fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

John Bolton: Szkodliwe fantazje o europejskiej armii

John Bolton
AFP
Niektórzy uparci zwolennicy zwiększenia niezależnego potencjału wojskowego Unii Europejskiej twierdzą, że Waszyngton nie jest już wiarygodnym partnerem. Twierdzenie to jest nieprawdziwe – pisze John Bolton, amerykański polityk i dyplomata.

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, które wreszcie się dokonało, jest najbardziej doniosłym wydarzeniem w historii Wspólnoty z punktu widzenia jej potencjału militarnego. I jest ono całkowicie niekorzystne. Za sprawą jednego ciosu UE straciła swoje drugie co do wielkości siły zbrojne. Nie może też liczyć na to, że państwa członkowskie, indywidualnie lub zbiorowo, wypełnią pozostawioną przez Londyn lukę. Przez lata Unia Europejska była czymś mniejszym niż suma swoich własnych części, teraz zaś suma ta w znaczący sposób się pomniejszyła. Dziesięciolecia fantazjowania o niezależnej „armii UE" powinny były zakończyć się 31 grudnia.

Błędne metody Trumpa

Tak się oczywiście nie stanie, ponieważ od dawna wielu Europejczyków uważa, często po cichu czy też w dyskretnych rozmowach, że Europa jest w istocie „państwem w budowie" i, jak przystało na państwo, powinna posiąść wszystkie stosowne atrybuty państwowości: armię, bank centralny, walutę i tak dalej. Jednak niektórych aspektów suwerenności narodowej nie zrzekną się nawet najgorliwsi eurofile i ze zrozumiałych powodów najbardziej problematyczne jest pozbawienie się wojska.

Fantazjowanie o armii UE powinno zakończyć się z powodów niezwiązanych z brexitem, a mianowicie ze względu na istnienie NATO. Sojusz atlantycki jest w pełni zdolny do zrobienia wszystkiego tego, co mogłaby zrobić armia UE. Robi to od siedmiu dekad, a w nadchodzących latach ma szansę zwiększyć swoją rolę.

Nowa niezależność Wielkiej Brytanii, która uwolniła Londyn od ociężałej, miałkiej polityki zagranicznej i obronnej UE, będzie miała potężny wpływ na decyzje polityczno-wojskowe podejmowane w NATO, a także w znacznie szerszym gronie Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Niektórzy uparci zwolennicy zwiększenia niezależnego potencjału wojskowego UE twierdzą, że Waszyngton nie jest już wiarygodnym partnerem. Twierdzenie to jest nieprawdziwe. Donald Trump bez wątpienia nie był przyjacielem NATO, ale Europejczycy nie powinni wyciągać długofalowych wniosków z jego postawy wobec sojuszu czy ogólnie wobec stosunków międzynarodowych. Nigdy nie kierował się spójną filozoficzną czy polityczną logiką, a historia szybko oceni jego rządy jako niefortunną aberrację.

Trump wszelkie problemy rozpatrywał w kategoriach transakcji (przede wszystkim finansowych), a także przez pryzmat tego, jakie osobiste korzyści mógł odnieść przy okazji. Antycypowanie przyszłej polityki USA na podobieństwo „polityki" Trumpa jest więc nie tylko błędne, ale też niebezpieczne.

Już Barack Obama skarcił Europę

Nie oznacza to, że europejscy członkowie NATO mogą teraz bezpiecznie ignorować zobowiązania z Cardiff z 2014 r., zwłaszcza zobowiązanie do przeznaczenia do 2024 r. 2 procent PKB na obronność. Obsesja Trumpa na punkcie konieczności zwiększenia wydatków NATO mogła być wyrażona w idiosynkratyczny sposób, ale odzwierciedla logiczny pogląd podzielany przez całe polityczne spektrum Ameryki, zgodnie z którym jej sojusznicy muszą lepiej zrozumieć szereg zagrożeń, przed którymi stoi Zachód, a także, że konieczne jest równomierne rozłożenie wysiłków.

Na przykład w udzielonym tuż przed odejściem z urzędu w 2016 r. słynnym wywiadzie Barack Obama skarcił Wielką Brytanię i Francję, a także wiele innych państw, określając ich jako „paserów na gapę", w kontekście ich niewystarczającego zaangażowania w 2011 r. przeciwko libijskiemu Muammarowi Kaddafiemu. Sekretarze obrony Robert Gates i Leon Panetta wielokrotnie formułowali te same zarzuty. Kwestia podziału kosztów nie zniknie z nadejściem Bidena. Po części dlatego, że prawdopodobnie zgadza się tutaj z Obamą, jak również dlatego, że nie zgodzą się na to republikanie.

Bezbronna niezależność

Nawet pomijając brexit i Trumpa, wysiłki UE w kwestiach obronnych zawsze były ambitne, jeśli chodzi o słowa i procedury, a miałkie, jeśli chodzi o realne działania i zasoby. Jest prawie pewne, że takie właśnie pozostaną. Na przykład pomimo pompy i żmudnych, prawie dwudziestoletnich wysiłków porozumienia „Berlin Plus" zaowocowały tylko dwiema operacjami pokojowymi UE, z czego obie zostały przejęte od sił NATO.

Teoretycznie przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen może wezwać UE do zmobilizowania „znacznych wysiłków wojskowych", może to być jednak trudne do zrealizowania w praktyce. Dużo bardziej przekonujące byłoby, gdyby Niemcy podniosły swoje wydatki na obronę do poziomu celu z Cardiff, co się nie stanie, jak dobrze wie von der Leyen, była minister obrony RFN, ponieważ koalicyjnemu rządowi kanclerz Angeli Merkel i socjaldemokratów z trudem udało się utrzymać wydatki na obronę, nie mówiąc już o ich zwiększeniu.

To samo tyczy się całej Europy. Pod koniec 2020 r. Reuters poinformował, że pierwszy przegląd obronności UE „wykazał, że tylko 60 proc. narodowych oddziałów i broni, które są nominalnie dostępne dla NATO, może zostać zmobilizowane". Dążenie do większej „niezależności" od Waszyngtonu może skończyć się tym, że Europa z jednej strony będzie pozbawiona amerykańskiej obecności, a z drugiej wydatki na obronę w UE nadal będą nieadekwatne.

Nie potrzeba nowej „ligi demokracji"

Po brexicie von der Leyen powiedziała również, że „nasza przyszłość powstaje w Europie". Ale to również czysta fantazja. Globalne zagrożenia, zwłaszcza ze strony Chin, ale również związane z rozprzestrzenianiem broni masowego rażenia i międzynarodowego terroryzmu, rosną, a nie ustępują. „Globalna Wielka Brytania" premiera Borisa Johnsona jest znacznie bardziej błyskotliwą wizją niż skupiona na sobie „mała Europa".

Stolice europejskie powinny wziąć pod uwagę sugestię byłego premiera Hiszpanii José Maríi Aznara, aby zamienić NATO w globalną organizację, włączając ewentualnych nowych członków, takich jak Japonia, Australia, Singapur i Izrael. Aby stawić czoła rosnącym zagrożeniom ze strony reżimów autorytarnych, nie potrzeba nowej „ligi demokracji", jak sugerują niektórzy. Mamy już jedną w postaci NATO, która po prostu musi zostać rozszerzona poza swój rodzimy obszar północnoatlantycki.

W rzeczywistości wiarygodny projekt powołania potężnej unijnej armii byłby sztyletem wycelowanym w serce NATO. Niektórzy bez wątpienia na to liczą, i to nie tylko nasi przeciwnicy, ale również liczni Europejczycy i Amerykanie. Miejmy nadzieję, że ich nadzieje będą zawiedzione, przynajmniej do czasu, kiedy lwy zaczną kłaść się do snu z jagniętami.

Lead i śródtytuły pochodzą od redakcji. Artykuł został oryginalnie opublikowany na portalu Forum.eu 18 stycznia 2021 roku.

John Bolton jest dyplomatą i prawnikiem. Od marca 2018 r. do września 2019 r. był doradcą prezydenta Donalda Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego. Po odejściu ze stanowiska wydał głośną książkę, bardzo krytyczną wobec prezydenta, pt. „Trump w Białym Domu. Tajemnice Gabinetu Owalnego".

Wcześniej zajmował różne stanowiska w administracji prezydenta George'a W. Busha

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA