fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polskie Orły

Polska-Słowacja: Nikt nie wie czego się spodziewać

Kadra przed meczem ze Słowacją
PAP/Marcin Gadomski
Reprezentacja Polski w poniedziałek o 18.00 rozpoczyna turniej meczem ze Słowacją. Nikt nie wie, czego się po niej spodziewać

Korespondencja z Sankt Petersburga

Nasza drużyna przed wielkim turniejem nigdy nie była aż taką niewiadomą. Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej (PZPN) Zbigniew Boniek kilka dni temu był na audiencji u papieża Franciszka i niewykluczone, że prosił o powodzenie ryzykownego projektu.

Prezes na początku roku zatrudnił w roli selekcjonera Portugalczyka Paulo Sousę, bo uznał, że Jerzy Brzęczek nie umie zaprzyjaźnić się z Robertem Lewandowskim i marnuje potencjał drużyny.

Zafundował nam dramatyczną woltę tylko dlatego, że przełożenie igrzysk olimpijskich w Tokio wydłużyło kadencję szefom wszystkich związków sportowych. Gdyby nie pandemia, dziś polską piłką rządziliby już inni, a reprezentację być może wciąż prowadziłby Brzęczek.

Boniek zawsze chciał być demiurgiem i szefem wszystkich szefów. Karty w polskiej piłce rozdaje od lat, a teraz zagrał va banque – wszedł w ciemno, rzucił na szalę także własną reputację. Za wynik na Euro 2020 będziemy rozliczać przede wszystkim jego.

Pokochać piłkę

Wysyłamy na turniej drużynę nieobliczalną. Były wybitny bramkarz Jan Tomaszewski nazwał kiedyś taki gatunek zespołu boskim, bo Bóg jeden wie, jak spisze się na murawie. O drużynie Sousy wiemy dziś tyle, że nic nie wiemy.

Prawdopodobnie nigdy tak wielu polskich piłkarzy nie odgrywało tak ważnych ról w tak znaczących europejskich klubach, ale jednocześnie drużynę gnębią urazy, a boisko podczas ostatnich spotkań stało się poligonem doświadczalnym dla selekcjonera.

Ograniczony do minimum czas na pracę selekcjonerów sprawił, że dziś futbol reprezentacyjny nie ma wiele wspólnego z piłką taktycznie kunsztowną. Rozwiązania są skromne, a wynik to raczej suma indywidualności niż efekt pracy kolektywu.

Sousa wymarzył sobie drużynę nowoczesną: szukającą goli po przechwytach piłki, płynnie przechodzącą między fazami gry, uzbrojoną w asymetryczne wahadła (prawoskrzydłowy nie cofa się do obrony), szeroko grających środkowych pomocników i Lewandowskiego penetrującego centrum boiska.

Portugalczyk przede wszystkim postanowił jednak nauczyć Polaków miłości do posiadania piłki, co przecież od zawsze uznawaliśmy za niezgodne z wdrukowanym do naszego DNA umiłowaniem kontrataku. Podobno wyrażeniem, które najczęściej powtarza podczas treningów, jest „Ask the ball". Jego podopieczni mają prosić o podania, szukać przestrzeni i piłki.

To wizja ambitna, wyzwanie goni wyzwanie, marginesu błędu nie ma. Selekcjoner szuka rozwiązań w trybie wybitnie przyspieszonym. Każdy z jego pięciu meczów w roli trenera kadry zaczynał inny skład.

Dobrze grać z przyjaciółmi

Los drużyny nie oszczędza. Urazy wykluczyły z Euro Krystiana Bielika, Jacka Góralskiego, Arkadiusza Recę i Krzysztofa Piątka, a na ostatniej prostej z kadry wypadł Arkadiusz Milik. Niewykluczone, że poniedziałkowy mecz Polacy rozpoczną w składzie, w jakim nigdy nie grali.

Zagadka to zestawienie defensywy, bo na zgrupowaniu w Opalenicy do pełni sił po urazie wracał Maciej Rybus, a kilka treningów opuścił Jan Bednarek. Słabo w meczach sparingowych spisał się Przemysław Frankowski, a Kamil Jóźwiak cztery z pięciu spotkań za kadencji Sousy zaczynał na ławce rezerwowych. Obrona to formacja, która za kadencji Sousy zawodzi najbardziej. Biało-czerwoni w pięciu meczach stracili osiem bramek. Trzy padły po podaniach za plecy lewego obrońcy, a dwie po stałych fragmentach gry.

Polacy jednocześnie w każdym meczu, który przegrywali, umieli odrabiać straty. To przede wszystkim dowód, że dziś podstawowy skład każdej drużyny rozrósł się nawet do 15–16 nazwisk, a inteligentne zarządzanie meczem dotyczy także planu zmian.

Koronawirus odciął reprezentację od kibiców i dziennikarzy, ale słuchając zawodników i analizując strzępki nagrań w mediach społecznościowych, trudno uciec od wrażenia, że coś się w tej reprezentacji zmieniło.

Cztery lata temu, kiedy podczas zgrupowania kadrowicze mogli obejrzeć premierę filmu „Gwiazdy", na sali pojawili się tylko Milik, Łukasz Piszczek oraz Łukasz Fabiański. Teraz seans wybrała większość kadrowiczów. To sygnał, który trudno lekceważyć.

Sousa w Opalenicy budował kadrę jak rodzinę. Kiedy jeden z liderów, Wojciech Szczęsny, mówi, że ta drużyna jest drużyną bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a lepiej przecież gra się z przyjaciółmi, to niezawodnie znak, że kadrowiczów łączy dziś piłka.

To zwarta grupa, która czuje się ze sobą dobrze i coraz mocniej przypomina kompanię braci, a nie skoszarowanych na zgrupowaniu kolegów z pracy. Teraz ich relację czeka egzamin dojrzałości.

Falstart w eliminacjach do przyszłorocznego mundialu oznacza, że dla niektórych kadrowiczów Euro 2020 może być ostatnim wielkim turniejem w reprezentacji Polski, skoro kolejne mistrzostwa Europy czekają nas za trzy lata.

Taniec z pizzą

Biało-czerwoni do Sankt Petersburga polecieli dzień przed meczem. Słowacy byli tam już wcześniej, bo właśnie w Rosji zorganizowali bazę pobytową. To przewaga detaliczna, bo klimat jest taki sam jak w Polsce. Chłód ani upał podopiecznych Sousy nie zaskoczą.

Trudno się też spodziewać niezwykłych wyczynów po Słowakach. To drużyna, w której główne role grają piłkarze z przeszłością – także w polskiej lidze.

Kibice chcieliby, żeby ich drużynę do sukcesu poprowadził Marek Hamsik, o którym Piotr Zieliński powiedział kiedyś, że to najlepszy piłkarz, z jakim grał. Gwiazda 33-latka jednak gaśnie, skoro niedawno grał w Chinach, a przed Euro wracał do formy w lidze szwedzkiej.

Czołowi gracze reprezentacji Słowacji odebrali włoską szkołę futbolu. Stoper Milan Skriniar wygrał właśnie Serie A z Interem Mediolan, podstawowym zawodnikiem Parmy jest Juraj Kucka, mecze z ławki oglądają natomiast Stanislav Lobotka (SSC Napoli) i Lukas Haraslin (US Sassuolo).

Stefan Tarković w kadrze zmieścił dwóch zawodników z Ekstraklasy: Dusana Kuciaka (Lechia Gdańsk) i Lubomira Satkę (Lech Poznań). Ten drugi może zacząć Euro w podstawowym składzie.

Selekcjoner – tak jak Sousa – drużynę buduje w biegu, bo pracę dostał jesienią, kiedy szef tamtejszego związku Jan Kovacik między półfinałem i finałem baraży o Euro 2020 pozbył się Pavla Hapala.

Hapal – jako były szkoleniowiec tamtejszej młodzieżówki – miał odmłodzić zespół po pięcioletniej kadencji Jana Kozaka, ale szło mu kiepsko, a atmosfera wokół reprezentacji była zła. Kibice narzekali, że zespół nie ma stylu, a piłkarze nie umieli w Lidze Narodów ograć ani Czechów, ani Izraelczyków.

Zespół prowadzony przez Tarkovicia wywalczył awans, żeby później w eliminacjach mistrzostw świata zremisować z Cypryjczykami (0:0) i Maltańczykami (2:2) oraz pokonać Rosjan (2:1). Po tym ostatnim meczu piłkarze tańczyli w szatni na stole obok kilkunastu pudełek z pizzą.

Trener Rosjan Stanisław Czerczesow przestrzega Polaków przed stałymi fragmentami gry Słowaków. Nasz zespół musi być też gotowy na rywala, który woli skoszarować się pod własnym polem karnym i szukać kontrataków skrzydłami, zamiast grać otwartą piłkę.

Strefa dla wybranych

Mecz ugości Sankt Petersburg, czyli miasto, gdzie pandemia nie istnieje. Niewykluczone, że odwołał ją sam Władimir Putin, aby jego rodacy mogli pełną piersią oddychać turniejem i cieszyć się grą reprezentacji prowadzonej przez prezydenckiego poplecznika Czerczesowa.

Maseczki noszą tylko rozsiani po mieście policjanci, o wstrzemięźliwości i dystansie społecznym nie ma mowy. Kiedy Rosjanie grali z Belgami, Stadion Kriestowski milczał. Obiekt, który miał przypominać UFO zacumowane nad Zatoką Fińską, ma tak niezwykłą akustykę, że podczas spotkania nie wydostał się z niego nawet szmer.

Może to i dobrze, bo woda niosłaby przede wszystkim przekleństwa i gwizdy – najpierw dla klękających na murawie w ramach solidarności z akcją Black Lives Matter Belgów, a później dla przegrywających trzema golami gospodarzy.

Tłum rosyjskich kibiców po meczu maszerował w ciszy. Nastrój karnawału podtrzymywał tylko wymalowany w narodowe barwy półnagi szaleniec, który – uzbrojony w głośnik – zachęcał smętnych przechodniów do wspólnej zabawy w afrykańskich rytmach.

Jednocześnie pięć kilometrów dalej rynek miasta pulsował życiem. Każdy, kto przyjedzie do Sankt Petersburga, niekoniecznie poczuje klimat turnieju, ale na pewno zobaczy świat bez koronawirusa – taki, o którym zdążyliśmy już prawie zapomnieć.

Miejscowi oraz przyjezdni tłoczyli się na chodnikach, tańczyli, osaczali ulicznych twórców – muzyków, tancerzy, aktorów – co świadczy raczej o potrzebie wspólnych przeżyć, a nie szczególnej miłości do futbolu, choć wciąż mówimy o mieście piłki.

Tutejszy Zenit to mistrz kraju, pamiątki i koszulki związane z drużyną można kupić nawet w hotelu, a gdyby kibice wracający z meczu podnieśli na stacji metra głowy, zobaczyliby za witryną wystawę klubowych trofeów. Stacji o nieprzypadkowej nazwie: „Zenit".

Strefa kibica w centrum miasta była pełna, dostępu do niej bronił kordon policji, ale to raczej efekt jej niewielkich rozmiarów, a nie zainteresowania meczem.

Impreza dla telewidza

Euro 2020 przez rozparcelowanie po kontynencie (11 miast w 10 krajach) przypomina raczej Ligę Mistrzów niż święto futbolu reprezentacyjnego.

Mistrzostwa na pewno nie są nagrodą za zwycięstwo ludzkości w wojnie z koronawirusem, o czym marzyliśmy jeszcze kilka miesięcy temu, ale raczej pokazem, jak w nowej rzeczywistości nauczyliśmy się żyć, choć biurokracja w tym świecie bywa koszmarem.

Euro 2020 jest wszędzie, więc jakby nigdzie. To wydarzenie dla telewidza, a nie kibica podróżnika, skoro wyprawy wymagają gruntownych przygotowań. Efekt jest taki, że Schody Hiszpańskie w Rzymie kłują w oczy pustką, a bilety na wiele meczów wciąż zalegają w kasach.

Dziennikarz, który jedzie na Euro, musi uzbroić się nie tylko w wizę do Rosji, polisę ubezpieczeniową, negatywny wynik testu PCR, ankietę pobytową oraz certyfikat szkolenia z pandemicznych restrykcji, ale także być cierpliwy i uważny, bo przepisy nie są jednorodne i co chwila się zmieniają.

Może gdy piłkarze już zaczną grać, pojawi się entuzjazm i piłka znów nas połączy.

Poniedziałek na Euro

Grupa D
Szkocja – Czechy (15.00, TVP 1, TVP 4K)

Grupa E
Polska – Słowacja (18.00, TVP 1, TVP Sport, TVP 4K)
Hiszpania – Szwecja (21.00, TVP 1, TVP 4K)

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA