pacjenta. Niecałe pół roku później – w kwietniu 2016 r. – zaczęły mnie boleć plecy. Myślałem, że to może przemęczenie, że gdzieś je nadwyrężyłem. W końcu poszedłem do lekarza. I zaczęła się wędrówka między gabinetami.

W karcie pacjenta mam wpisane, że miałem czerniaka, ale lekarze nie powiązali tej informacji z ówczesnymi dolegliwościami. Przepisywali mi tylko leki przeciwbólowe i przeciwzapalne.

Na szczęście znalazł się jeden lekarz, który widząc, jak się czuję, jak wyglądam i przeglądając moją kartę, zlecił mi zwykłą morfologię. Wyniki nie były dobre. Potem, znowu we własnym zakresie, zrobiłem sobie komplet badań, w tym USG jamy brzusznej i RTG klatki piersiowej. Wtedy już było wiadomo, że przerzuty są praktycznie wszędzie.

Trochę mam żal do lekarzy, że przy pierwszym kontakcie prawdopodobnie zbagatelizowali sytuację. Być może, gdyby inaczej do tego podeszli, wykryto by to wcześniej. Ale teraz już nic z tym nie zrobię. Cieszę się, że teraz trafiłem do lekarza, który ma zupełnie inne podejście i naprawdę walczy o pacjenta. To dr Tomasz Świtaj w Centrum Onkologii w Warszawie. Gdy do niego przyszedłem, popatrzył w wyniki i zapytał: „Dlaczego tak późno? To jest już bardzo zaawansowane!". Zlecił mi badania i umówiliśmy się na kolejną wizytę. Bałem się, że na następnej wizycie usłyszę datę – ile mi zostało życia – a nie plan leczenia. Na szczęście udało się. Dzięki staraniom pana doktora udało się zdobyć dla mnie skojarzoną terapię celowaną. Badania genetyczne wykazały, że to leczenie idealnie wycelowane w mutację, którą mam. Biorę ją już piąty miesiąc i na razie są efekty.

Czuję się bardzo dobrze. Gdy zaczynałem terapię, lekarz uprzedzał mnie o możliwych działaniach niepożądanych. Najbardziej uciążliwa jest piekąca wysypka, której większość pacjentów nie znosi. Ja wciąż jej nie mam. Właściwie to nie odczuwam negatywnych skutków leczenia.

Z moim lekarzem mogę porozmawiać szczerze o chorobie, sam zadaje mi pytania, odpowiada na moje. Od niego wiem, że te terapie nie prowadzą do wyleczenia, ale mogą przedłużyć życie. To trochę takie kupowanie czasu. Nie mogę powiedzieć, że życie zmieniło mi się w ciągu jednego dnia. Przechodzenie przez wszystkie opisane w książkach etapy reagowania na ciężką chorobę – etap wyparcia, zaprzeczania etc. – zajęło mi około tygodnia.

Po tygodniu, po przegryzieniu się przez to wszystko, faktycznie zmieniło mi się nastawienie do życia. Na co dzień jesteśmy strasznie zaganiani, ciągle pracujemy. A ja od pół roku wstaję rano, jest dobrze, bo dobrze się czuję. I na tym się skupiam. Jem śniadanie, zawożę dzieci do szkoły, idę z żoną na kawę, bo od paru lat nie miałem czasu, żeby się gdzieś z nią wybrać. Staram się czerpać z życia więcej przyjemności. Nie robię planów długoterminowych. Taka choroba zmienia perspektywę.

Inżynier, 41 lat, ma żonę i dwójkę dzieci, chory na przerzutową postać czerniaka

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA