fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Szułdrzyński: Koalicja Obywatelska uszyła listy

Fotorzepa/ Marian Zubrzycki
Ruch Grzegorza Schetyny może sprawić, że PSL nie wejdzie do Sejmu.

Przewodniczący Platformy Obywatelskiej stwierdził, że skoro nie może zbudować koalicji z SLD i centrowym PSL, to sam zrobi swoją lewicę i zbuduje własne centrum. Nie mogąc zrobić koalicji partii, postanowił zbudować koalicję osób – wyciągając znanych polityków z SLD i przyciągając tych kojarzonych z bardziej konserwatywnym centrum. To pokazuje, że lider PO ma naprawdę silną wiarę w to, że szeroki blok może dać Koalicji Obywatelskiej jak najlepszy wynik w jesiennych wyborach parlamentarnych.

Z jego punktu widzenia decyzja ta ma sporo zalet. Po pierwsze, wzięcie na listy osób z zewnątrz umacnia pozycję Schetyny w fotelu szefa PO. Choć partia – szczególnie działacze z terenu – nie jest zadowolona z tego, że musi odstąpić dobre miejsca politykom z zewnątrz, to jednak nowy narybek posłów będzie bardziej lojalny wobec Schetyny, bo to jemu będzie zawdzięczać miejsce w parlamencie. Nawet gdyby po przegranych wyborach pojawiły się głosy, że to on odpowiada za kolejną wyborczą porażkę, układ sił w partii, a szczególnie w klubie parlamentarnym, może się okazać dla niego lepszy.

Równocześnie zwiększa to szanse na lepszy wynik samej Koalicji Obywatelskiej. Ale stracić na tym mogą pozostałe partie opozycyjne. Potencjalnie szeroka koalicja pod przewodnictwem Platformy z rozpoznawalnymi politykami SLD, którzy odeszli ze swej partii, czy Zielonymi to bowiem zła wiadomość dla lewicy, która właśnie się zjednoczyła. I pokazuje, jak świadomym wyborem Schetyny było to, by odpuścić sobie niedzielne marsze solidarności. Walka z przemocą, szczególnie tą motywowaną nienawiścią wobec społeczności LGBT, jest dla lewicy czymś oczywistym. Ale lider PO wie, że fakt, iż dał się przed majowymi wyborami skleić w prawicowej narracji z tematem LGBT, mógł pomóc PiS zmobilizować swoich zwolenników. Dlatego teraz PO ograniczyło się do potępienia i oburzenia, ale nie wzięło udziału w wydarzeniu, które współorganizowali liderzy trzech lewicowych partii – Robert Biedroń, Włodzimierz Czarzasty i Adrian Zandberg. Mówiąc brutalnie – Schetyna uznał, pamiętając wynik majowych wyborów, a także czytając sondaże, że koncentrowanie agendy politycznej na postulatach środowisk LGBT zapewnić może kilka punktów procentowych. On zaś szuka poparcia w okolicach 30–35 proc.

Jednak przyjęcie na swoje listy ludzi lewicy może doprowadzić do tego samego co w 2015 roku – gdy ówczesna koalicja lewicowa nie przekroczyła 8-proc. progu, co doprowadziło, że wówczas pierwszy raz po 1989 roku jedna partia uzyskała samodzielną większość w Sejmie. A więc to, co dobre dla Schetyny, może okazać się ryzykowne dla opozycji jako całości.

W najtrudniejszym położeniu jest PSL, który chciał budować chadecki i centrowy blok. Fakt, że tacy politycy jak Bogdan Zdrojewski czy Paweł Kowal woleli sojusz ze Schetyną, a nie Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, to duży cios w plany tego ostatniego. Decyzja Schetyny może doprowadzić do tego, że PSL na trwałe znajdzie się pod progiem. W efekcie – w najgorszym dla ludowców scenariuszu – do Sejmu dostanie się tylko PiS, Koalicja Europejska i lewica, zaś głosy oddane na ludowców się zmarnują. Zjednoczona Prawica będzie silniejsza, ale to Schetyna będzie hegemonem po stronie opozycji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA