fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Piotr Buras: Jak Europa ma ratować NATO?

Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg i prezydent Francji Emmanuel Macron
AFP
Unia Europejska musi przejąć odpowiedzialność za swoje własne bezpieczeństwo tam, gdzie realnie może zastąpić w tej roli USA – pisze politolog.

W 70. rocznicę swojego istnienia NATO jest w kryzysie. Dosadnie zdefiniował go Emmanuel Macron, mówiąc o „śmierci mózgowej" sojuszu, czym ściągnął na siebie falę krytyki. Niestety Macron ma rację, nawet jeśli dobiera słowa jak publicysta, a nie jak polityk. Choć NATO jest potrzebne Europie bardziej niż kiedykolwiek w ostatnich 30 latach, jego los zależy przede wszystkim od USA. Niemniej kraje Unii Europejskiej powinny robić wszystko co w ich mocy, by utrzymać i wzmocnić sojusz. Problem w tym, że ci, którzy najwięcej mówią o jego wadze, często wolą mamić się iluzjami lub nie mają odwagi potrzebnej do strategicznego działania.

Na peryferiach

Powszechna (zwłaszcza w Polsce) iluzja opiera się na przekonaniu, że znaczące wzmocnienie obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych i całego NATO w Europie Wschodniej po aneksji Krymu jest świadectwem witalności sojuszu. Liczą się czyny, nie słowa, mówią apologeci więzi transatlantyckiej, machając ręką chociażby na groźby Donalda Trumpa, który NATO nazwał „zbędnym" i rozważał wycofanie się z niego. Owszem, wojskowy wymiar paktu jest kluczowy i jego wagi nie sposób przecenić. Ale warunkiem jego skuteczności w odstraszaniu i powstrzymywaniu agresji jest polityczna wspólnota wartości, interesów i zaufania. To ona jest dzisiaj w poważnym kryzysie.

Wydarzenia ostatnich miesięcy – niekonsultowane z sojusznikami wycofanie się USA z Syrii, przeprowadzona na własną rękę interwencja turecka w tym regionie czy awanse Macrona wobec Rosji – to symptomy tego kryzysu. Ale są one ledwie pochodną zmian o charakterze prawdziwie tektonicznym. Te wynikają przede wszystkim ze strategicznej reorientacji USA, dla których Azja i Chiny są dzisiaj największym wyzwaniem, Europa zaś traci relatywnie na znaczeniu.

Mało tego, między USA a istotną częścią Europy nabrzmiewa kluczowy spór o wartości, o stosunek do prawa i porozumień międzynarodowych. Liberalny porządek światowy i jego instytucje mają dla Europy nadal kluczowe znaczenie. Dla USA już nie, o czym świadczy wycofanie się z fundamentalnych dla UE porozumień: paryskiego w sprawie klimatu oraz umowy z Iranem, a także brnięcie w wojnę handlową wbrew zasadom WTO. Rywalizacja globalnych potęg – USA i Chin – po raz pierwszy od stuleci spycha Europę na światowe peryferia. Częścią tych wielkich zmian są dla Starego Kontynentu także nowe zagrożenia: terroryzm, upadek państw w bezpośrednim sąsiedztwie (Libia) lub ich całkowita destabilizacja (Irak, Syria) czy wykorzystywanie cyberprzestrzeni przez państwa autorytarne przeciwko demokracjom.

Złudna wiara

Reakcją na geopolityczną rewolucję nie mogą być tylko rytualne zaklęcia, że bez NATO i USA bezpieczeństwo Europy jest nie do pomyślenia. Polska i cała Unia muszą szukać odpowiedzi na prawdopodobny scenariusz, w którym amerykański partner jest nadal niezastąpiony, ale w coraz mniejszym stopniu dyspozycyjny i godny zaufania. Jego zaangażowanie w konfliktach o fundamentalnym dla Europy znaczeniu będzie w najlepszym razie selektywne.

Polska odpowiedź na tę nową rzeczywistość jest dwuwymiarowa. Z jednej strony mamy negację problemu i apoteozę wspomnianej iluzji: wsparcie USA wzrasta, NATO ma się dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Z drugiej strony mamy wiarę w partnerstwo bilateralne ze Stanami i umizgi do Trumpa. To nawet spójna strategia, ale oparta, niestety, na fałszywym założeniu, że nasz układ z USA jest bardziej wiarygodny i trwały niż zobowiązania Waszyngtonu w ramach NATO.

W samym sojuszu dyskusja toczy się z kolei wokół pytania, jak wzmocnić wkład Europejczyków w zbiorową obronę. Kraje europejskie muszą zwiększyć wydatki na zbrojenia, rozwinąć zaniedbane przez dekady zdolności wojskowe i stać się wreszcie użytecznymi i wiarygodnymi partnerami dla USA. Żałosny stan większości armii europejskich woła o pomstę do nieba i jest zagrożeniem dla nas samych.

Oba podejścia cierpią jednak na podstawową słabość: tkwią w ogólnie słusznym, ale coraz mniej użytecznym paradygmacie, że nie sposób myśleć o bezpieczeństwie Europy bez USA. Uznanie dezaktualizacji tego paradygmatu nie musi i nie może zakładać odwrotu od Stanów Zjednoczonych ani oddawania się innej iluzji, że Europa może obronić się sama (w domyśle: przed wszelkimi zagrożeniami). Powinno jednak prowadzić do dwóch istotnych wniosków.

Po pierwsze, że Europa musi w przewidywalnym czasie stać się zdolna do tego, by zadbać o swoje bezpieczeństwo przynajmniej w ograniczonym wymiarze zarządzania kryzysami (także wymagającymi aktywności militarnej) na Bliskim Wschodzie, w Afryce czy na Bałkanach.

Po drugie, to właśnie wiarygodna perspektywa takiej „autonomii strategicznej" może być największym atutem Europejczyków przy koniecznym budowaniu partnerstwa z USA na nowych podstawach oraz utrzymania NATO.

Najlepsza oferta

Dzisiaj najbardziej zatroskani o przyszłość NATO (zwłaszcza Polska) uważają działania na rzecz większej samodzielności UE w sprawach bezpieczeństwa za ryzyko dla sojuszu z USA. Rolę UE widzą tylko jako lepszego udziałowca wspólnej natowskiej obrony.

To podejście nieadekwatne do rzeczywistości. Nowy model rozłożenia ciężarów we wspólnocie transatlantyckiej będzie musiał polegać nie tylko na zwiększonych nakładach finansowych i lepszych zdolnościach wojskowych krajów europejskich w ramach NATO – Unia musi przejąć odpowiedzialność za swoje własne bezpieczeństwo tam, gdzie może realnie zastąpić USA. To najlepsza oferta, jaką kraje Unii (łącznie z Londynem) mogą złożyć Waszyngtonowi.

Do tego potrzeba jednak nie tylko 2 proc. PKB na wydatki obronne, lecz także uzgadniania priorytetów, wspólnych instytucji oraz projektów zbrojeniowych. To wymaga ogromnego wysiłku i nakładów oraz niezwykle trudnych kompromisów między rozbieżnymi definicjami zagrożeń, np. między Francją a Polską. Ale nie mamy wyboru. 70 lat po utworzeniu NATO „autonomia strategiczna" Europy – jej zdolność do militarnego działania bez USA – jest niezbędnym (choć niewystarczającym) warunkiem utrzymania tego wyjątkowego sojuszu i stworzenia nowego partnerstwa w relacjach transatlantyckich.

Piotr Buras jest dyrektorem warszawskiego biura think tanku European Council on Foreign Relations

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA