fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Dlaczego Marian Banaś poróżnił się ze swoim zastępcą

Prezes NIK Marian Banaś, zarzucił swojemu zastępcy, że wywierał naciski na kontrolerów. Sprawę bada prokuratura.
PAP, Leszek Szymański
Dotacje bez konkursów, system pomocy humanitarnej niespójny – to zarzuty z raportu, który poróżnił prezesów Izby.

Raport z kontroli „Realizacja zadań administracji publicznej w zakresie udzielania pomocy humanitarnej poza granicami Polski" Najwyższa Izba Kontroli opublikuje lada dzień. Wystąpienie pokontrolne ma mieć w zdecydowanej części formę, jaką zaproponowali kontrolerzy, którzy ją przeprowadzili. Tylko nieliczne uwagi merytoryczne wiceprezesa NIK Tadeusza Dziuby zostały zaakceptowane jako słuszne. Resztę odrzucono, a Dziubie zabrano nadzór nie tylko nad tą kontrolą, ale także nad dziewięcioma innymi.

Minister pod kontrolą

To właśnie ta głośna kontrola, która oceniała m.in. efektywność półtorarocznej pracy minister Beaty Kempy jako pełnomocnika rządu ds. pomocy humanitarnej, poróżniła prezesa Izby Mariana Banasia z zastępcą – Tadeuszem Dziubą. Sprawa rzekomych nacisków na troje doświadczonych kontrolerów (mają staż pracy w NIK od 15 do 21 lat) z Departamentu Administracji Publicznej kierowanego przed dr Bogdana Skwarka znalazła finał w prokuraturze – zawiadomienie o nadużyciu uprawnień złożył prezes Marian Banaś (postępowanie jest na etapie sprawdzającym). Prezes NIK złożył także wniosek do Marszałka Sejmu o odwołanie Dziuby ze stanowiska (kilka dni temu komisja sejmowa ds kontroli państwowej, w której większość ma PiS, zaopiniowała go negatywnie).

Dziuba w wyjaśnieniach dla marszałek Elżbiety Witek bronił się, że odmówił podpisania projektu raportu w zaproponowanej wersji. „Projekt ten wynikał z opacznej koncepcji ujęcia materiału dowodowego, kłócił się ze zdrowym rozsądkiem i był nielogiczny, a przede wszystkim – jak się finalnie okazało – w odniesieniu do wielu tez w nim zawartych wręcz sprzeczny z dowodami zawartymi w aktach kontroli" – tłumaczył w piśmie, do którego dotarła „Rzeczpospolita". Podkreślał z żalem, że „na przekór tym faktom" Banaś zarzucił mu nadużycie uprawnień. Akta do kontroli „Realizacja zadań administracji publicznej w zakresie udzielania pomocy humanitarnej poza granicami Polski", która badała nie tylko pracę minister Kempy, ale także sposób wydatkowania głównie kościelnych instytucji pomocowych i MSZ, obejmują aż 40 tomów i zawierają 15 tys. stron dokumentów. Dziuba miał 27 uwag, w tym trzy najważniejsze dotyczyły jego zdaniem błędnych wniosków kontrolerów NIK. O jakie tezy chodzi?

Wiceprezes Izby nie zgadzał się z oceną, że „nie funkcjonował spójny system udzielania pomocy humanitarnej", która wielokrotnie jest powtarzana w raporcie. Jego zdaniem przedstawiciele minister Kempy z Kancelarii Premiera uczestniczyli w radzie programowej współpracy rozwojowej przy MSZ, spotykano się okresowo. Projekty Kempy były także przesyłane do MSZ celem konsultacji, a resort dyplomacji z ambasad w Jemenie czy Wenezueli przekazywał informacje o potrzebach pomocy do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów – twierdzi wiceprezes Dziuba.

Sporną kwestią okazała się spora pomoc finansowa, jaką Kancelaria Premiera, a właściwie minister Beata Kempa przeznaczała na pomoc humanitarną. Chodziło o to, że KPRM rozdzielała środki w trybie pozakonkursowym, a więc zdaniem kontrolerów nieprzejrzysty i łamiący zasadę konkurencyjności. MSZ przydzielał środki tylko w konkursach. Według Dziuby tryb konkursowy w przypadku pomocy humanitarnej jest niefunkcjonalny.

Prezes bardzo zajęty

Strony poróżniło także napisanie w projekcie, że w KPRM nie opracowano zasad finansowania kosztów administracyjnych pomocy humanitarnej dla organizacji, które wykonywały ją na zlecenie rządu. Zdaniem wiceprezesa Dziuby Kancelaria Premiera faktycznie nie miała takiego systemu, ale „stosowała inny sposób uelastyczniający operowanie dotacjami", a ograniczała je np. w przypadku, gdy organizacja wyliczała swoje koszty administracyjne na poziomie aż 50 proc.

O kulisach konfliktu między szefem NIK a Tadeuszem Dziubą mieli rozmawiać w ubiegłym tygodniu posłowie sejmowej komisji do spraw kontroli państwowej. Okazało się jednak, że kiedy w piątek komisja się zebrała... prezes Banaś nie przyszedł.

Wysłał na komisję dwóch swoich zaufanych współpracowników: byłego asystenta, dziś pełniącego obowiązki dyrektora Departamentu Porządku i Bezpieczeństwa Wewnętrznego w NIK Michała Jędrzejczyka oraz radcę Janusza Pawelczyka. Jędrzejczyk poinformował posłów, że Banaś nie mógł pojawić się na posiedzeniu, bo przebywa na „czynnościach kontrolnych poza Warszawą".

Nie zrobią krzywdy

– To posiedzenie traci sens. Tu się jakiś teatr, cyrk odbywa. Coś chcecie zamieść pod dywan – mówił Wojciech Saługa, wiceprzewodniczący komisji, wnioskując o przerwanie posiedzenia z powodu nieobecności Banasia. W komisji większość ma Prawo i Sprawiedliwość, dlatego wniosek Saługi upadł – 7 posłów z 11 głosowało przeciwko zerwaniu posiedzenia.

Jan Łopata, poseł Koalicji Polskiej i członek tej komisji, jest podobnego zdania jak poseł Saługa. – Mam przekonanie, że PiS z Banasiem nieoficjalnie się dogadali i nikt już nikomu krzywdy nie zrobi. Marszałek Sejmu na wniosek Banasia odwołała przecież dyrektora generalnego NIK Andrzeja Stępnia, a afera z Dziubą właśnie się rozmywa – mówi nam poseł Łopata.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA