fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Wielka Brytania mniej ważna niż Meksyk

AFP
Zwolennicy Brexitu liczą na status byłego członka Unii. Prawnie to trudne, politycznie – ryzykowne.

Korespondencja z Brukseli

Pozwólcie Wielkiej Brytanii odejść w pokoju – zaapelował na łamach dziennika „Financial Times", biblii eurokratów, jego uznany publicysta Wolfgang Munchau. Pisze o pokusie odegrania się na krnąbrnych Brytyjczykach (żywej we Francji), do której dochodzi przekonanie, że im bardziej utrudni im się życie po wyjściu z UE, tym bardziej zniechęci się innych do naśladowania Brexitu.

Munchau argumentuje, że to zła strategia i należy jak najlepiej ułożyć relacje UE–Wielka Brytania i dać Wyspiarzom dobrą ofertę. To jednak będzie bardzo trudne. Jest wiele modeli relacji UE ze światem zewnętrznym, ale żaden z nich nie gwarantuje krajowi trzeciemu lepszego traktowania, niż mają zapewnione państwa członkowskie. A tego zdają się oczekiwać zwolennicy Brexitu.

Czas na dyplomację e-mailową

W debacie o opuszczeniu Unii przez Wielką Brytanię najczęściej wymienia się model zakładający członkostwo w Europejskim Obszarze Gospodarczym (EOG) razem z Norwegią, Islandią i Liechtensteinem. Miałoby ono pozwolić Wielkiej Brytanii na uczestnictwo we wspólnym unijnym rynku, którego korzyści są oczywiste nawet dla eurosceptyków, bez konieczności angażowania się w polityczną integrację. Taki model ma jednak cechy nie do przyjęcia dla dumnych Brytyjczyków. Wymagałby od nich utrzymania wpłat do unijnego budżetu oraz pozostawienia granic otwartych na przepływ siły roboczej w UE, a to są właśnie powody, dla których Brytyjczycy chcą z Unii wyjść.

Co więcej, jeśli teraz narzekają, że czasem się ich przegłosowuje i narzuca niekorzystne dla nich rozwiązania, to w Europejskim Obszarze Gospodarczym byłoby jeszcze gorzej. Nie mieliby żadnego wpływu na decyzje dotyczącego rynku wewnętrznego, którym potem musieliby się w pełni podporządkować. Norwegowie nazywają to dyplomacją faksową, bo nowe regulacje są im komunikowane faksem. Teraz być może preferencje uzyskała komunikacja elektroniczna i byłaby to „dyplomacja e-mailowa", ale różnica jest wyłącznie techniczna.

Suwerenność odzyskaliby wyłącznie rolnicy i rybacy, bo kraje EOG nie uczestniczą w unijnej wspólnej polityce rolnej i rybołówstwa. Chyba jednak nie o taką suwerenność chodzi zwolennikom Brexitu.

Co ważne, Europejski Obszar Gospodarczy wcale nie jest najłatwiejszą opcją. Słychać czasem argument, że Wielka Brytania mogłaby w nim uczestniczyć, zanim wynegocjuje dla siebie coś specjalnego. Nie, nie mogłaby. Wychodząc z UE, automatycznie wychodzi też z EOG, bo jego członkami są tylko kraje Unii oraz wspomniane Norwegia, Islandia i Liechtenstein.

Pewną wariacją jest model szwajcarski, o którym też wspomina się w obecnej debacie. Faktycznie jest on jednak gorszy niż EOG, bo nie daje dostępu do wspólnego rynku usług, co jest kluczowe dla londyńskiego City. A też wymaga przyjęcia unijnego prawodawstwa.

Paryż lub Frankfurt nowym Londynem

Krok dalej od EOG czy Szwajcarii, ale ciągle w obszarze specjalnych relacji, miałby być inny model, którym cieszy się wiele państw na świecie: umowy o wolnym handlu z UE. Mowa tu o unijno-brytyjskim porozumieniu na wzór negocjowanego właśnie ze Stanami Zjednoczonymi TTIP: oznacza ono nie tylko zniesienie ceł, ale ułatwienia w przepływie usług, dostęp do przetargów publicznych, ułatwienia regulacyjne itp.

To teoretycznie możliwe i nie powinno być tak trudne do wynegocjowania jak przegrany już właściwie TTIP; przecież w punkcie wyjścia Wielka Brytania i UE mają te same regulacje i otwarte są na wzajemny przepływ towarów i usług. Wiele tu jednak zależy od woli politycznej zaoferowania Brytyjczykom czegoś specjalnego. Poza tym negocjacje mogą być utrudnione faktem, że Londyn nie ma przecież żadnych negocjatorów ds. handlu międzynarodowego. 43 lata temu kompetencje w tym zakresie oddał bowiem Brukseli.

O ile kwestia wynegocjowania niższych czy zerowych stawek celnych nie powinna być problemem, bo jest w interesie obu stron, o tyle już przepływ usług finansowych będzie budził sporo kontrowersji. W UE są już ośrodki – jak Paryż czy Frankfurt – które mają nadzieję przejąć część interesów banków ulokowanych w Londynie. Wreszcie „brytyjski TTIP" regulowałby tylko kwestie handlowe, nie oznaczałby pełnego dostępu do rynku wewnętrznego UE.

Bez specjalnych porozumień?

Jeszcze inną opcją, rzadziej wymienianą w debacie, jest unia celna, którą UE obecnie ma z Turcją, Monako, San Marino oraz Andorą. Pozwoliłaby ona całkowicie znieść cła w wymianie towarowej.

Idąc tym tropem, najbardziej skrajnym rozwiązaniem, o którym jednak mówi wielu zwolenników Brexitu, jest nienegocjowanie żadnego specjalnego porozumienia i oparcie relacji Unia Europejska–Wielka Brytania na wspólnym członkostwie w Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Gwarantowałoby to obniżone stawki celne i zakaz dyskryminacji handlowej w wymianie towarowej, ale nic poza tym. Naprawdę trudno sobie wyobrazić, żeby relacje między tak bliskimi sobie gospodarczo partnerami zostały sprowadzone do tak niskiego poziomu. Niższego niż stosunki np. z Meksykiem.

Siedem lat, a może więcej

Modeli do wyboru jest więc wiele, ale żaden z nich nie daje Wielkiej Brytanii tego, czego by chciała: nieograniczonego dostępu do rynku wewnętrznego UE, może nawet wpływu na podejmowane decyzje bez konieczności płacenia składek do unijnego budżetu i bez otwarcia granic na przepływ osób, w tym chętnych do pracy. I każdy z nich, poza ostatnim opartym na członkostwie w WTO, wymaga długich i skomplikowanych negocjacji.

Kiedy Donald Tusk mówił o siedmiu latach na uregulowanie wzajemnych relacji, to nie przesadzał, niektórzy dyplomaci uważają, że może to potrwać jeszcze dłużej. Nie można być jedną nogą w UE, ciesząc się oferowanymi korzyściami, a drugą poza, rezygnując z realizowania zobowiązań wynikających z członkostwa w Unii.

Wielka Brytania jest wielkim i ważnym krajem i trudno sobie wyobrazić, żeby zdecydowała się na model norweski lub szwajcarski, zawierający jednak element wyraźnego podporządkowania tych dwóch krajów decyzjom Brukseli. Będzie chciała wynegocjować dla siebie specjalny status: byłego członka UE. Pomijając ogromne przeszkody prawne (trudno raczej mówić o specjalnym statusie dla kraju trzeciego bez zmiany unijnych traktatów), nie widać w Unii politycznej woli dla takiego rozwiązania. Byłoby to zbyt kuszące dla eurosceptyków w innych krajach UE.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA