fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czas buntu

Głosowanie na Kukiza to uderzenie pięścią w stół. PO i PiS tracą bowiem zdolność komunikowania się ze społeczeństwem – pisze publicysta.

Kongres PiS w Katowicach. Pośród licznych paneli – takich o gospodarce, sprawach zagranicznych i kulturze – także dyskusja o buncie. O „Anatomii buntu" – jak przeczytaliśmy w programie. To, co stało się podczas wyborów prezydenckich, często diagnozowane jest jako bunt. W tym zgodni są zarówno eksperci z prawej strony, jak i Adam Michnik, którego słowa o gówniarzach przypomniał w czasie panelu socjolog Michał Łuczewski. Ale też kilka dni temu Tomasz Lis, który arogancko mówił w Radiu TOK FM o buncie młodych ludzi sponsorowanych przez rodziców, którzy z nudów zagłosowali na Kukiza.

Ale czy naprawdę mamy do czynienia z buntem? I czy polityczny mainstream potrafi zrozumieć wyborców, zwłaszcza tych nowych – tych między 20. a 30. rokiem życia – którzy swoim głosem doprowadzili do zmiany w Pałacu Prezydenckim.

Uporządkujmy sobie najpierw sytuację. Jak było jeszcze niedawno?

Oczekiwanie opozycji

Od lat podchodzili do okna i patrzyli na ulicę. Każde poruszenie na niej obserwowali z uwagą. Czy już? – pytali się nawzajem. Kilka razy wydawało się, że to już, że ruch jest większy niż zwykle, a rozproszeni ludzie powoli formują zwarte szyki. Zachęcali ich przez megafony. „To już!" – krzyczeli. Potem miało już wszystko ruszyć samo. Po kilku tygodniach jednak wszystko było po staremu i okrzyk „To już!" wydawał się jakiś przebrzmiały, pozbawiony siły, chwilami zabawny.

Tak można przedstawić pokrótce nastroje opozycji w ostatnich ośmiu latach. Diagnoza państwa, które funkcjonuje źle albo nie funkcjonuje w ogóle, oraz poczucie wyższości moralnej – to wszystko miało doprowadzić do zasadniczej zmiany politycznej. Chodziło o bunt. Bunt po 10 kwietnia, bunt rodziców, bunt stadionów, bunt pacjentów, bunt związkowców. Wkurzenie po kolejnych aferach, po taśmach prawdy, po buńczucznych wypowiedziach. Ze smutkiem konstatowano jednak, że żadne z tych zjawisk nie potrafiło doprowadzić do przełomu.

I w tym nastroju oraz poczuciu dotrwaliśmy do roku Pańskiego 2015, kiedy to niespodziewanie wybory prezydenckie wygrał Andrzej Duda, a trzeci wynik uzyskał Paweł Kukiz. Bunt nastąpił, jakiś bunt przynajmniej, skoro pewniak do pałacu, czyli Bronisław Komorowski, musi zmienić adres zamieszkania. Ale ten bunt jest jakiś wyjątkowo cichy, opony nie płoną, ludzie nie wychodzą na ulice i wszystko jest po staremu, jak w „Piosence o końcu świata" Czesława Miłosza.

Co więc tak naprawdę się stało?

Dwa efekty

Zacznijmy od rozróżnienia dwóch zjawisk. Pierwsze nazwiemy efektem Dudy – to, co sprawiło, że kandydatowi PiS przybyło 700 tys. wyborców w porównaniu z wynikiem Jarosława Kaczyńskiego w roku 2010, jak przypomniał w trakcie panelu w Katowicach Jarosław Flis. Te 700 tys. wystarczyło, by doszło do przełomu politycznego. Drugie zjawisko to efekt Kukiza, czyli deklaracja co piątego głosującego Polaka, że nie akceptuje aktualnej klasy politycznej i popiera teraz ruch polityczny firmowany twarzą muzyka rockowego.

Między tymi dwoma efektami istnieją spore różnice. Efekt Dudy zawiera w sobie, owszem, oczekiwanie zmiany politycznej, jak w słynnym materiale, który pojawił się w sieci tuż przed drugą turą, tym z Januszem Rewińskim, który niucha i twierdzi, że czuje zmianę. Ale przekaz to wyjątkowo łagodny. PiS w końcu wygrał wybory po raz pierwszy od 2005 roku, gdy nieco ostudził temperaturę przekazu, na pewien czas schował komisję Macierewicza i stał się o wiele mniej wiecowy. Postawił za to na kandydata, który prezentuje spójny konserwatywny światopogląd, co do którego wiary nikt nie ma wątpliwości i który potrafi wyraźnie akcentować ojcowskie cnoty.

Piarowcy chwytali się za głowy, gdy w kampanii pojawił się wątek in vitro – wątek, który miał być dla Dudy kłopotliwy – w końcu on jest przeciw, a 70 procent Polaków za. Ostatecznie to jednak Duda wygrał tę rozgrywkę, bo choć nie wszyscy wyborcy muszą się z nim zgadzać, to jednak większym zaufaniem obdarzyli kandydata, który nie pozwolił sobie na akt hipokryzji.

Gdyby zsumować przekazy Dudy z czasu kampanii i uznać, że to one doprowadziły do przekonania wyborców, okazałoby się, że tu nie tyle o bunt chodzi, ile o konserwatywną korektę. Integralnie, ale bez radykalizmu, konserwatywny kandydat wygrał dokładnie w tym momencie, w którym PO zaczęła się przesuwać na lewo i postanowiła wesprzeć część postulatów obozu „postępu obyczajowego". Dotyczy to zarówno regulacji bioetycznych, jak i na przykład polityki kulturalnej państwa.

Okazało się więc, że decyzje wyborców rozmijają się zasadniczo z tym, w czym nadziei upatruje publicystyczny mainstream, który od dawna lansuje tezę, że polscy obywatele, zwłaszcza ci młodzi – ci, jak to się zabawnie mówi, otwarci na świat – przeszli już pełną rewolucję obyczajową i nie wierzą w kościelne gusła oraz inne konserwatywne farmazony. Z nieukrywaną schadenfreude konserwatywny obserwator patrzył, jak publicyści lewicowi zamknęli PO w złotej klatce, przez kilka lat systematycznie chwalili i łudzili, aż ta uwierzyła, że postęp to postęp i jak się chce być zwycięzcą, to należy stanąć po stronie orędowników gender. I przegrała.

Nie oznacza to oczywiście, że większość wyborców jest dokładnie taka, jakby integralna konserwa chciała, ale wydaje się, że polskie społeczeństwo przypomina bardziej to amerykańskie, w którym intuicje moralne ogółu najczęściej rozmijają się z tym, czego chciałby lewicujący establishment, a już naprawdę powszechny opór wywołują szarże na sumienia w sferze obyczajów. Przekonujący jest natomiast dla wyborców konserwatyzm samej postawy, widoczny choćby w przywiązaniu do wartości rodzinnych czy rodzimej historii.

Czy więc naprawdę bunt? Nie, konserwatywna korekta. W niej wszelako znamienne jest to, że elita władzy, mimo dobrego dostępu do badań socjologicznych, do prac na dużych grupach badawczych i w grupach fokusowych, partia mająca ogromne struktury w terenie, popełniła tak znaczący błąd w ocenie intencji wyborców. Jakby zatraciła zdolność oddolnego uczenia, tego wyczuwania nastroju i formułowania języka, za pomocą którego można rozmawiać z wyborcami.

Słoiki i lemingi

Z innym zjawiskiem mamy do czynienia w przypadku efektu Kukiza. Głos oddany na niego niewątpliwie należy odczytywać jako wotum nieufności dla klasy politycznej. Tak więc w tym przypadku bunt jest niewątpliwy. Ale też nie ten, na który czekano. Tu też opony nie płoną, a tłumy nie ciągną ulicami Warszawy.

Nastąpiło uderzenie pięścią w stół. Komentatorzy najczęściej wskazują niespójność przekazu, który za tym idzie. Że trudno jest powiedzieć, czy wyborcy Kukiza naprawdę wiedzą, czym są JOW i jakie będą skutki ich wprowadzenia. Że oddając głos na znanego wokalistę, nie do końca brali pod uwagę wszystkich elementów jego programu – programu, który tak naprawdę cały czas powstaje. Że nie wiadomo, jakie będzie stanowisko Kukiza choćby w kwestiach obyczajowych. Że zatem to wszystko jest niespójne.

Zauważmy jednak, że jeśli ktoś głosował na Kukiza, to chciał uderzyć pięścią w stół. A mgławicowość zaserwowanego w tym przypadku przekazu bardzo dużo mówi nie tylko o samym kandydacie, ale także o reszcie klasy politycznej, która nie zdołała wciągnąć do swojej agendy znaczącej grupy młodych wyborców.

Klasa polityczna i publicyści nie mówią językiem ludzi między 20. a 30. rokiem życia. I nie chodzi tu wcale o to, żeby wcielać się w raperów wykrzykujących „Joł!" ze sceny – chodzi raczej o to, że przekaz formułowany przez polityczny mainstream zupełnie nie dotyka sporej grupy wyborców. Niech sobie więc publicyści biadolą, że wyborcy Kukiza są mało polityczni, bo nie potrafią zdefiniować własnych politycznych celów. Może zapytajmy inaczej: dlaczego ów mainstream nie potrafił się z tą częścią społeczeństwa porozumieć?

Prawa strona od kilku lat naśmiewała się z tej grupy. Ileż to było natrząsania się ze słoików, lemingów, młodych wykształconych z dużych ośrodków. Platforma chwaliła ich za mobilność i cieszyła się niezmiernie, że w Polsce przybywa przedsiębiorców oraz ludzi podróżujących po świecie. Język obu głównych partii nie potrafił jednak opisać dramatu ludzi, którzy wyjeżdżają za granicę za chlebem i z zazdrością patrzą na protestujących w Warszawie związkowców, będących dla młodych ludzi żyjących z umów śmieciowych grupą uprzywilejowaną, która ma etat, regularną pensję, składki i widok nie tylko wcześniejszej, ale emerytury w ogóle.

Platforma i PiS dostrzegały dotychczas tylko te wielkie zorganizowane masy, choćby w ruchu związkowym. Nie widziały powiększającej się grupy, która jest wykluczona naprawdę. Nie do końca też wiedzą, jak z nią rozmawiać. Dlaczego? Podobnie jak w przypadku odchylenia lewicowego PO, dwie główne partie i tu wykazały się zatraceniem zdolności do oddolnego uczenia się.

Jak się zresztą uczyć, skoro aparat skostniały i kieruje się własną logiką? Jak się uczyć, jeśli główne media podporządkowane są interesom klasy politycznej i nie mają przez to zdolności stymulowania debaty politycznej? Będą dopuszczały tylko te tematy i te języki, które pozostaną zgodne z obowiązującymi narracjami. Skutkiem tego język ludzkich problemów, zwłaszcza problemów najmłodszych i najstarszych (to osobny temat) wyborców, nie dociera do ludzi mediów i ludzi polityki. Elity tracą zdolność komunikowania się z resztą społeczeństwa. Ono zaś w swojej znaczącej części albo na wybory nie chodzi, albo głosuje na ruch, który obiecuje zmianę języka.

Ot i bunt. Czasem mały bunt, czyli konserwatywna korekta. Czasem większy, czyli postulat zmiany zagadnień i języka.

Autor jest redaktorem naczelnym kwartalnika „Fronda LUX". Był panelistą kongresu PiS w Katowicach

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA