fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Złudzenia świeckiej religii

80 lat temu irlandzka konstytucja z 1937 r. po raz pierwszy uznał godność człowieka za podstawę budowania legitymowanego porządku politycznego, nawiązując do encykliki Piusa XI „Mit brennender Sorge" z marca 1937 r.

Ludzka godność, kluczowa w chrześcijańskiej antropologii, miała być fundamentem porządku konstytucyjnego.

Mistrzowskie posunięcie

Po katastrofie II wojny światowej zachodnia Europa zdominowana przez chrześcijańskie demokracje została odbudowana wokół pojęć pozwalających łączyć liberalizm polityczny z chrześcijańskim dziedzictwem Europy.

Wizja Europy katolików Konrada Adenauera, Roberta Schumanna, Alcide de Gasperiego czy amerykańskiego sekretarza stanu John Forster Dullesa została osadzona na fundamencie godności ludzkiej i praw człowieka, stojących w centrum chrześcijańskiego pojęcia osoby. Mistrzowsko włączyli oni defensywne kulturowo chrześcijaństwo w centrum dyskusji nad Europą. Odgrodzili pojęcia zmonopolizowane od rewolucji francuskiej przez zsekularyzowane elity, osłabiając niebezpieczeństwo powiązania ideologii postępu z komunizmem. Osłabili też chwilowo drugi nurt myśli zjednoczeniowej widzącej Europę jako uniwersalny projekt imperialny tworzony odgórnie przez biurokratów.

Po raz pierwszy po wojnie pojęcie godności człowieka znalazło się w konstytucji niemieckiej z 1949 r., mającej cywilizować Niemców trzymanych na smyczy Amerykanów. Stopniowo jednoczona Europa uznała ludzką godność za podstawę praw człowieka i gwarancje legitymowanego ustroju. Globalnie politykę taką zadekretowała Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ z 1948 r.

Pod koniec XX w., po upadku komunizmu, pojęcia godność i prawa człowieka w rozumieniu chrześcijańskich demokratów zostały przejęte przez szeroko pojętą liberalną lewicę. Ta jednak nadała im inne znaczenie. Ludzka godność i prawa człowieka zostały uznane jako program świeckiej „religii" uniwersalistycznej zbudowanej wokół nowej antropologii zakorzenionej w zradykalizowanym rewolucją kulturową lat 60. nowoczesnej idei „emancypacji". Zbudowana głównie na kulturowym marksizmie współgrała z zawsze obecną w liberalizmie koncepcją praw naturalnych w kontrze do chrześcijańskiego prawa naturalnego. Odtąd szacunek dla godności innych nie był już dłużej żądaniem szacunku dla prawa moralnego, jakie noszą czy powinni nosić w sobie, lecz szacunek dla jakiegokolwiek wyboru, których dokonują, stając się automatycznie prawem człowieka. Państwo miało zatem chronić przed jakimkolwiek ograniczeniami zagrażającymi autodefinicji jednostki, z żądaniem szacunku i akceptacji dla wszystkich wyborów oraz z zakazem ich wartościowania. Ma w ten sposób chronić moją godność, tj. moje człowieczeństwo, wszystkie wybory jako prawa człowieka, de facto stając się państwem despotycznym.

Tak rozumiane prawa człowieka stały się ideologią globalnej rewolucji, w której awangardą ideową stało się obecnie „wyzwolenie" seksualne. Ten lewicowo-liberalny proces przejmowania języka praw człowieka postępował jednocześnie z załamaniem się chrześcijaństwa w Europie, w którym rozumienie tych pojęć powiązane jest z obiektywną rzeczywistością ludzkiej natury. Dla np. katolików małżeństwo jednopłciowe nie może być prawem człowieka, ponieważ zaprzecza obiektywnej istocie różnic seksualnych. Narusza więc, a nie wzmacnia ludzką godność. Z kolei dla zwolenników liberalnej lewicy takie małżeństwo zabezpiecza jednostce jej wolność, a stąd i godność.

Odgórnie narzucone

To subiektywne rozumienie praw człowieka zwycięża w przestrzeni liberalnej kultury i prawa, w tym w Unii Europejskiej. Jest też narzucane siłą Zachodu w prawie międzynarodowym z zagrożeniem, np. dla wolności religijnej. Antychrześcijańska obsesja elit liberalno-lewicowych Zachodu jest tutaj przejawem obawy przed konkurencyjnym rozumieniem rzeczywistości. Rywal może odgrywać jedynie rolę znaku sprzeciwu, z niedostrzeganiem islamu. Dwa odłamy fundamentalizmu: islam i liberalno-lewicowy radykalizm idą bowiem na zderzenie bez moderującej roli antropologii chrześcijańskiej.

Patrzenie w siebie

Jest wątpliwe, czy liberalno-lewicowa „religia" praw człowieka uczyni go lepszym. Za to uczyni go łagodniejszym, obojętniejszym, proceduralnym. To patrzenie w lustro w pustce metafizycznej nudy zastępowanej konsumpcją, psychoterapia i globalnym technokratycznym zarządzaniem ekonomią i prawami. Nadzieja, iż uniwersalny sens można zbudować drogą moralnej autokreacji, a chrześcijaństwo uczynić jej przyjaznym sojusznikiem, to błąd ontologiczny, a nie etyczny. Chrześcijaństwo nie jest ruchem moralnym. Jest nadzieją oferująca zbawienie w świecie niedoskonałym, w którym należy rozumieć granice ludzkich możliwości. Ideologia lewicowo-liberalnych praw człowieka to w istocie totalitarny polityczny program prawnej inżynierii społecznej i moralnej. To następna próba nowoczesnego zastąpienia religii sensem kierującym wzrok nie w górę, lecz w siebie. To złudzenie. Kiedy żarliwy rewolucjonista francuski zwrócił się do ministra spraw zagranicznych Talleyranda z zapytaniem, jak stworzyć oświeconą religię ludzkości na miejsce chrześcijaństwa, mądry hedonista odparł: To proste. Proszę się dać ukrzyżować. A na trzeci dzień zmartwychwstać.

Autor jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA