fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prawo i Sprawiedliwość

Kacprzak: Loty „na marszałka”, czyli prywatne państwo PiS

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Sprawą rządowych przelotów rodziny marszałka Sejmu powinna zająć się prokuratura.

Status lotów HEAD nadaje się lotom z prezydentem RP, marszałkiem Sejmu, marszałkiem Senatu i premierem RP. Nie mogą być to członkowie rodzin najważniejszych osób w państwie, chyba że towarzyszą VIP-owi w oficjalnej delegacji, w której zaproszona jest np. małżonka marszałka czy premiera. 23 loty, głównie na linii Rzeszów–Warszawa, ale jak się okazuje, „do innych portów lotniczych w kraju", oczywiście takimi delegacjami nie są, choć Kancelaria Sejmu usilnie stara się nam to wmówić.

Sprawa jest znacznie poważniejsza i nie dotyczy tylko nadużywania władzy przez marszałka (wbrew retoryce PiS nie potrzeba specjalnych zarządzeń, by tę kwestię uregulować – jest to zabronione), ale szeregu osób, które naginały prawo, by spełnić jego życzenie lub rozkaz. Głowa marszałka, o której tak dużo mówi opozycja, nie wystarczy.

O tym, że m.in. z wojskowego gulfstreama G550 na lotnisku w rzeszowskiej Jesionce wysiadały czasem same dzieci marszałka, mówią dziennikarzom oburzeni pracownicy, którzy obsługiwali te loty. Choć Centrum Informacyjne Sejmu temu oficjalnie zaprzecza („żadnym z lotów służbowych samolotami rządowymi, zamówionych na potrzeby Marszałka Sejmu, nie miała miejsca sytuacja, w której członkowie rodziny Marszałka Sejmu podróżowali bez drugiej osoby w państwie" – twierdzi dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka w piśmie do „Rzeczpospolitej").

Jednak zapewnienia CIS już nie wystarczą – sprawę, jak było naprawdę, musi wyjaśnić niezależny od Sejmu organ, czyli prokuratura. Nie mówimy bowiem już o aferze wizerunkowej, ale o domniemanym przestępstwie, za które grozi nawet osiem lat więzienia. Rodzinne loty o statusie lotów specjalnych nie mieszczą się w żadnych kanonach, a kwestia wysokich kosztów jest najmniejszym z problemów. Mamy tu co najmniej do czynienia z nadużyciem uprawnień i niedopełnieniem obowiązków. Patrząc na ogromną rzeszę decydentów takiego lotu o specjalnym statusie – od urzędników po wojskowych i ochronę – rodzinne „odloty" marszałka mogą zniszczyć niejedną karierę.

Prokuratura powinna zbadać, kto komu wydawał polecenia i czy – gdyby potwierdziły się rodzinne loty Kuchcińskich bez marszałka – nie fałszowano dokumentów, wpisując lot HEAD, z którego korzystała wyłącznie córka, 19-letni synowie czy żona? A jeśli tak, dlaczego realizowano taki lot, łamiąc prawo i procedury?

Okłamywanie mediów

Prokuratura powinna wezwać na świadków pracowników lotnisk, ochronę SOP, szefa tej formacji, dyrektora lotów wojskowych przy MON i zapytać, jak zlecano taki lot, kto o tym decydował i kto był na pokładzie. Ważne, byśmy się także dowiedzieli, od kiedy rodzina Kuchcińskiego korzysta z takich przywilejów i czy 23 loty na tej linii nie były elementem większej całości. Opozycja powinna złożyć zawiadomienie do prokuratury – nie liczyłabym na inicjatywę prokuratury w tym względzie.

Na prywatę marszałka Sejmu, który nadużywa swojej pozycji, trzeba spojrzeć jeszcze z innej strony. Groźne z punktu dobra państwa jest okłamywanie mediów, a więc opinii publicznej, w kwestiach niewygodnych dla rządzących, których mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek kontrolować. Dopóki Mariusz Gierszewski z Radia Zet nie pokazał dowodów na fakty, o których mówiono od dawna, Kancelaria Sejmu zaprzeczała, a jedną z redakcji zapewniała nawet, że „w podróżach samolotami służbowymi nie towarzyszyli Marszałkowi Sejmu członkowie jego rodziny". Dzisiejsze dziecinne i niekompetentne tłumaczenie dyrektora Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzeja Grzegrzółki: „taką wiedzę wtedy mieliśmy", należy uznać za dyskwalifikujące. Patrząc na całość – łącznie z faktem, że pan Grzegrzółka nadal jak gdyby nigdy nic jest dyrektorem CIS, należy mieć obawy, czy inne niewygodne pytania, które zadali i zadają dziennikarze, doczekały się rzetelnych odpowiedzi. Historia ta pokazuje, jak drastycznie rząd PiS obniżył standardy dotyczące kontroli społecznej polityków – warto przypomnieć o niespotykanym zachowaniu w historii wolnej RP – nieodpowiadania na interpelacje poselskie ministrów czy pytania dziennikarzy (królem tego procederu był minister obrony Antoni Macierewicz). To fatalna wiadomość dla nas wszystkich.

Kiedy Bogdan Klich, minister obrony rządu PO-PSL, latał wojskową CASĄ, choć mógł, do domu w Krakowie, omal nie stracił stanowiska. Opozycja (PiS) chciała ukrzyżować premiera Donalda Tuska, że rządowym embraerem podróżował do rodzinnego Gdańska na weekendy, generując ogromne koszty. Tusk przesiadł się więc do rejsowych samolotów.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie wyniósł z tego żadnego morału dla siebie. Premier Beata Szydło do krakowskich Balic (najbliższe lotnisko do jej rodzinnych Brzeszcz) przylatywała wojskową CASĄ, będącą na wyposażeniu Sił Zbrojnych RP, gdzie czekała na nią kolumna rządowego BOR z limuzynami. Dwa dni przed przylotem Szydło CASA przylatywała z pilotem i BOR w ramach tzw. oblotu komisyjnego, a więc sprawdzała warunki.

Nadużycia władzy

Sprawa wyszła na jaw po wypadku w Oświęcimiu, kiedy okazało się, że kierowca audi z Szydło na pokładzie, który uderzył w skręcające seicento, ma przekroczony czas pracy. Z Warszawy funkcjonariusze BOR wyjechali już bowiem o 7 rano, by czekać na premier Szydło w Balicach. Jak tłumaczyło nam wtedy Centrum Informacyjne Rządu, samolot C-295, którym premier Szydło latała, „jest wykorzystywany do przewozu VIP na podstawie przydzielonego limitu nalotu dyspozycyjnego ministra MON". Przyciśnięta do muru KPRM podała, że w ciągu dwóch lat sprawowania urzędu Szydło skorzystała z CASY na loty do domu aż 77 razy. Godzina lotu CASĄ kosztowała w 2016 r. ok. 21 tys. zł. Kilka miesięcy później rząd PiS za pół miliarda złotych kupił m.in. dwa gulfstreamy G550, którymi tak ochoczo lata dziś marszałek Sejmu z rodziną.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA