fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Aleksander Hall: Polacy mogą wyjść na ulice

Fotorzepa, Robert Gardziński
W warunkach epidemii protestów przeciw władzy nie będzie, ale potem Polacy mogą wyjść na ulice.

Jakie wnioski należy wyciągnąć z przeforsowania w Sejmie przez Jarosława Kaczyńskiego ustawy wprowadzającej powszechne wybory korespondencyjne?

Po pierwsze. Została uchwalona ustawa sprzeczna z konstytucją, oddająca pani marszałek Sejmu (a w rzeczywistości Jarosławowi Kaczyńskiemu) decyzję o terminie wyborów prezydenckich i wprowadzająca zasadniczą wątpliwość co do uczciwości wyborów. To, że nie będą one powszechne, równe, bezpośrednie, to oczywistość. Czy będą tajne? Obecnie nie wiemy.

Po drugie. Nie powinniśmy być zaskoczeni. Ustawa o zmianie wyborów to ważny, ale tylko etap w procesie faktycznej zmiany ustroju państwa, trwającym od pierwszych tygodni po objęciu władzy przez rząd Prawa i Sprawiedliwości jesienią 2015 roku. Centralna władza polityczna, kierowana przez prezesa PiS-u, przejmowała coraz więcej kompetencji, niejednokrotnie łamiąc konstytucję i wielokrotnie ją naciągając. Było to możliwe, gdyż PiS dysponował parlamentarną większością, która realizowała wolę swego przywódcy.

Po trzecie. Jarosław Gowin przegrał starcie o podmiotowość swej partii. To także nie powinno nas dziwić. Jego partia w wyborach parlamentarnych w 2015 i w 2019 roku startowała pod szyldem Prawa i Sprawiedliwości. Była ugrupowaniem satelitarnym. Taki status nie sprzyja kształtowaniu poczucia samodzielności i sprawczości. Jest oczywiste, że w sytuacji rzeczywistego konfliktu pomiędzy hegemonem i satelitą warunki będzie dyktował ten pierwszy. Jarosław Gowin znalazł się po prostu w swej partii w mniejszości. Większość posłów Porozumienia nie chce tracić stanowisk i szans na reelekcję, wybierając bardzo ryzykowną polityczną podmiotowość.

Jarosław Kaczyński jest zresztą mistrzem w sztuce łamania charakterów ludzi politycznie od siebie uzależnionych. Tę metodę stosuje od wielu lat. Trzeba więc przyjąć do wiadomości: w partii Gowina większość ma Jarosław Kaczyński. Sądzę, że tylko kwestią czasu jest formalny podział Porozumienia.

Po czwarte. Rozwiewają się nadzieje, że w rządzie PiS jest przynajmniej jeden sprawiedliwy: Łukasz Szumowski, minister zdrowia. Przyznaję, że także na mnie robił wrażenie poważny ton jego oświadczeń. Jego zatroskana twarz budziła zaufanie. Chcieliśmy zapomnieć, że ponosi niemałą część odpowiedzialności za dramatyczne braki w zaopatrzeniu służby zdrowia.

Szumowski zawiódł także, nie zabierając głosu w sprawie terminu wyborów prezydenckich. Nie jest prawdą, że mamy na to jeszcze czas. Trzymanie Polaków w niepewności w tej ważnej sprawie państwowej, w czasach zarazy, jest nieodpowiedzialne. Wybory to zbyt poważna sprawa, aby obywatele o ich terminie dowiadywali się za pięć dwunasta. Poseł Szumowski głosuje w Sejmie zgodnie z wolą prezesa PiS. Wiele więc na to wskazuje, że jest jeszcze jedną figurą w jego teatrze marionetek.

Po piąte. Poruszam sprawę najpoważniejszą. Obecnie rzadziej zdarzają się klasyczne zamachy stanu, dokonywane przez wojsko. Znacznie częściej spotykamy sytuację, gdy legalnie wybrani liderzy ograniczają demokrację, jednocześnie zapewniając o jej znaczeniu i wypełnianiu woli suwerena. Najczęściej dzieje się to etapowo, co utrudnia obywatelom przywiązanym do wolności ustalić moment, w którym Rubikon został przez władzę przekroczony. Przyzwyczailiśmy się przecież do tego, że konstytucję można trochę łamać.

Dziś mamy do czynienia z nową sytuacją. Do tej pory wielu Polaków uważało, że PiS szanuje przynajmniej jedną zasadę: wolne wybory. Nawet najwięksi krytycy PiS-u nie kwestionowali uczciwości wyborów, które dały władzę tej partii w 2015 i w 2019 roku. Nikt nie kwestionował też faktu, że Andrzej Duda został prezydentem dzięki demokratycznemu wyborowi Polaków.

Jeśli Andrzej Duda uzyska reelekcję w wyborach, w których jego konkurenci nie mogli prowadzić kampanii, w wyborach organizowanych przez rząd, w wyborach w oczywisty sposób niezgodnych z wymogami konstytucyjnymi, mówiącymi o głosowaniu powszechnym, równym, bezpośrednim i tajnym, Polska podzieli się na tych, którzy będą uważali Andrzeja Dudę za legalnego prezydenta, i na tych widzących w nim uzurpatora.

W warunkach epidemii nie dojdzie do masowych protestów, ale co będzie, gdy epidemia minie, a bardzo wielu z nas uzna, że zabrano nam możliwość demokratycznego wybierania władzy? Gniew będzie wzmacniany przez poczucie krzywdy ludzi, którzy nie otrzymali pomocy od państwa w kryzysie, ludzi, którzy poczuli się oszukani przez propagandę sukcesu władz i mediów rządowych. Zbiorowy gniew i poczucie, że władzy nie można zmienić drogą demokratycznych procedur, mogą doprowadzić do scenariusza, którego bardzo nie życzę mojej Ojczyźnie. Nie chcę, aby na ulicach miast popłynęła krew. Niestety, polityka prowadzona przez prezesa PiS niebezpiecznie ten scenariusz uprawdopodobnia. Trzeba więc bić na alarm, póki nie jest za późno.

Autor jest historykiem i politykiem, w czasach PRL był działaczem opozycji antykomunistycznej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA