Komunizm, Gomułka, studenci, represje, więzienie – było to zbyt trudne do wytłumaczenia. Opisał to wspaniale Stanisław Barańczak w wierszu o Cynthii Kamińskiej ze Springfield Illinois, która przyjechała do Polski i pyta „But why?".
Cynthia Kaminsky, wystające zęby, nieopanowany
chichot,
nieustające zdumienie:
jak ludzie tutaj mogą to wszystko wytrzymać?
czemu nikt tego nie zdemaskuje w gazetach?
Tłumaczymy długo i mozolnie,
a ona znowu:
to po co w ogóle ludzie kupują te gazety?
(...) i zdawałoby się, że już wszystko rozumie,
ale nagle:
A dlaczego tu wszyscy tacy źli i smutni?
czemu nikt się nie śmieje, gdy idzie ulicą?
przecież za parę dni Christmas!
Więc gdy chciałam zbyć pytania o powód wyjazdu z Polski, wymyślałam różne odpowiedzi, z których „bo tam nie wolno nosić niebieskiego z zielonym" była najprostsza. Pytający albo rozumiał ten brak wolności, albo myślał, że jestem wariatką. A Polska lat 60. była bardzo rygorystyczna. Komuniści robili swoje, a ludzie z jakiegoś powodu dokładali się do tego. Istniały na przykład srogie normy w sprawie kolorów: zielonego w żadnym wypadku nie wolno było nosić z niebieskim, a czarny z brązowym oznaczał już anatemę. Wedle rozpowszechnionej opinii publicznej te kolory się gryzły. Ludzie zwracali uwagę na wiele szczegółów ich niedotyczących i zwracali często uwagę obcym osobom. Moja przyjaciółka Barbara Stanosz wpadła w zachwyt w pierwszym dniu swojego przyjazdu do Nowego Jorku. „Wszyscy chodzą ubrani tak, jak chcą! Nikt nie obraca się za starszą panią w egzotycznym kapeluszu!". Mówiąc trochę patetycznie, obydwie miałyśmy mocno rozwiniętą potrzebę wolności.
W połowie lat 60. zdawałam na UW egzamin u Bogusława Wolniewicza. Skomplikowane „polskie drogi" zaprowadziły tego znawcę Wittgensteina do PZPR w 1955 roku, gdzie pozostał do 1981 roku. Potem przeszedł do Radia Maryja i fascynował się spiskami międzynarodowego żydostwa. Zamiast jednak pytać mnie o Wittgensteina, Wolniewicz rzucił się na mnie z krzykiem-piskiem (taki miał głos), pytając, czy jestem zwolenniczką Sartre'a. Nie wiedziałam, o co chodzi, a on krzykliwie dowodził, że egzystencjaliści nie mają racji. Po jakimś czasie wyjaśnił, że maluję oczy jak Francuzki, które wysiadują w kawiarniach i marnują czas na tych niby-filozofów głupców.
Kabotyńska przeszłość z czasów PRL przypomniała mi się kilka dni temu, gdy przeczytałam napaść, z początku listopada, na sposób ubierania się pani ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher. Co najdziwniejsze, artykuł ukazał się w prasowej flotylli wolności, czyli Agorze SA, choć nie w pancerniku, którym jest „Gazeta Wyborcza", lecz w krążowniku Gazeta.pl. Autorka, prawdziwa arbiter elegantiarum cytująca protokół dyplomatyczny i różnych polskich ekspertów, pisze między innymi: [Mosbacher ] jest jak rajski ptak – cała na czerwono, w botkach na szpilkach i z jaskrawą szminką na ustach; ubiór dyplomatki budzi wątpliwości; maluje kreski na powiekach, a długie paznokcie ma pokryte czerwonym lakierem; czerwona szminka, eyeliner na powiekach i mocno wytuszowane rzęsy nie spotkałyby się z aprobatą eksperta; czerwona szminka noszona w pracy może być uznana za błąd, ponieważ jest bardzo zmysłowa; gdy kobieta jest dorosła, nie powinna już sięgać po klamerki z wszelkimi kokardkami, ponieważ będzie wyglądać infantylnie; długie paznokcie, nawet elegancko pomalowane, mogą być odebrane jako wulgarne; jak kolczyki, to nie broszka, jak naszyjnik, to nie broszka; jeden pierścionek powinien wystarczyć; brak rajstop; wśród ulubionych modeli Mosbacher znajdują się szpilki na platformie, model peep-toe i sling back, co w wypadku stroju formalnego dziennego jest błędem; kilka kolejnych aspektów stylizacji Georgette Mosbacher: kolory, seksowny krój, ekstrawaganckie dodatki.
Na koniec autorka – jak najbardziej w stylu rodziny „GW" – stwierdza, że artykuł ten „nie jest oceną Mosbacher". A niby czym – neutralnym opisem? Pochwałą? I dodaje: „Ja ambasador odpuszczam". Co za ulga!
Ambasador USA reprezentuje styl akceptowany w USA. A co z polskimi ambasadorami? Na przykład współzałożyciel Agory SA, uznawany przez wielu za międzynarodowego ambasadora Polski, pojawia się prawie zawsze publicznie rozchełstany, nieuczesany i z brudnymi paznokciami.
Happy New Year, Madame Ambassador. Don't ever take products of Agora SA seriously!
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
tel. 800 12 01 95