fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Maciej J. Nowak: Zmieńmy rolę prezydenta w Polsce

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Zostawmy prezydentowi prawo łaski, odznaczanie, wygłaszanie orędzi. Podnieśmy próg wiekowy dla kandydatów i ograniczmy liczbę kadencji do jednej – postuluje historyk i radca prawny.

Można odnieść wrażenie, że w obecnym ustroju rola prezydenta jest dosyć niejasna. Właściwie trudno byłoby syntetycznie i klarownie odpowiedzieć na pytanie, do czego tak naprawdę w obecnym ustroju jest nam prezydent potrzebny. Ile poglądów politycznych, tyle koncepcji. Chodzi przy tym nawet nie o ocenę tej czy innej osoby sprawującej tę funkcję, ale raczej o warunki obiektywne, poprzez które prezydent musi lawirować pomiędzy potrzebą działania w polityce a instytucjonalną niemocą. Nadszedł więc czas, aby pomyśleć o szerszej systemowej zmianie.

Z jednej strony prezydent dzięki swym kompetencjom powinien równoważyć wpływy premiera i parlamentu. Ale czy obecnie, w czasach „dwóch plemion", rzeczywiście byłby w stanie to robić? Wyobraźmy sobie tylko wojnę, jaka rozpętałaby się, gdyby prezydent i rząd byli z przeciwnych opcji. To już nie byłaby „kohabitacja" z czasów koalicji AWS–UW, lecz bezwzględna walka na wszystkich frontach, w której obie strony miotałyby ostre oskarżenia. Rozgrzany do czerwoności Twitter, skrajny hejt w sieci, omijanie procedur... Nie, nie jest to bynajmniej wizja wymarzona. Natomiast w sytuacji, kiedy rząd i prezydent reprezentują pokrewne lub wręcz te same opcje polityczne, ten drugi właściwie wydaje się średnio potrzebny. Musi wykazywać swoją niezależność, inicjatywę, mając ku temu pole co najmniej ograniczone. A w trakcie kampanii wyborczej każdy kandydat na prezydenta musi na lewo i prawo rzucać obietnice, których nie będzie potrafił zrealizować.

Zaryzykujmy tezę, że instytucja prezydenta od dawna się w Polsce średnio sprawdzała. Zamordowany Narutowicz (chyba najlepiej rokujący ze wszystkich prezydentów II RP), Wojciechowski, czyli trochę taki typ porządnego księgowego, i Mościcki – najpierw zupełna marionetka, potem średnio skuteczny polityk, prowadzący maleńkie wojenki podjazdowe przeciwko Rydzowi i nieogarniający zbliżających się zagrożeń międzynarodowych. Paradoksalnie, ci przeciętni prezydenci poprzez dramatyczne wydarzenia z II wojny światowej i propagandę komunizmu utrwalili się w masowej wyobraźni zupełnie inaczej. Symbolem tego są chociażby portrety Mościckiego – dystyngowanego, eleganckiego starszego pana, rozmarzonymi oczyma spozierającego na problemy państwowe. Niestety, to tylko wyobrażenie. Mieliśmy niezłych premierów, czasem wybitnych parlamentarzystów, ale wciąż nie potrafimy wypracować optymalnego, wzorcowego modelu prezydentury.

Czy to oznacza, żeby dać sobie z tym spokój? Otóż nie. Ale istnieje wyraźna potrzeba szerokiej zmiany. Chyba optymalnym rozwiązaniem byłoby pozbawienie prezydenta większości jego dzisiejszych kompetencji o politycznym charakterze. Odetnijmy ten urząd – jak tylko się da – od doraźnych przepychanek, utarczek i obelg. Zostawmy prawo łaski, odznaczanie, orędzia. I na tym mniej więcej zakończmy. Podnieśmy minimalny wiek, od którego można kandydować na urząd prezydenta, ograniczmy liczbę możliwych kadencji do jednej, za to wydłużmy jej termin i spróbujmy stworzyć w ten sposób nowy model prezydentury. W takim wymiarze prezydent uosabiałby ciągłość państwa polskiego i jego tradycji, reprezentowałby to państwo na zewnątrz. A jednocześnie z natury rzeczy nie byłby uwikłany w spory polityczne, nie miałby przynajmniej osobistego interesu przy zabieganiu o drugą kadencję i zacząłby na poważnie myśleć (bez czynników rozpraszających) o tym, jak realnie odznaczyć się „przed Bogiem i historią". W konsekwencji to prezydent mógłby stanowić główny zwornik myślenia państwowego. Coś na kształt papieża bez dywizji, ale z wysokim autorytetem, bez zbyt wielu okazji do tegoż autorytetu obniżania. Następnie poszukajmy kandydatów na polskiego Giorgia Napolitano, Joachima Gaucka, czy Szymona Peresa albo – jak kto woli – kogoś, kto byłby w stanie odgrywać rolę podobną do roli Ryszarda Kaczorowskiego (w tym przypadku zwłaszcza po zakończeniu kadencji). Znalazłoby się ich bardzo wielu, z różnych opcji politycznych. Może w taki sposób udałoby się rzeczywiście jakoś zbliżyć do tego wymarzonego historycznego, choć zarazem póki co mało realnego, symbolu z czasów Dwudziestolecia.

Może to wizja zbyt idealistyczna, ale kto wie, gdyby ustrojodawca zdecydował się na taką zmianę, na pokazanie, że w życiu publicznym ważny jest osobisty autorytet, symbol, działanie ponadpartyjne, to ograniczyłoby to jakoś coraz ostrzejszą „wojnę plemion". Warto spróbować.

dr Maciej J. Nowak, radca prawny, historyk

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA