fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Migalski: PiS chce, żeby świat bał się naszego kraju

Jarosław Kaczyński w polityce międzynarodowej jest człowiekiem pióra a nie czynu
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Sprawami zagranicznymi rządzą politycy przeczuleni na punkcie własnej wartości.

Polskie MSZ to w istocie resort spraw wewnętrznych, nasi dyplomaci to psychologowie obsługujący humory Jarosława Kaczyńskiego, a prezes PiS to człowiek przedkładający ponad realne interesy kraju swoje urojenia i poczucie wartości.

Premier zrywa szczyt

Gdy w nocy z czwartku na piątek przeglądałem czeskie media, trafiłem na informację, w którą na początku nie potrafiłem uwierzyć. Przeczytałem ją kilka razy, chcąc się upewnić, że późna pora i zmęczenie nie wpływają na to, że widzę coś, co nie istnieje. Ale nie, informacja, którą dzielił się na Twitterze korespondent czeskiej telewizji, była oczywista i jasna: polski rząd próbował zerwać spotkanie Grupy Wyszehradzkiej z nowym prezydentem Francji, z powodu jego słów krytyki pod adresem liderów państw Europy Środkowej, wyrażonymi w wywiadzie prasowym. Beata Szydło, według czeskiego korespondenta, sondowała, czy premierzy Czech, Słowacji i Węgier gotowi byliby do uczynienia afrontu Macronowi i odmowy udziału w spotkaniu z nim.

Przyznam, że nim podzieliłem się tą informacją z moimi followersami, pomyślałem, że wracamy do żenujących sytuacji sprzed dekady, gdy Lech Kaczyński zrywał szczyt Trójkąta Weimarskiego ze względu na ukazanie się w satyrycznym piśmie niemieckim żartów z niego oraz z jego mamy. Ten sam poziom infantylizmu, tromtadracji, buńczuczności i zdziecinnienia; to samo poczucie zaambarasowania poziomem polskich liderów; ta sama refleksja, że jesteśmy więźniami polityków żyjących swoimi obsesjami, fobiami, wizjami i uprzedzeniami.

Nikt nie może mieć wątpliwości, że pomysł „ukarania" prezydenta Francji nie wyszedł od Szydło. Jest oczywistym, że musiał na niego wpaść sam Kaczyński. Bo tak właśnie wyobraża sobie asertywność w polityce międzynarodowej, takie środki jawią mu się jako adekwatne, tak widzi skuteczną walkę o pozycję Polski w świecie. Że to naiwne i anachroniczne? Że wyniesione z dzieł Sienkiewicza i Mickiewicza? Że godne nauczyciela historii w prowincjonalnym gimnazjum? I cóż z tego, jeśli Polska znalazła się w sytuacji kraju ubezwłasnowolnionego i uzależnionego od woli, mniemań, kaprysów i dąsów jednego starzejącego się publicysty.

Tak, publicysty. Bo prezes PiS w polityce zagranicznej jest właśnie człowiekiem pióra, a nie czynu. Pod hasłem wstawania z kolan rozumie przede wszystkim szacunek i prestiż, jakim Rzeczpospolita ma się cieszyć na zewnątrz. O wiele mniej interesuje go to, jak realnie wygląda jej pozycja i jak realizowane są jej interesy. Choć sam powtarza do znudzenia, że nie należy się przejmować tym, co się o nas mówi, to jest politykiem najbardziej chyba uzależnionym od opinii o Polsce i o nim samym. To dlatego w kampanii wyborczej snuł plany produkcji hollywoodzkich filmów o polskiej historii czy też powołania agencji zajmującej się image'em Polski za granicą. To dlatego rząd tak intensywnie walczy z używaniem sformułowań o „polskich obozach śmierci". I to dlatego Beata Szydło chciała zerwania szczytu V4 z Macronem po jego wywiadzie prasowym.

PiS jak PO

Gdyby Kaczyński przejmował się nie swoim i Polski prestiżem, lecz rzeczywistością polityczną, to walczyłby z decyzją Komisji Europejskiej o dopuszczeniu do budowy Nord Stream 2 lub z przepisami o pracownikach delegowanych. Obie sprawy boleśnie uderzają w interesy Polski i Polaków, ale jakoś chyba mało obchodzą polską dyplomację. O wiele bardziej ekscytuje się ona wypowiedzią prezydenta Francji czy kolejnym krzywdzącym nas artykułem prasowym. W imię wojny o dobre imię naszego kraju poświęcana jest realna pozycja Polski oraz konkretne interesy jej obywateli.

Cały obóz rządzący postępuje zatem dokładnie tak, jak postępowała, w jego opinii, Platforma Obywatelska. Bo właśnie uleganie zbytniej trosce o image i wizerunek zarzucał poprzednikom Kaczyński. Ale przecież on i jego ludzie robią dokładnie to samo! To oni są więźniami dbałości o to, co się o nas mówi i pisze. Różnica zasadza się jedynie w tym, że o ile Platformie zależało na tym, by nas lubiano, o tyle PiS-owi zależy, by się nas bano i szanowano. Uczucia to nieco odmienne, ale metoda identyczna – walka o to, jak jesteśmy postrzegani.

Kompleks wyższości

Trzeba powiedzieć jasno: naszą dyplomacją rządzą politycy przeczuleni na swoim punkcie, z wyśrubowanym poczuciem własnej wartości/braku wartości, z kompleksem wyższości/niższości i problemami w ocenie samych siebie. Jarosław Kaczyński, Andrzej Duda, Witold Waszczykowski: wszyscy oni nie uprawiają dyplomacji, lecz oddają się terapii psychologicznej, leczą swoje głęboko skrywane problemy emocjonalne i autoterapeutyzują się za pomocą narzędzi w normalnych państwach przynależnych dyplomacji. Każdy z nich z różnych przyczyn i na odmienne nieco sposoby używa instrumentów politycznych znajdujących się w jego dyspozycji do zaspokojenia swoich potrzeb psychologicznych, a nie do walki o nasze interesy.

Duda określający się jako „niezłomny", coraz bardziej zapalający się w swoich przemówieniach, strojący srogie miny tak bardzo kontrastujące z jego realną pozycją Adriana w „Uchu prezesa"; Waszczykowski szukający każdej okazji do zaostrzenia, a nie złagodzenia tonu, używający języka ostrej publicystyki, a nie dyplomacji, chcący na każdym kroku podlizać się prezesowi PiS; wreszcie sam Kaczyński strojący się w mundur Marszałka, pozujący na współczesnego Hioba, widzący się jako inkarnacja największych „duchów polskich": cała trójka używa narzędzi dyplomatycznych do zaspokojenia swoich problemów wewnętrznych, a nie do walki o nasze pieniądze i nasze interesy.

Nie jest to zupełnie zaskakujące. Od zawsze prezes PiS mówił o tym, że jednym z najbardziej niesprawiedliwych zjawisk w III RP była fałszywa dystrybucja prestiżu. Mówiąc w skrócie – szanowani i poważani byli nie ci, którzy w jego oczach na to zasługiwali. Na przykład on i jego brat. Dlatego dzisiaj posuwa się do absurdalnych stwierdzeń, że tak naprawdę to Wałęsa nie był w Solidarności najważniejszy, bo całym związkiem kierował Lech Kaczyński. Boli go na pewno, że o ile wielu jego dzisiejszych przeciwników, których obecnie wyzywa od komunistów i złodziei, 13 grudnia 1981 roku przywitało w więzieniach i „internatach", o tyle on w łóżku w domu mamy. Wciąż walczy z „fałszywą dystrybucją prestiżu", przesuwając to pojęcie już to na siebie i swego brata, już to na całą Polskę. To pod jego rządami, by stać się szefem IPN, trzeba było twierdzić, że wykonawcami zbrodni w Jedwabnem byli Niemcy. A by utrzymać wysoką pozycję w PiS, należy uczestniczyć systematycznie w miesięcznicach smoleńskich lub przynajmniej w swoim okręgu wyborczym postawić pomnik byłego prezydenta wraz z małżonką.

Nie może dziwić, że polska dyplomacja chciała zerwać spotkanie V4 z Macronem. To oczywista konsekwencja tego, że wstawanie naszego kraju z kolan nie ma się odbywać w politycznej rzeczywistości, lecz w sferze słów i symboli. Polska nie ma być bogata i wpływowa, nie musi być ważnym uczestnikiem gry politycznej, niekoniecznie ma się włączać w dyplomatyczne sojusze. Ona ma być wielka w oczach i umysłach podziwiających ją widzów. Ze szczególnym uwzględnieniem oczu i umysłu Jarosława Kaczyńskiego.

Autor jest doktorem politologii na UŚ, byłym eurodeputowanym PiS.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA