fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Splamiona Hiszpania

Hiszpańscy policjanci przechodzili wielotygodniowe szkolenia jak zachować spokój wobec demonstrantów. W niedzielę nie zawsze im się to udawało.
AFP
Separatystom o to chodziło. Dzięki represjom policji idea niepodległości prowincji złapała wiatr w żagle.

Walka między katalońskimi nacjonalistami a służbami porządkowymi o to, czy uznane za nielegalne przez hiszpański Trybunał Konstytucyjny głosowanie jednak się odbędzie, zaczęła się w niedzielę jeszcze przed świtem. Pod osłoną nocy, prywatnymi samochodami aktywiści zaczęli przywozić plastikowe urny, które wcześniej regionalny rząd (Generalitat) kupił od chińskich dostawców (5 euro za sztukę) i ukrył w nieznanym miejscu. Pozorując zajęcia pozalekcyjne, secesjoniści zdołali także zająć kilkadziesiąt szkół, gdzie miały zostać zorganizowane punkty do głosowania.

Tuż po ósmej rano, na kilkadziesiąt minut przed otwarciem lokali wyborczych, jeden z przywódców katalońskiego rządu Raul Romeva niespodziewanie ogłosił zmianę zasad referendum. Oto każdy uprawniony będzie mógł wydrukować w domu i przynieść ze sobą kartę do głosowania, a także wrzucić ją do urny w dowolnym punkcie. Nie będzie też konieczna koperta: wystarczy złożyć kartę na pół, aby zapewnić anonimowość głosowania.

– To już ostatecznie podważa legitymizację tego głosowania – zareagowały na to źródła rządowe w Madrycie cytowane przez dziennik „La Vanguardia".

Zdrada Mossos d'Esquadra

Dostępu do punktów wyborczych, do urn, miała zapewnić lokalna katalońska policja, Mossos d'Esquadra. Ale wobec rządu centralnego okazała się nielojalna.

– Od rana ustawiła się kolejka do urn, było bardzo dużo ludzi, także tych, którzy chcieli głosować na „nie". Przyjechało dwóch mossos, spisali raport i odjechali. Teraz chronimy lokal wyborczy, bo spodziewamy się, że przyjedzie Guardia Civil i Policia Nacional. Nie zostawiajcie nas, my chcemy tylko bronić demokracji! Niech Europa wreszcie zareaguje – mówi „Rz" Dewi Castel Hughes, nauczyciel angielskiego z Llinars de Valles, miasteczka położonego 40 kilometrów na północny wschód od Barcelony. Jego żona Noemi Ginesta nie poszła jednak głosować. Nie tylko jest przeciwna secesji, ale także obawia się utraty etatu w szkole.

Postawa Mossos w Llinars de Valles powtórzyła się w całej prowincji. Szef tej formacji, Josep Luis Trapero, nie przyszedł na naradę kryzysową zwołaną przez wysłanego przez Madryt koordynatora akcji przeciw referendum, Diego Peres de los Cabos. W tej sytuacji już wczesnym rankiem z ogromnego wycieczkowca, który zacumował w porcie w Barcelonie, wyjechała długa kolumna pojazdów Guardia Civil, zmilitaryzowanej formacji bezpośrednio podległej rządowi centralnemu. Do akcji ruszyła także krajowa Policia Nacional. Niedługo później świat obiegły pierwsze drastyczne obrazki represji przeciw tym, którzy chcą głosować. Jeden z wielu przykładów: przed szkołą Ramon Llull przy ulicy Marina w centrum miasta funkcjonariusze w rynsztunku bojowym zablokowali wejście do jednego z punktów głosowania. W innym miejscu policja użyła kul gumowych, raniąc do wczesnych godzin popołudniowych 38 osób, w tym trzy ciężko (jednej osobie groziła utrata oka). Przed częścią lokali wyborczych protestujący zbudowali regularne barykady.

Jednocześnie władze odcięły organizatorom głosowania dostęp do portali internetowych, gdzie mieli (nielegalny) dostęp do spisu wyborców.

– W Centrum Obywatelskim Casal w Barcelonie do głosowania szykowało się około tysiąc osób. Ale nie mogły tego zrobić, bo nie mieliśmy jak zweryfikować, czy ci ludzie nie głosowali w innym miejscu – mówi „Rz" Montserrat Daban Marin, szefowa największej organizacji społecznej wspierającej niepodległość prowincji Assemblea Nacional Catalana. – Przyszli do na mossos, spytali się, kto jest organizatorem głosowanie, ale my powiedzieliśmy, że nie ma jednej osoby, że odpowiedzialna jest cała komisja wyborcza. Wtedy poszli, nikogo nie spisali – dodaje.

W sobotę Madryt ostrzegł, że ci, którzy nielegalnie wykorzystują dane osobowe, mogą zostać ukarani grzywną sięgającą 600 tys. euro.

Głosować we własnych okręgach nie mogli nawet przewodniczący rządu regionalnego (Generalitat) Carles Puigdemont i jego zastępca Oriol Junqueras. I choć późnym popołudniem katalońskie władze zapewniały, że 96 proc. punktów do głosowania było mimo wszystko otwartych, trudno uznać wynik głosowania w takich warunkach za wiarygodny.

– Kontynuowanie tej farsy nie prowadzi do niczego, należy z nią skończyć jak najszybciej – zaapelowała Soraya Saenz de Santa Maria, wicepremier Hiszpanii.

Dla nacjonalistów sukcesem byłby udział w głosowaniu przynajmniej 2,3 mln spośród 5,3 mln uprawnionych do głosowania Katalończyków, tylu, ilu wzięło udział w ostatnim referendum niepodległościowym w 2014 r.

Ale batalia toczy się też na innym, medialnym polu. I wiele wskazuje na to, że tu secesjoniści są górą.

Błąd Rajoya

– Wysyłając policję do punktów wyborczych, idąc na zwarcie, Mariano Rajoy popełnił poważny błąd, bo doprowadził do gwałtownej radykalizacji nastrojów w Katalonii. Do tej pory secesję popierało zdecydowanie mniej, niż połowa wyborców, ale po tej niedzieli jest to z pewnością większość. Przez ostatnie miesiące Rajoy działał bardzo spokojnie, za pośrednictwem wyroków sądowych. Ale najwyraźniej w ostatnich kilkudziesięciu godzinach zwyciężyła w jego rządzie frakcja twardogłowych – mówi „Rz" Oriol Bartomeus, politolog z Uniwersytetu w Barcelonie.

I rzeczywiście, już w południe Puigdemont postawił się w roli czołowego obrońcy demokracji, tak jakby to nie on łamał przyjętą przecież w demokratyczny sposób konstytucję.

– Dziś już wszystko jest jasne, wstyd będzie towarzyszył hiszpańskiemu rządowi na zawsze. Hiszpańskie państwo pokazało, że tylko siłą potrafi zapobiec głosowaniu – oświadczył.

Rzecznik katalońskiego rządu Jordi Turull zaczął też podbijać trudną przecież do zweryfikowania liczbę rannych: jego zdaniem w godzinach popołudniowych było ich już 465.

Największym sukcesem dla separatystów byłoby uznanie wyniku referendum na świecie. Do tego bardzo daleka droga, ale w niedzielę pojawiły się niebezpieczne dla Madrytu sygnały. Charles Michel, premier Belgii, która sama musi stawić czoła flamandzkim nacjonalistów, uznał, że „przemoc musi natychmiast zostać zatrzymana, bo nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem". W podobnym duchu wypowiedział się też przywódca brytyjskiej Partii Pracy Jeremy Corbyn. Zdaniem szefa MSZ Litwy Linasa Linkeviciusa „podjęcie dialogu z narodem to obowiązek Madrytu". Oświadczenie, w którym domaga się „przestrzegania podstawowych praw demokratycznych", wydał także FC Barcelona, który ze względu na ogromne korzyści z gry lidze hiszpańskiej od dawna nie chciał się oficjalnie angażować w debatę na temat niepodległości kraju. Rzecz wyjątkowa, klub rozegrał w niedzielę mecz z drużyną Las Palmas przy zamkniętym stadionie, bez publiczności. Chciał w ten sposób pokazać, że „w Katalonii sytuacja nie jest normalna".

Za ciosem postanowił pójść odpowiedzialny za sprawy zagraniczne w Generalitat Raul Romeva. Zapowiedział, że wystąpi w Brukseli o uznanie przez Radę UE Hiszpanii za kraj, który nie respektuje podstawowych zasad państwa prawa. Powołał się na artykuł 7 Traktatu, ten sam, który grozi Polsce.

W czwartkowym wywiadzie dla „Rz" Romeva zapowiedział, że jeśli 2/3 Katalończyków weźmie udział w referendum i większość z nich opowie się za niepodległością, „trzeba będzie uznać ten wynik". Zgodnie z przyjętym wcześniej przez secesjonistów planem oznaczałoby to ogłoszenie niepodległości 48 godzin po publikacji wyników głosowania, najpewniej w środę.

Socjaliści mogą rozwiązać kryzys

Jednak w samej Generalitat trwa w tej sprawie spór. Radykałowie w koalicji Junts pel Si, a także popierająca rząd Puigdemonta w parlamencie komunistyczno-anarchistyczna partia CUP uważa, że to jedyna droga do przodu. Ale bardziej umiarkowani politycy wskazują, że w ten sposób zaprzepaszczą swoją sprawę, bo o ile jakiś kraj Unii może jeszcze chcieć pośredniczyć między Barceloną i Madrytem, a więc umiędzynarodowić wewnętrzny spór hiszpański i postawić na równym poziomie Rajoya i Puigdemonta, o tyle już na uznanie w takich warunkach niezależnej Katalonii żadne demokratyczne państwo się nie zgodzi.

– Mówi się, że niezależność Katalonii mogłaby uznać Rosja. Dla separatystów nie byłoby to zbyt chwalebne rozwiązanie. Sądzę, że Puigdemont wezwie teraz Rajoya do podjęcia dialogu, ale w obecnych warunkach będzie o to niezwykle trudno. I jeśli katalońskich nacjonalistów spotka odmowa ze strony Madrytu, co innego będą mogli zrobić, niż jednostronnie ogłosić niepodległość? – zastanawia się Bartomeus.

Klucz do rozwiązania sporu może jednak mieć lider socjalistycznej PSOE Pedro Sanchez. Do tej pory wspierał działania Rajoya, ale w niedzielę zadzwonił do premiera, aby „wyrazić zaniepokojenie fatalnym obrazem, jaki daje dziś Hiszpania światu".

Już od dawna w znacznie ostrzejszym stylu od działań Rajoya dystansuje się radykalna populistyczna partia Podemos, która m.in. dąży do wyprowadzenia kraju z NATO. W niedzielę wywodząca się z tego ugrupowania burmistrz Barcelony Ada Colau zarzuciła premierowi, że „jest tchórzem", bo „zalał Katalonię policją". Podemos co prawda popiera utrzymanie jedności Hiszpanii, ale uważa, że Katalończycy powinni mieć prawo do zdecydowania o swojej przyszłości w legalnym referendum.

– PSOE i Podemos wraz z katalońskimi nacjonalistami miałyby większość w Kortezach, to koalicja, która mogłyby odsunąć Rajoya od władzy i utworzyć nowy rząd, który doprowadzi do zmiany Konstytucji i poszerzenia autonomii Katalonii. Taki scenariusz jest bardzo trudny do realizacji, ale możliwy – uważa Oriol Bartomeus.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: jedrzej.bielecki@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA