fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Tomasz Krzyżak: Hierarcha na pierwszej linii

Metropolita krakowski od kilku lat odwołuje się w homiliach do „czerwonej zarazy” z wiersza Józefa Szczepańskiego
Rzeczpospolita/ Piotr Guzik
Cztery lata temu abp Jędraszewski „subtelnie” wspierał PiS w kampanii. Dziś sympatii już nie kryje.

Polskie świątynie pełne są kapłanów, którzy na okrągło powtarzają te same homilie. W wielu przypadkach można założyć się o duże pieniądze, że mówca wykorzysta jeden ze swoich słynnych bon motów, posłuży się dobrze znanym przykładem, odwoła się do tego samego autora czy utworu literackiego. Zakłady można robić też w przypadku abp Marka Jędraszewskiego.

Znany schemat

Kilka dni po słynnym kazaniu metropolity krakowskiego na mszy z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, w którym padły słowa o „tęczowej zarazie” sprawdziłem co hierarcha przy tej okazji mówił w latach poprzednich. Okazało się, że to samo... Nie słowo w słowo, ale wedle tego samego schematu, z tymi samymi przykładami oraz cytatami tych samych autorów.

Pobieżnej analizie poddałem pięć homilii z lat 2015-2019. Z jednym wyjątkiem, o którym za moment, wygląda tak jakby arcybiskup twórczo przerabiał ten sam utwór.

Przeczytaj też komentarz: Stoimy na krawędzi wojny religijnej

Każde kazanie to ok. 20-minutowe wystąpienie. Cztery, pięć to komentarz do czytań liturgicznych, pozostałe to refleksja na temat powstania.

Rozwinięcie mniej więcej w takim schemacie: zniewolona Polska między dwoma totalitaryzmami (ateistycznym na wschodzie i neopogańskim na zachodzie), Hitler ogarnięty żądzą podboju i niszczenia, ludzie pragnący wolności, wybuch powstania, optymizm i nadzieja, bo Warszawa i Polska będą za moment wolne, potem zmęczenie i zniechęcenie, nadzieja w „czerwonej zarazie” lecz Stalin chce, by miasto się wykrwawiło.

I zakończenie (dwie, trzy minuty), które za każdym razem sprowadza się do przesłania, że Polacy muszą być wierni wartościom, za które oddali życie walczący o Warszawę.

Wszystko okraszone tym samym autorem: Józefem „Ziutkiem” Szczepańskim i jego wierszami: „Dziś idę walczyć – Mamo”, „Pałacyk Michla”, „Czerwona zaraza”. Ten ostatni w 2015 i 2017 odczytany był w całości, a w 2018 i 2019 obszernie cytowany. Tylko w 2016 roku – gdy arcybiskup osnuł swoją homilię wokół postaci Krystyny Krahelskiej oraz ks. Tadeusza Buczyńskiego – o czerwonej zarazie z wiersza Szczepańskiego jedynie wspomniał.

Z utworów, które powstały w czasie poprzedzającym powstanie incydentalnie hierarcha wspomniał piosenkę „Warszawskie dzieci” z tekstem Stanisława R. Dobrowolskiego oraz „Hej chłopcy, bagnet na broń!” Krystyny Krahelskiej. A przecież piosenek, które powstały w ciągu 63 dni powstania napisano co najmniej dwadzieścia. Poetów, którzy zginęli wtedy w stolicy, a ich wiersze wprowadzono do programów nauczania w szkołach też jest wielu. Choćby Krzysztof Kamil Baczyński czy Tadeusz Gajcy.

Sztuka nie łatwa

Cóż w tym złego – zapyta ktoś mówiąc, że przecież wszyscy lubimy te piosenki, książki czy filmy, które już znamy. Inny dopowie, że biskup głosi taką liczbę kazań, że trudo się nie powtórzyć. W zasadzie nic się nie stało.

Budując homilię wedle tego samego schematu i wykorzystując te same przykłady i wiersze arcybiskup nie popełnia żadnego przestępstwa. Nie wykracza poza nauczanie Kościoła. Można uznać, że stosując tak liczne powtórzenia i identyczne narzędzia perswazji dąży do tego, by u słuchaczy utrwalił się konkretny przekaz. Ale kim w takim razie jest w oczach hierarchy odbiorca, któremu trzeba wciąż kłaść do głowy to samo? Bezładnym tłumem, czy wspólnotą, której serce – parafrazując papieża Franciszka – głoszący słowo rozpoznał i podejmuje z nią dialog?

Kaznodziejstwo jest sztuką szczególną, wypadkową bardzo wielu zdolności i różnorakiej wiedzy. Zdolności oraz wiedzy arcybiskupowi Jędraszewskiemu odmówić nie można – wszak ma tytuł profesora i przez wiele lat wykładał na uniwersytecie. Ale ambona, to nie sala wykładowa. Nie wystarczy przygotowanie skryptu wykładów i powtarzanie go kolejnym rocznikom z drobnymi korektami.

Kwestii głoszenia homilii papież Franciszek poświęcił w adhortacji „Evangelii gaudium” cały rozdział. Zapisał tam m.in.: „Przygotowanie przepowiadania słowa jest zadaniem tak ważnym, że należy poświęcić dłuższy czas na studium, modlitwę, refleksję i duszpasterską kreatywność”. Wydaje się, że tej ostatniej metropolicie krakowskiemu trzeba. Zwłaszcza, że zajmując się filozofią Emmanuela Levinasa słusznie dostrzegł, że była ona „filozofią w drodze”, jego myśl ewoluowała a język ulegał zmianie i stawał się bardziej subtelny.

Wejście w kampanię

Powtórzenia w homiliach, to jednak kłopot drugorzędny. Kwestia kaznodziejskiego warsztatu. Gorzej, że arcybiskup ustawił się w pierwszym szeregu hierarchów partyjnych. Kilka tygodni temu – zaraz po kazaniu z 1 sierpnia – pisałem na łamach „Rz”, że poruszając kwestię LGBT arcybiskup Jędraszewski w sposób mniej lub bardziej świadomy wszedł w kampanię wyborczą. Dziś nie mam wątpliwości, że było to działanie świadome.

Wniosek taki wyciągam z analizy tych samych homilii. W trzech wygłoszonych w latach 2016-2018, a więc wtedy gdy u władzy jest PiS, próżno szukać wątków odnoszących się do polityki, żadnego krytykowania polityków czy przyjętych przez nich rozwiązań. Zero nawiązań do chorych ideologii. Może z jednym wyjątkiem w 2018 roku, gdy hierarcha w jednym zdaniu stwierdził, że Europa jest w „sytuacji kryzysu własnej tożsamości”, odrzuca Chrystusa i lekceważąc chrześcijańskie korzenie wybiera pseudowolność i oddaje się „materialnym i hedonistycznym wartościom”. Nie ma tu jednak krytyki i politycznych nawiązań wprost. Nie da się tych homilii odczytać w takim kontekście.

Całkowicie odmienna jest homilia wygłoszona w katedrze łódzkiej z okazji 71. rocznicy powstania w roku 2015. Schyłek rządów Platformy Obywatelskiej. Było po wyborach prezydenckich, w przededniu kampanii parlamentarnej. PiS święciło już pierwsze triumfy. Andrzej Duda pokonał Bronisława Komorowskiego i za kilka dni miał zostać zaprzysiężony. Kończący kadencję parlament, w której większość miała PO, pracował na pełnych obrotach, a Komorowski podpisywał wszystko co wylądowało na jego biurku. Nie umknęło to ówczesnemu metropolicie łódzkiemu. Mówiąc o Powstaniu jako o wielkim zobowiązaniu moralnym, którego kolejne pokolenia muszą strzec stwierdził: „Patrząc na wydarzenia ostatnich tygodni i dni, z bólem trzeba nam niestety, stwierdzić, że pewne osoby, które z demokratycznego mandatu aktualnie sprawują władzę w naszym Kraju, tego moralnego zobowiązania albo nie dostrzegają, albo je w pełni świadomie lekceważą”.

Dostało się Komorowskiemu za to, że w lipcu pojechał do Niemiec na obchody Dnia Niemieckiego Ruchu Oporu, którego symbolem był organizator nieudanego zamachu na Hitlera płk. Klaus von Stauffenberg, i w wygłoszonym tam przemówieniu zamach na wodza III Rzeczy ustawił w jednym szeregu z Powstaniem Warszawskim. Dalej Komorowski oberwał za podpisanie konwencji antyprzemocowej, ustawy o in vitro oraz o uzgadnianiu płci.

Zaraza wciąż w grze

Krytyka być może uzasadniona, ale trudno nie odnieść wrażenia, że było to klasyczne kopanie leżącego i świadome wpisanie się w kampanię wyborczą. Hierarcha tłumaczył, że podpisane przez ustępujące prezydenta ustawy trzeba uznać „za poważny błąd antropologiczny, wynikający z odrzucenia klasycznej prawdy o człowieku na rzecz współczesnych, skrajnych, lewackich ideologii”. A w nawiązaniu do wiersza Józefa Szczepańskiego „Czerwona zaraza” grzmiał: „(...) musimy jednoznacznie stwierdzić: obecnie przychodzi do nas lewacka zaraza”.

Dziś po czterech latach – znów tuż przed wyborami do parlamentu – tamta zaraza zamieniła się w ustach hierarchy w „tęczową”. I naprawdę ciężko nie wpisywać tego w kontekst działań politycznych PiS, dla którego temat LGBT jest jednym z przewodnich w kampanii. Jeśli dodamy do tego fakt, że Jarosław Kaczyński dziękuje hierarsze za jego postawę i nazywanie rzeczy po imieniu, a sam zainteresowany w środku kampanii wyborczej – na łamach bliskiego obozowi władzy tygodnika „Sieci” – dziękuje prezesowi PiS za obronę instutycji małżenstwa i rodziny, obraz stanie się pełny. Wychodzi na to, że arcybiskup Jędraszewski jest pasterzem, ale tylko owiec pasących się po jednej stronie pastwiska.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA