fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Prezydent Duda będzie mógł w lutym rozwiązać Sejm?

Jeśli do końca stycznia Sejm nie uchwali budżetu, Andrzej Duda może skrócić jego kadencję
Reporter, Jacek Domiński
Głowa państwa dostanie rzadkie uprawnienie rozwiązania parlamentu.

Połowa marca – w tym terminie mogłyby odbyć się przedterminowe wybory parlamentarne. O ile taką wolę wyrazi prezydent Andrzej Duda. Jednym podpisem będzie mógł skrócić kadencję Sejmu i Senatu. Wszystko z powodu tempa prac nad ustawą budżetową.

Zgodnie z konstytucją rząd przedstawia Sejmowi projekt ustawy budżetowej najpóźniej na trzy miesiące przed końcem roku. Zrobił to 30 września. Ale inny przepis przewiduje, że jeżeli w ciągu czterech miesięcy od przedłożenia Sejmowi projekt nie trafi do podpisu prezydenta, może on zarządzić skrócenie kadencji Sejmu.

Parlament nie zdąży

Czteromiesięczny termin mija z końcem stycznia. O tym, że ustawa nie będzie wtedy gotowa, mówi Izabela Leszczyna z KO, wiceszefowa komisji finansów w Sejmie.

– Pierwsze czytanie odbędzie się 8 stycznia, a znając charakterystyczny dla PiS brak standardów legislacji, ustawa szybko przejdzie przez Sejm. Do kolejnego posiedzenia wszystkie komisje złożą swoje sprawozdania. Sejm zakończy więc prace jeszcze w styczniu, jednak Senat będzie miał 20 dni na poprawki – wylicza.

Szef komisji finansów Henryk Kowalczyk z PiS podaje podobny termin zakończenia prac. – Sejm skończy prace w styczniu, a potem projekt trafi do Senatu. Do końca lutego ustawa powinna być na biurku prezydenta – mówi.

Jego zdaniem konstytucyjny termin nie zostanie jednak przekroczony. Podobnie uważa rząd. W Wigilię skierował do Sejmu nowy projekt budżetu i twierdzi, że dopiero od tego dnia liczy się czteromiesięczny termin. Stoi na stanowisku, że zgodnie z zasadą dyskontynuacji parlament wyłoniony w ostatnich wyborach nie może pracować nad projektami wniesionymi w poprzednim Sejmie.

Problem w tym, że to niejedyna interpretacja norm konstytucyjnych. I w dodatku zupełnie niepisowska. O tym, że termin liczy się od pierwszego złożenia ustawy budżetowej, mówili w przeszłości zarówno Lech, jak i Jarosław Kaczyńscy.

Spór konstytucyjny

Najgłośniejszy przypadek miał miejsce na początku 2006 roku. Skrócenie kadencji parlamentu poważnie rozważał wówczas prezydent Lech Kaczyński. Podobnie jak obecnie projekt budżetu był złożony dwukrotnie: przed wyborami i po nich, a prezydent twierdził, że czteromiesięczny termin liczy się od pierwszego złożenia.

Przyspieszone wybory byłyby wówczas PiS na rękę, bo partia tworzyła rząd mniejszościowy, a sondaże pozwalały liczyć na zwiększenie liczby posłów. Ostatecznie prezydent Sejmu nie rozwiązał, bo przestraszone perspektywą szybszych wyborów Samoobrona i LPR zawarły z PiS pakt stabilizacyjny.

O tym, że budżet można złożyć tylko raz, przekonywał też w 2007 roku ówczesny premier Jarosław Kaczyński. Wybory wygrała PO, której politycy zaczęli apelować do ustępującego szefa rządu, by ustawę budżetową ponownie skierował do Sejmu nowej kadencji. Ich zdaniem projekt uległ dyskontynuacji, jednak wiedzieli też, że prezydent Kaczyński będzie liczył czteromiesięczny termin od złożenia budżetu przed wyborami i obawiali się, że zabraknie im czasu.

– Nie ma najmniejszego powodu, żebyśmy ponownym składaniem budżetu potwierdzali interpretację konstytucji, która jest całkowicie bezpodstawna – odpowiadał wtedy lider PiS.

W tamtym czasie kwestia dyskontynuacji ustawy budżetowej była szeroko dyskutowana przez konstytucjonalistów, m.in. na łamach „Przeglądu Sejmowego". Ich opinie były podzielone. Dlatego Izabela Leszczyna twierdzi, że gdyby Andrzej Duda chciał rozwiązać Sejm, miałby wystarczające argumenty prawne, by to zrobić. – Liczenie czteromiesięcznego terminu od września jest zasadne, tym bardziej że rząd tworzy wciąż ten sam premier Mateusz Morawiecki – mówi.

Political fiction?

Przy okazji skrócenia kadencji Sejmu ten sam los spotkałby Senat, w którym PiS ma mniejszość. Czy byłoby to dla prezydenta wystarczającym powodem, by rozwiązać parlament? Mało kto uważa to za prawdopodobne.

– W obliczu nadchodzących wyborów prezydenckich nikomu by to nie służyło – twierdzi Henryk Kowalczyk.

– Duda nie rozwiąże parlamentu, bo mimo utraty Senatu PiS wciąż ma w rękach pełnię władzy – dodaje Leszczyna.

Również poseł KO Witold Zembaczyński skrócenie kadencji uważa za mało realne, jednak jego zdaniem kierownictwo PiS mogłoby to rozważać. – Po wyborach wzrósł stan posiadania partii Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry. Przyspieszone wybory mogłyby posłużyć osłabieniu koalicjantów – konkluduje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA