fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Co dalej z fotoradarami?

Fotorzepa
Urządzenia rejestrujące wykroczenia drogowe nie mogą służyć jedynie do fotografowania tablic rejestracyjnych pojazdów i wyciskania z kierowców pieniędzy – pisze sędzia Andrzej Skowron.

Kiedy kilka miesięcy temu broniłem uprawnień straży gminnych (miejskich) do występowania w charakterze oskarżyciela publicznego w sprawach o wykroczenia z art. 96 § 3 kodeksu wykroczeń ("Straż miejska przed Sądem Najwyższym", „Rzeczpospolita" z 24 września 2014 r.), nawet przez myśl mi nie przeszło, że już wkrótce straci ona prawo do ścigania sprawców wykroczeń ujawnianych z użyciem przenośnych albo zainstalowanych w pojeździe urządzeń rejestrujących, określanych potocznie fotoradarami. Decyzja ustawodawcy została przyjęta z dużym zadowoleniem, nie tylko w mediach, w których od dłuższego czasu krytykowano pewne metody walki z kierowcami łamiącymi limity prędkości. Czy to jednak oznacza, że znikną wszelkie problemy związane z korzystaniem z tego rodzaju urządzeń?

Zanim odpowiem na to pytanie, nie od rzeczy będzie przypomnieć, że ustawodawca postanowił pozbawić straże gminne (miejskie) prawa do używania tego rodzaju urządzeń, m.in. dlatego, że wpływy z mandatów, zamiast trafiać do kas samorządów, zasilały utworzony w 2013 r. Krajowy Fundusz Drogowy. Oczywiście powodem była także potrzeba likwidacji patologii (zwrot zaczerpnięty z uzasadnienia projektu ustawy) w postępowaniu organów prowadzących czynności wyjaśniające. Argumentowano, że fotoradary służą jako ,,maszynka do robienia pieniędzy". Uzasadnienie mówi wreszcie, że żadne statystyki nie wykazują, by fotoradary, w szczególności te używane przez straże gminne (miejskie), poprawiały bezpieczeństwo na drogach.

Jak łatwo zauważyć, wszystko to dowodzi, że strażom gminnym odebrano prawo korzystania z owej ,,maszynki" głównie po to, by od tej chwili pracowała na potrzeby Skarbu Państwa.

Precz z patologią

Czas przejść do odpowiedzi na postawione wcześniej pytanie. Problem oczywiście nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tym, którym dopiekły straże gminne ustawiające fotoradary często w miejscach przywodzących na myśl filmy Barei, powiem tylko, że być może rzeczywiście nie spotkają czającego się tym razem za krzakiem inspektora Inspekcji Transportu Drogowego, a fotoradar nie będzie udawał kosza na śmieci. Nie oznacza to jednak, że fotoradarów będzie mniej albo że będą instalowane wyłącznie w miejscach, które my, kierujący, uznalibyśmy za bardziej uzasadnione. Wręcz przeciwnie...

Nie to jest jednak problem, na który chciałbym zwrócić uwagę, zastrzegając, że w ciągu ostatnich kilku lat pisałem o nim wielokrotnie, również na łamach „Rzeczpospolitej". Mowa o tym, że ujawnienie wykroczenia i jego rejestracja nie oznacza jeszcze, że sprawca zostanie ukarany. Trzeba bowiem ustalić, kto popełnił wykroczenie, co nie jest wcale proste, biorąc pod uwagę, że na szczęście właściciele pojazdów nie muszą być kierującymi.

Właściciele pojazdów wzywani są do wskazania, kto w danym czasie korzystał z należącego do nich pojazdu. Absurdalność tego pytania, gdy jego adresatem jest właściciel, niweluje nieco fakt, że na fotografii wykonanej przez fotoradar najlepiej widocznym elementem jest tablica rejestracyjna. Osoba kierującego zazwyczaj jest gorzej widoczna, a jeżeli już, to i tak nie nim przede wszystkim interesują się organy ścigania.

Wykroczenia – nie tylko w ruchu drogowym – były i są rejestrowane również przez inne organy, nie tylko przez straże gminne (miejskie). Urządzeniami do automatycznej rejestracji dysponowała i nadal dysponuje Inspekcja Transportu Drogowego, a także policja. To jednak wyłącznie postępowanie strażników miejskich spotkało się z tak powszechną krytyką, że ustawodawca postanowił pozbawić ich owych uprawnień.

Gwoli prawdy, aby ,,nie wypuścić z ręki" sprawcy wykroczenia, a w istocie jego pieniędzy, niektóre straże miejskie stosowały coś na kształt promocji. Właściciele pojazdów, którzy odmówili udzielenia odpowiedzi na pytanie, komu powierzyli pojazd do kierowania lub używania w oznaczonym czasie, mogli liczyć na niższą grzywnę, a przede wszystkim nie groziły im punkty karne. To jednak nie oznacza, że była to powszechna praktyka.

Odbierając strażom gminnym (miejskim) prawo do ujawniania wykroczeń za pomocą urządzeń rejestrujących, ustawodawca chciał zlikwidować i tę patologię. Właściciele pojazdów od kilkunastu dni nie mogą więc liczyć już na żadne, nazwijmy to, upusty, chyba że praktykę tę przejmie ITD. A ponieważ jest to organ, który jak się okazuje, posiada zaufanie władzy, ewentualne powielanie wzorców nie będzie już patologią, ale posłuży interesom Skarbu Państwa. Prawdopodobnie tak się nie stanie, za to do sądów wpłynie znacznie więcej wniosków o ukaranie właścicieli pojazdów odmawiających udzielenia odpowiedzi na interesujące ITD, ale i policję pytanie.

Nie znam statystyki, niemniej przypuszczam, że właścicieli pojazdów, którzy zdecydowali się zapłacić, aby nie otrzymać punktów karnych, było tyle samo co tych, którzy – z różnych zresztą powodów – nie przyjęli mandatu.

Są inne metody

Jak temu zaradzić? Istnieją dwa sposoby. Pierwszy, który starano się wprowadzić jeszcze w 2009 r., polegał w ogólnym zarysie na przeniesieniu niektórych wykroczeń do kategorii deliktów administracyjno-karnych. Drugi, jak się wydaje bliższy naszej tradycji prawnej, opierał się na zasadzie indywidualnej odpowiedzialności i winie sprawcy. Osobiście przeciwny jestem karaniu właścicieli tylko za to, że należący do nich pojazd brał udział w popełnieniu wykroczenia. Nie tylko dlatego, że odpowiedzialność administracyjnokarna hołduje zasadzie winy obiektywnej, co wyklucza uwzględnienie sytuacji, gdy np. jadący z chorym dzieckiem do szpitala ojciec przekroczy dopuszczalną prędkość. Istnieją ważne racje, aby coraz nowocześniejsze urządzenia kontrolujące zwłaszcza ruch drogowy nie były wykorzystywane tylko do tego, aby fotografować tablice rejestracyjne pojazdów.

Bez wnikania w szczegóły – istnieją już systemy informatyczne pozwalające ustalić – na podstawie charakterystycznych cech wyglądu – kto kierował pojazdem, i to w sposób, który z probabilistycznego punktu widzenia daje prawie stuprocentową pewność. Co więcej, mogą być wykorzystywane nie tylko na potrzeby postępowania w sprawach o wykroczenia. Znane są trudności z ujawnianiem osób dopuszczających się przestępstw i wykroczeń w trakcie chociażby imprez masowych. Systemy, które na podstawie istniejących baz danych potrafią zidentyfikować sprawcę danego zachowania, wykorzystywane są też w wielu krajach Europy. Nie ma więc powodów, by nie stosować ich w Polsce, zwłaszcza że w tym zakresie istnieje już baza danych: osób posiadających uprawnienia do kierowania pojazdem.

Pomogą komputery

We wspomnianym artykule z września 2014 r., odpowiadając na ewentualne obawy o nadmierną inwigilację, użyłem argumentu, że rozwój cywilizacji nie pozwala już na ,,ręczną" kontrolę ruchu drogowego. Z tych samych powodów korzystamy z urządzeń, które w orwellowskim świecie byłyby kojarzone z totalitarnym ustrojem. Gdyby żył współcześnie, zapewne w taki sam sposób traktowałby internet oraz wszelkie systemy identyfikacji, np. posiadaczy kont bankowych. Czy to jednak oznacza, że żyjemy w totalitarnym systemie?

Zapewne niejeden raz my, prawnicy, staniemy też przed pytaniem o granice prywatności i innych swobód obywatelskich. Jestem przekonany, że rejestracja wizerunku osoby dopuszczającej się wykroczenia drogowego oraz jej identyfikacja leży bardzo daleko przed tą granicą. Mało tego, wprowadzenie systemu komputerowej identyfikacji sprawcy wykroczenia wydaje się niezbędne, aby fotoradary spełniały swoją funkcję, a nie służyły do fotografowania tablic rejestracyjnych pojazdów.

Autor jest sędzią Sądu Rejonowego w Tarnowie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA