fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Flis: Przedwyborcze manewry z ordynacją

Zmiany ordynacji wyborczej przynoszą zazwyczaj rządzącym marginalne zyski.
Rzeczpospolita, Roman Bosiacki
Pytaniom o zmianę reguł głosowania towarzyszy niepokój o jej motywy.

W medialnych spekulacjach raz po raz powraca sprawa zmiany ordynacji wyborczej w wyborach samorządowych. Na korytarzach sejmowych prominentni posłowie partii rządzącej, na czele z szefem jej klubu, potwierdzają istnienie tego typu prac. Wypowiedzi prezesa PiS na kongresie w Przysusze również zawierały takie wątki i postulaty – nawet jeśli później już się nie powtórzyły i w sprawie wcześniej podnoszonych kwestii trudno dostrzec konsekwencję. Część z tych rozwiązań, które pojawiają się na kuluarowej giełdzie, jest względnie jednoznaczna, a część dość enigmatyczna. Jak pokazują doświadczenia reformy sądownictwa, przygotowywanie projektów w takim trybie rodzi same problemy. Jeśli jednak partia rządząca nie chce się uczyć na swoich błędach, to można spróbować zrobić za nią krótki przegląd tych propozycji, które krążą po kuluarach– zanim jeszcze przybiorą one formę projektów.

Komu to służy?

Stałym elementem wszystkich ordynacyjnych rozważań jest pytanie o motyw. Te zaś są możliwe trzy: interesy, idee i instytucje. Wiadomo, że systemy wyborcze mogą nagradzać jednych i karać drugich. Stąd nie ma wątpliwości, że jako pierwsze przychodzą do głowy interesy ugrupowania – i to nie te najbardziej długoterminowe. Polityków kuszą ordynacyjne triki, żeby nie powiedzieć: geszefty.

Czasami motywacje kończą się właśnie na tym, choć warto pamiętać, że często jako ich uzasadnienie pojawiają się idee. Idee, które w sprawie systemów wyborczych mają też swoich żarliwych wyznawców, niekoniecznie kierujących się tu doraźnymi korzyściami. Takim przykładem są zagorzali zwolennicy JOW, którzy w ich obronie potrafią podnosić sprzeczne ze sobą argumenty, traktując je jako panaceum na wszelkie choroby władzy i lekceważąc stwarzane przez nie problemy.

Najrzadsza, choć najpotrzebniejsza motywacja to troska o samą instytucję wyborów – o to, żeby szranki, w których stają politycy, motywowały ich do większego wysiłku i uczciwszych sposobów rywalizacji. By starannie układać cegły interesów i ideową zaprawą wznosić gmach dobra wspólnego. Niewątpliwie uwzględnienie interesów jest potrzebne, gdyż trudno sobie wyobrazić ugrupowanie, które w imię ogólnych idei czy dobra instytucji, wprowadza rozwiązanie, które zmniejsza jego stan posiadania.

Od strony prawno-systemowej najbardziej jednoznaczne i proste rozwiązania to likwidacja drugiej tury w wyborach gminnych włodarzy. Władzę sprawuje ten, kto w dniu wyborów uzyskuje najwięcej głosów i zdobywa urząd niezależnie od tego, czy jego poparcie sięga 80 czy 20 proc. Takie rozstrzygnięcie jest znane w Polsce z wyborów senackich oraz rad gmin. Na pewno oznaczałoby zmniejszenie kosztów organizacyjnych. Jednocześnie obecne rozwiązanie jest powieleniem wyborów prezydenckich i ma głębokie zakorzenienie w wyobrażeniach o tym, że rządzący powinien mieć poparcie większości. Nawet jeśli praktyka pokazuje, że połowa głosów w drugiej turze, w związku ze spadkiem frekwencji, byłaby równoznaczna ze zdobyciem 40 proc. w pierwszej turze.

Politycy obozu rządzącego liczą tu pewnie na swoją przewagę nad rozbitą opozycją. Jeśli spojrzeć na wyniki wyborów z 2014 r., to okazuje się, że płynące z takiego rozwiązania zyski tej partii byłyby zupełnie marginalne. Po uwzględnieniu wielkości miejscowości (wszak prezydent Warszawy ma jednak trochę więcej władzy niż burmistrz najmniejszej polskiej gminy – Krynicy Morskiej) takie rozwiązanie poprzesuwałoby wyniki w różnych miejscach, lecz zasięg władzy PiS zwiększyłby się ostatecznie o 0,7 proc. populacji kraju – czyli coś jak jedno miasto wielkości Gdyni. Trudno to uznać za grę wartą świeczki. Tym bardziej, że zdecydowanie przesunęłaby wyborczą równowagę na korzyść urzędujących włodarzy zabiegających o reelekcję. To im jest łatwiej zintegrować swoje obozy władzy, podczas gdy pretendenci startują z reguły w większej liczbie i dopiero najlepszy z pierwszej tury pokonuje włodarza w drugiej turze. Wielką niewiadomą byłoby natomiast to, jakim impulsem dla integracji lokalnych scen politycznych byłoby takie rozwiązanie. Być może warto byłoby je rozważać właśnie z takiego punktu widzenia, zastępując np. drugą turę oficjalnymi, przeprowadzonymi przez państwo prawyborami w liczących się partiach, jak ma to miejsce w USA. Jedno jest pewne: jeśli ktoś czy to miał nadzieję, czy też się obawiał, że zwiększy to władzę partii rządzącej, to nie jest to obietnica, którą można by wyczytać z przebiegu wyborów 2014. Potwierdzają to także ostatnie wybory uzupełniające w Stargardzie i Nowogrodzie.

Powroty JOW

Jarosław Kaczyński poruszył w Przysusze sprawę likwidacji JOW. Z prawnego punktu widzenia jest to też teoretycznie proste – można wrócić do wcześniejszego rozwiązania. Zapewne w jednym czy w drugim mieście partia poniosła z tego tytułu bolesne straty i działacze wyrobili sobie na tej podstawie opinię, którą zaszczepili partyjnemu kierownictwu. Jeśli jednak porównać wyniki sejmowych partii we wszystkich gminach, gdzie w 2014 roku wprowadzono JOW w miejsce ordynacji proporcjonalnej, to straty, które z tego tytułu poniosło PiS, są absolutnie marginalne – ogólny bilans przesunął się na niekorzyść PiS o 12 z 5543 radnych, których wybiera się w takich gminach.

Dzieje się tak dlatego, że sytuacja sejmowych w partii, w samorządach nie układa się w prosty wzór. Średnio PiS i PO w gminach innych niż miasta-powiaty uzyskują około 1/6 poparcia i niewielu mniej radnych. Jednak wartości te mocno się wahają i są takie miejsca, w których zdobywają 60 proc. głosów i to im przypadają nagrody generowane przez system wyborczy – i ten stary, i ten nowy. Są też takie, w których uzyskują mniej niż 10 proc. i wtedy nawet powrót do starego systemu nie daje im żadnych szans na zdobycie jakiejkolwiek reprezentacji. Nie sposób uciec tu od pytania, czy tych dodatkowych 12 radnych jest wartych otwartego konfliktu z Pawłem Kukizem – jedynym potencjalnym koalicjantem PiS – i wszystkimi Polakami, którzy popierali to rozwiązanie w referendum 2015 roku. Można lekceważyć samo referendum z 7-proc. frekwencją, jednak ci, którzy w tym referendum popierali JOW, to 12 proc. tych obywateli, którzy wzięli udział w wyborach sejmowych.

To mniej więcej tyle, ile wyniosła przewaga PiS nad tracącą władzę PO. Szczegółowe badania pokazują, że wybory te rzeczywiście przechyliły szalę na rzecz lokalnych partii władzy.

Za wysokie progi?

Z wyborem rad większych jednostek wiążą się kolejne spekulacje – o możliwych zmianach progów wyborczych. Także tutaj pojawiają się głosy, które nie biorą pod uwagę tego, z jak złożonym mechanizmem mamy do czynienia. Na przykład w miastach-powiatach w wyborach 2014 roku PO i PiS zdobywały niemal idealnie taki sam procent głosów, czyli 27 – niewiele ponad 1/4. Tu też jednak różnice są kolosalne – wyniki wahały się w przypadku PiS od 14 proc. w Opolu do 39 proc. w Nowym Sączu, zaś w przypadku PO jeszcze bardziej– od 10 proc. w Łomży do 48 proc. w Gdańsku. Te rozwiązania, które wspierają daną partię tam, gdzie jest słaba, jednocześnie osłabiają ją tam, gdzie jest mocna. Wszystkie spekulacje dotyczące zmiany progów, czy to w skali całej jednostki czy okręgu, absolutnie nie uwzględniają tego, że przy liczbach radnych i wielkościach okręgów, z którymi mamy do czynienia w polskich samorządach, naturalne progi wyborcze są wielokrotnie wyższe niż te ustawowe. W ekstremalnym przypadku mandatu nie zdobyło ugrupowanie mające 24 proc. poparcia.

Nie ma w tym jednak niczego podejrzanego, jeśli zauważy się, że w tym okręgu mandat uzyskiwało tylko trzech radnych, a dwa pozostałe ugrupowania miały poparcie 50 i 25 proc. W takim układzie trudno wymagać, aby ugrupowanie reprezentujące mniej niż 1/4 wyborców miało jednego z trzech radnych.

Podobnie w przypadku manipulacji granicami okręgów wyborczych. Tutaj również strach ma wielkie oczy. Tego typu triki, powszechne w USA, bywają skuteczne wtedy, gdy mamy do czynienia z dwoma partiami o bardzo ustabilizowanym, przewidywalnym i przywiązanym do terytorium poparciu. W warunkach polskiego systemu partyjnego z wieloma partiami o bardzo chwiejnej bazie tego typu manewry nie są w stanie zapewnić nikomu niczego.

Jeszcze większe zdziwienie muszą budzić spekulacje dotyczące ograniczenia startu komitetów w lokalnych wyborach. Pomijając to, że kwestia ta jest dość jednoznacznie zapisana w konstytucji, to gdyby jednak przepchnąć przez Sejm i Trybunał Konstytucyjny jakąkolwiek regulację wykluczającą komitety inne niż ogólnopolskie z wyborów samorządowych, to tego typu rozwiązania i tak byłyby nieskuteczne. Ktoś znajdzie środki na utworzenie komitetu otwartego na wszelkie lokalne inicjatywy i tym samym dającego im szansę na samodzielny start.

Są natomiast dwie sprawy warte szczególnej uwagi, nawet jeśli nie wzbudzają takich emocji jak marzenia o podkręceniu wyniku w wyborach. Pierwsza to sprawa organizacji prac komisji. Rzeczywiście proste i spektakularne rozwiązania, takie jak transmisja prac komisji online, wydają się łatwe do wprowadzenia i zgodne z oczekiwaniami opinii publicznej.

Znacznie poważniejszym problemem jest sprawa kształtu karty do głosowania. Pozostawienie książeczki, nawet po dodaniu do niej spisu treści czy okładki, wiąże się z kolosalnym ryzykiem wystąpienia nieprawidłowości. PKW najwyraźniej jest bardzo przywiązana do książeczki – zorganizowane przez nią konsultacje pokazały jednak, że ułatwienie dla osób niewidomych w postaci nakładki braille'owskiej jest w przypadku książeczki całkowicie iluzoryczne, zaś dla płachty jedynie bardzo uciążliwe. Jest to jednak problem, który nie powinien przyćmić kluczowej sprawy, czyli niebezpieczeństwa wypaczenia wyników przez ukierunkowanie głosów oddawanych przez tych wyborców, którzy fatygują się do urn, aby głosować w wyborach gminnych, a wybory powiatowe i sejmikowe uważają za zdecydowanie mniej ważne i głos oddają przypadkowo.

Kwestie ordynacji wyborczej wymagają elementarnej otwartości polityków na gromadzoną już w państwie polskim wiedzę. W minionych latach Narodowe Centrum Nauki przyznało przynajmniej trzy granty na badania związane z samorządowym prawem wyborczym. Nic nie wskazuje na to, aby istniejące partie miały ochotę skorzystać z takich wyników – czy w ogóle miały świadomość, że takie analizy są już opłacane z pieniędzy podatnika. Próby majstrowania w półmroku sejmowych korytarzy są na pewno szkodliwe, a także niebezpieczne dla samych zainteresowanych. Bardzo łatwo przysporzyć sobie wrogów, nie uzyskując nic w zamian. Uważne przyjrzenie się problemowi mogłoby powstrzymać panikę opozycji, która pojawia się za każdym razem, gdy temat ten wraca do publicznej debaty. Ale też wylać kubeł zimnej wody na głowy tych wszystkich w obozie władzy, którym marzy się podkręcenie pozycji w nadchodzących wyborach. Wiele badań wskazuje na różne problemy, które wiążą się z wyborami samorządowymi w Polsce. Ale wskazują też na to, że nie są to problemy, które poddają się łatwej regulacji.

Autor jest socjologiem, dr. hab. w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UJ

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA