fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Rewolucyjny zapał PiS-u opadł

prezes PiS Jarosław Kaczyński
PAP/Artur Reszko
Politycy PiS już nie są wygłodniałym wojskiem, wolą cieszyć się dostatkiem.

W zalewie codziennych wydarzeń, medialnych potyczek, sejmowych starć umyka nam ważny fakt – koniec pisowskiej rewolucji. Dzieje się bardzo wiele, ale de facto wypalił się żar płynący z Nowogrodzkiej do przebudowy naszego życia we wszystkich jego wymiarach. Być może zresztą sam żar jeszcze się tli i kiedyś wybuchnie (o czym na końcu tekstu), ale warunki jego podtrzymywania stały się dla Jarosława Kaczyńskiego o wiele trudniejsze niż jeszcze kilka miesięcy temu. Dlatego właśnie aż do następnych wyborów parlamentarnych będziemy mieli do czynienia raczej z wojną w sferze słów niż z rzeczywistą zmianą społeczną.

Oczywiście – nadal będziemy świadkami wojen toczonych w Sejmie oraz w studiach telewizyjnych, wciąż spółki Skarbu Państwa będą obsadzane przez nieudolnych nominatów partyjnych, nie skończą się psucie wszystkich instytucji państwowych oraz próby zawłaszczenia ich przez partie rządzące, ale wielkich zmian już się nie doczekamy. Będziemy raczej oglądać procesy gnilne, konsumowanie renty władzy, moszczenie się na wygodnych synekurach niźli rewolucyjne zmiany i powiew nowych pomysłów.

Dobrym przykładem jest „mój" resort, czyli MEiN – nadal Przemysław Czarnek będzie prowadził swoją obskurancką batalię (próbując zmieniać kanon lektur, wygłaszając co bardziej kołtuńskie komentarze, dowartościowując punktowo czasopisma, w których mogłyby się znaleźć jego zawstydzające ilościowo i jakościowo artykuły, promując „familiologię" i biblistykę kosztem fizyki, chemii czy biologii), ale wszystko to będzie raczej śmieszne i pokraczne niż niebezpieczne i skuteczne.

Pani kurator Nowak nie zaprzestanie swojej obrzydliwej działalności i nie porzuci języka nienawiści, ale poza szkodzeniem niektórym podległym sobie nauczycielom i dyrektorom niewiele zrobi. Będą powstawać łże-uniwersytety, na których królować będzie zabobon, przesądy i poglądy rodem z lat 30. ubiegłego wieku, ale nie zatrzyma to badań i działalności prawdziwych naukowców na prawdziwych uczelniach wyższych i w instytutach badawczych.

Dlaczego pisowska rewolucja się skończyła? Przede wszystkim ze względu na kłopoty Kaczyńskiego z zachowaniem większości sejmowej. Każda nowa zmiana wymaga obecnie żmudnych negocjacji z Jarosławem Gowinem oraz Zbigniewem Ziobrą (lub omijania ich przez jeszcze bardziej koronkowe pozyskiwanie głosów drobnicy parlamentarnej od Kukiza po małe koła poselskie). To nie sprzyja zapałowi do głębokich zmian, ale raczej trwaniu przy władzy.

Poza tym zaszła zmiana w działaczach PiS. Po sześciu latach rządzenia każdy z nich jest sytym kotem spasionym na państwowych posadach i ostatnią rzeczą, o której marzą, jest rewolucja. Oni chcą, by obecna sytuacja trwała w nieskończoność, pozwalając im na pałaszowanie fruktów z publicznej spiżarni, bronienie lub poszerzanie swoich stref posiadania oraz korzystanie w pełni z posiadanej pozycji. To już nie jest wygłodniałe wojsko, które pomagało prezesowi zdobywać władzę w 2015 r. – przypominają raczej grupę zadowolonych z życia sybarytów, których jedynym pragnieniem jest spokojne cieszenie się dostatnim życiem.

Jest wreszcie zwyczajny opór materii – każdy polityk wcześniej czy później przekonuje się, że jego wola ma ograniczenia, nawet jeśli jest to wola Kaczyńskiego. Co rusz przekonuje się on o tym, co na pewno nie wprawia go w dobry nastrój. Wiele razy na naszych oczach przegrywał (co oczywiście skrzętnie ukrywa pod brutalnym językiem) i chyba nawet on zrozumiał, że wielkich zmian (na miarę 500+) nie da się obecnie przeprowadzić (Polski Ład dopiero jest w trakcie prezentacji i wcale nie jest jasne, co z niego realnie obóz władzy zdoła wcielić w życie). Pozostaje zatem wojna ideologiczna, obrażanie innych, medialne i sejmowe potyczki – ale nic więcej. Rewolucja się wypaliła.

Oczywiście – nie można wykluczyć, że właśnie w takiej sytuacji prezes PiS zdecyduje się na ucieczkę do przodu i na wywoływanie jeszcze brutalniejszych konfliktów, niż miał to w zwyczaju do tej pory. Wszak podręczniki, na których się wychowywał, mówią, iż w miarę postępów socjalizmu walka klasowa się zaostrza. Coraz bardziej widać, że jego imaginarium zostało ukształtowane w PRL i jest on więźniem ówczesnych toposów, pojęć, wartości i znaczeń. Może zatem pójść właśnie w kierunku intensyfikacji wewnętrznej wojny, ale nawet jeśli tak się stanie, to będzie miała ona jedynie wymiar symboliczno-słowny, a nie realny i instytucjonalny.

To, że obecnie rewolucja nie ma szans za zapłonięcie pełnym blaskiem, nie oznacza, iż zupełnie inna sytuacja nie nastąpi po wyborach 2023 roku. Bo rzeczywiście – teraz Zjednoczona Prawica nie ma możliwości kontynuowania swoich działań na miarę tego, czego dokonywała w pierwszej kadencji, ale jeśli prezesowi PiS udałoby się zwyciężyć w najbliższej elekcji parlamentarnej (co wciąż jest realne, biorąc pod uwagę mizerię opozycji), to wówczas nie zawaha się przed ponownym roznieceniem rewolucyjnego żaru, z partią już może nieco odmienioną, przewietrzoną, odmłodzoną i bardziej chętną do nowego podziału ideologicznego i państwowego tortu. Ale to stać się może dopiero po nowym wyborczym rozdaniu. Do tego momentu czeka nas to, co obecnie – postrewolucyjna stagnacja, mała stabilizacja i konsumowanie władzy przez otyłych politycznie byłych rewolucjonistów.

Autor jest politologiem, profesorem Uniwersytetu Śląskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA