fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prezydent USA

Trump bije w FBI. Bez skutku

Autorem kontrowersyjnego raportu jest kongresman z Kalifornii Devin Nunes.
AFP
Ujawnienie tajnego raportu o agencji wywiadowczej nie dyskredytuje śledztwa w sprawie powiązań prezydenta z Rosją.

Korespondencja z Nowego Jorku

Biały Dom wydał oświadczenie, iż dokument ten „stawia pod znakiem zapytania decyzje podejmowane na najwyższych szczeblach Departamentu Sprawiedliwości oraz FBI, które dopuściły się nadużycia narzędzi wywiadowczych przeciwko obywatelom amerykańskim".

Tymczasem raport, którego autorem jest m.in. kongresman z Kalifornii Devin Nunes, przewodniczący kongresowej komisji ds. wywiadu, spotkał się z szeroką dezaprobatą, nie tylko demokratów, ale również niektórych republikanów. „Te ataki na FBI i Departament Sprawiedliwości nie służą interesom amerykańskim ani żadnej z naszych partii, ani prezydenta, a tylko Putina" – stwierdził republikański senator John McCain.

Krytycy twierdzą, iż przekazane w nim informacje zostały skrzętnie wyselekcjonowane, tak aby miały z góry ustalony przekaz, stąd nie stanowią wiarygodnego źródła. Trzyipółstronicowy dokument sugeruje, iż FBI i Departament Sprawiedliwości nadużyły swojej władzy, by szpiegować członka sztabu wyborczego Donalda Trumpa – Cartera Page'a, przy czym FBI rozpoczęło śledztwo w sprawie powiązań sztabu Trumpa z Rosją na podstawie niezbyt wiarygodnych informacji od byłego szpiega brytyjskiego Christophera Steele'a, nastawionego przeciwko Donaldowi Trumpowi i opłacanego przez sztab wyborczy Hillary Clinton oraz Krajową Komisję Demokratów (DNC). „Zastępca szefa FBI Andrew McCabe zeznawał przed kongresową komisją ds. wywiadu w grudniu ub.r., że nie byłoby nakazu monitorowania Page'a bez dossier Steele'a" – twierdził kongresman Nunes. W jego raporcie jednak nie ma dokładnych cytatów z zeznania McCabe'a, które odbyło się za zamkniętymi drzwiami.

Przez dwa tygodnie konserwatywna strona Waszyngtonu prowadziła w mediach kampanię podsycaną przez wpisy prezydenta na Twitterze oraz republikańskich ustawodawców, którzy apelowali do wyborców, aby wszelkimi możliwymi sposobami naciskali na Kongres o ujawnienie raportu. „Zapewniam wszystkich, że Ameryka będzie zszokowana, gdy przeczyta ten raport" – mówił na antenie konserwatywnego kanału Fox News kongresman Raúl Labrador z Idaho.

W piątek dla sympatyzującej z opozycją grupy społeczeństwa jasne było, iż raport stał się narzędziem w batalii Białego Domu skierowanej na zdyskredytowanie śledztwa w sprawie Rosji prowadzonego przez Roberta S. Muellera III. „Promując oskarżenie, iż dochodzenie Muellera opiera się na skorumpowanych i politycznych przesłankach, całe można odrzucić jako stronniczą inkwizycję" – tłumaczy reporter polityczny „New York Timesa" Mark Mazzetti.

Zwraca uwagę na to, iż – po pierwsze – raport skupia się na nakazie szpiegowania Cartera Page'a, który miał paść ofiarą politycznego spisku, skierowanego na zaszkodzenie prezydentowi. Tymczasem otoczenie Donalda Trumpa od roku dystansowało się od tej postaci, twierdząc, iż jest mało znaczącym doradcą politycznym, który pracował dla sztabu wyborczego Trumpa przez zaledwie kilka miesięcy i na dodatek nigdy nie rozmawiał z Donaldem Trumpem; natomiast jego wyjazdy do Moskwy w 2016 r. nie były związane z kampanią wyborczą – twierdzą – a sztab wyborczy nie wiedział o jego kontaktach z wywiadem rosyjskim.

Po drugie, zdaniem analityków raport podważa główny argument w nim zawarty, jakoby rzekomy nakaz szpiegowania Page'a – inspirowany przez dossier opłacanego przez demokratów Steele'a – był początkiem śledztwa w sprawie ingerencji Rosji w wybory prezydenckie. Ujawnia, iż śledztwo to tak naprawdę rozpoczęło się kilka miesięcy wcześniej, w lipcu 2016 r., z powodu podejrzeń na temat kontaktów rosyjskich przedstawicieli z innym członkiem sztabu wyborczego Donalda Trumpa – jego doradcą George'em Papadopoulosem. Już w grudniu media amerykańskie donosiły, iż podczas suto zakrapianego alkoholem wieczoru Papadopoulos mówił o swoich kontaktach ze stroną rosyjską, a dyplomata australijski przekazał te informacje FBI.

Zanim raport Nunesa został upubliczniony, konserwatywne kręgi sugerowały, że rzuci cień podejrzeń na wysoko postawionych przedstawicieli FBI i Departamentu Sprawiedliwości, w tym w szczególności zastępcy prokuratora generalnego Roda Rosensteina. Dlaczego tak im na nim zależało? Rosenstein jest jedną z kluczowych postaci w śledztwie w sprawie Rosji, bo to on może zwolnić Roberta Muellera III. Pozbycie się Rosensteina ułatwiłoby Trumpowi zastąpienie go kimś, kim mógłby sterować i wpływać na śledztwo. Nazwisko Rosensteina, który w kręgach prezydenckich uważany jest za zagrożenie dla Trumpa, pada tylko raz w raporcie – jest jednym z urzędników podpisujących przedłużenia nakazu monitorowania Page'a.

„Czy to oznacza, iż Trump pozbędzie się Rosensteina?" – zastanawia się „Washington Post" i sugeruje, że skończy jak kilka innych postaci wymienionych w raporcie – były dyrektor FBI James Comey oraz były prokurator generalny Sally Yates, którzy zostali zwolnieni przez prezydenta – oraz zastępca szefa FBI Andrew McCabe, który sam zrezygnował ze stanowiska w ubiegłym tygodniu.

Po opublikowaniu raportu nie ma co liczyć na współpracę ustawodawców republikańskich i demokratycznych w ramach kongresowego śledztwa w sprawie Rosji. Można się spodziewać, że wypłyną z niego dwa sprzeczne wnioski: republikański wskazujący, że nie było żadnej współpracy między sztabem wyborczym Trumpa a Rosją oraz demokratyczny wytykający obszary, w których komisja popełniła błędy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA