fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Przemysł spożywczy

Polscy producenci mięsa na skraju paniki

Pixabay, fot. Waldo93
Branża przestraszona rozlewającą się aferą sama chce surowych kar dla ubojni. Zdaniem producentów ich straty mogą sięgać nawet 600 mln zł. A na podwyżki w Inspekcji Weterynaryjnej nie ma pieniędzy.

Początek roku nie jest szczęśliwy dla resortu rolnictwa. Najpierw wybuchła afera wieprzowa, wywołana nieudolnym zwalczaniem epidemii ASF, teraz mamy problem z wołowiną. Na pośpiesznie zwoływanych konferencjach ministrowie zapewniają, że wszystko jest pod kontrolą. Komisja Europejska przysłała jednak swoich inspektorów, by zbadali to samodzielnie.

Czytaj także: Afery zagrażają eksportowi mięsa. Ceny wołowiny runęły 

Runął domek z kart

Straty powstałe w wyniku skandalu wywołanego przez ubojnię z Kalinowa już są znaczące. To m.in. anulowanie części zamówień na mięso wołowe przez Słowację i Czechy, podważenie reputacji polskiej żywności (francuski minister rolnictwa mówi o polskim skandalu, a jego koleżanka, minister do spraw europejskich z Paryża, domaga się utworzenia unijnej inspekcji sanitarnej), Żabka wycofuje dwa produkty firmy Konspol, cheeseburgera wołowego i kiełbaski z wołowiną, do których mogło trafić mięso niepoddane badaniu poubojowemu. To zapewne nie koniec.

Branża mięsna świadoma możliwych setek milionów zł strat (utracone rynki) i zszarganej opinii o jakości polskiej żywności sama zaproponowała zaostrzenie kar dla nieuczciwych przedsiębiorców. – Domagamy się bezwarunkowej kary więzienia dla przedsiębiorców oszustów i zakazu wykonywania zawodu dla lekarzy weterynarii, którzy wspierają nielegalne działania. Jesteśmy za tym, by wprowadzić całodobowy monitoring w ubojniach – mówi Jacek Zarzecki, prezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego. Branża domaga się też zwiększenia kontroli wszystkich pośredników w obrocie zwierząt i bardziej intensywnego sprawdzania przez policję pojazdów przewożących zwierzęta.

Czytaj także: Słowenia zatrzymała półtorej tony polskiego mięsa na kebaby 

Ta niespotykana sytuacja, gdy przedsiębiorcy sami domagają się surowszych kar, to efekt paniki, która zapanowała wśród producentów mięsa. Nie ma się co dziwić – niektórzy zagraniczni odbiorcy nie tylko zrezygnowali z zamówień z Polski, ale zaczęli wykorzystywać ten moment do zwalczania polskiej konkurencji. Słowacja i Czechy alarmują, by nie kupować polskiego mięsa. Zakłady mięsne zareagowały obniżkami cen w skupach, bo dramatycznie spadło zapotrzebowanie na wołowinę. – Producenci mają pełne magazyny, nie wywożą towaru. Rolnicy są stawiani pod ścianą, muszą sprzedawać bydło, by zdobywać pieniądze. Wprawdzie mogą przetrzymać zwierzęta przez miesiąc, ale nie wiedzą, czy spadki cen nie będą jeszcze większe. Nie da się dziś ocenić skali blokady rynków światowych – mówi Wiesław Różański. Jacek Zarzecki ocenił, że jeśli spadki cen się utrzymają, branża zanotuje 600 mln zł straty.

Przy okazji producenci chcą jednak ugrać dla siebie wsparcie państwa. Jednym z powodów, dla którego pokątny nocny ubój się opłacał, był fakt, że dla rolników pozbycie się chorego zwierzęcia jest kosztowne, to wydatek nawet 500–700 zł. Dlatego producenci obecni w poniedziałek na konferencji w Ministerstwie Rolnictwa zaapelowali, by państwo nie tylko dotowało utylizację zwierząt, których ubój był niezbędny (z powodu choroby lub kontuzji zwierzęcia), ale też – dopłacało do ubezpieczeń od takiego uboju.

Szkody są, pieniędzy nie ma

Wstrząs może mieć dobre strony. Produkcja mięsa może się ucywilizować. – Policja otrzymała dane o portalach i prasie, które zamieszczały ogłoszenia o skupie chorych zwierząt, prowadzone jest postępowanie przez policję gospodarczą – mówił w poniedziałek na konferencji dr Paweł Niemczuk, główny lekarz weterynarii. Możliwe więc, że służby państwowe będą szybciej reagowały na takie sygnały.

Pewne problemy zostają jednak nierozwiązane. Powiatowy lekarz weterynarii z Ostrowi Mazowieckiej został zwolniony – w tym regionie obecnie nie ma więc żadnego weterynarza. Braki kadrowe dotykają Inspekcji Weterynaryjnej (IW) coraz mocniej, bo od roku bezskutecznie żąda podwyżek. Lekarz weterynarii po studiach zarabia tam 3,2 tys. zł. IW ocenia, że na podwyżki dla lekarzy i pracowników potrzebuje 150 mln zł, jednak zdaniem resortu rolnictwa nie ma na to środków. Tym większe oburzenie wywołało więc przyznanie dokładnie takiej sumy na koła gospodyń wiejskich. Takiego stanowiska nie rozumie nawet sama branża mięsna, która nieoficjalnie, widzi wyraźny związek absurdalnej decyzji Ministerstwa Rolnictwa o dofinansowaniu gospodyń z rozpoczętym właśnie rokiem wyborczym.

Zespół unijnych audytorów spędzi w Polsce pięć dni, by na miejscu ocenić sytuację oficjalnych kontroli w produkcji mięsa. – Niestety, audytorzy nie rozmawiają z prasą – mówi Anca Paduraru, rzeczniczka ds. zdrowia i bezpieczeństwa żywności w Komisji Europejskich. Raport z ich pracy zostanie opublikowany za ok. miesiąc. W ubiegłym roku było pięć takich misji, cztery w krajach UE (w Rumunii, Danii, Portugalii i Słowenii) oraz jedna w Ekwadorze.

Eksport przeczeka kryzys

Afera odbiła się szerokim echem, bo polska wołowina trafia na 70 rynków, choć głównym odbiorcą tego mięsa, jak i całej polskiej żywności, jest Unia Europejska. Głównym rynkiem zbytu wołowiny jest Unia Europejska, w 2018 r. do listopada trafiło tam 303 tys. ton, to 83 proc. łącznego eksportu. Dzięki możliwości uboju rytualnego skokowo wzrosła sprzedaż do Turcji i Izraela. Możliwe konsekwencje afery to wprowadzenie nowych barier administracyjnych, zaostrzenie urzędowych kontroli zakładów przetwórczych, dodatkowe inspekcje. Krótkookresowo może nastąpić osłabienie popytu na polską wołowinę. Jednak, jak obliczył Grzegorz Rykaczewski, ekspert banku Santander, polska wołowina już jest o 11 proc. tańsza od średniej unijnej, co daje 40 euro oszczędności na 100-kilogramowej tuszy. – Dlatego w dłuższym okresie nie spodziewamy się załamania eksportu – mówi Rykaczewski.

Witold Choiński prezes Związku Polskie Mięso

Firmy zrzeszone w naszym związku są zbulwersowane tą sytuacją. To duzi producenci, którzy latami pracowali na swój wizerunek, i takie zabezpieczenia, o których dziś była mowa, jak monitoring, mają u siebie od dawna, bo każdy incydent przynosi firmie ogromne straty finansowe. Trudno mi ocenić stan pracy służb, audyt wykaże, czy zawinili ludzie, czy praca inspekcji weterynaryjnej. Przestępcy byli i będą w każdej branży, podobne incydenty były w ub. roku w Niemczech, wcześniej we Francji. Jeśli ktoś chce złamać prawo, znajdzie sposób. Jednak kontrole na portalach internetowych, gdzie ukazywały się te ogłoszenia o skupie chorych zwierząt, powinny być zrobione dużo wcześniej, a policja powinna była dawno wyeliminować takie praktyki z rynku. Skutki tej afery są opłakane.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA